środa, 17 stycznia 2018

17. stycznia 2018 W sumie to o niczym.

I już mamy nowy rok!
Jak ten czas szybko leci...

Zawsze bardzo tęskniłam za wiosną, za ciepłym powietrzem, śpiewem ptaków, za zielonymi listkami.
W zasadzie może trochę tęsknie nadal ale na pewno nie tak jak dawniej. Teraz ten czas tak szybko płynie, że z niedowierzaniem patrzę w kalendarz.
Już chce mi się ściągnąć ozdoby świąteczne ale jakoś żal mi wywalać choinkę od teścia. Jest naprawdę śliczna i wcale się nie sypie. Poczekam może do ostatniego tygodnia stycznia, no chyba że weźmie mnie wybitna wena wcześniej.

Pralka nam dzisiaj wylała. Myślałam, że mnie coś trafi, bo woda lała się z góry i dołu.
Nie wiem jakim cudem ale wkręcił się w bęben mój różowy szal, zatykając wszystko co było do zapchania. Gdzieś w głębi, po cichutku ucieszyłam się, że już cię kurwo stara, zardzewiała wypieprzę na śmietnik, a na twe miejsce kupię czyściutką, świeżutką, nową i WŁASNĄ no ale Wojtek wrócił z pracy, rozebrał, złożył i szmata jedna działa.
Nienawidzę tego niemieckiego gówna. Przez pół dnia, regularnie czyszczę  dozowniki na proszek/płyn do płukania. NICZYM nie puszcza. Używałam wszystkich znanych mi i internetowi sposobów.... Puste pranie na 95 stopni, ocet, kwasek cytrynowy, domestos, wrzątek, soda oczyszczona. W desperacji chciałam kreta tam nasypać ale jednak resztka zdrowego rozsądku odwiodła mnie od tego pomysłu.
Na chwilę obecną każde pranie będzie niecierpliwym, pełnym oczekiwania napięcia czekaniem, czy się tym razem zjebie na amen, zalewając łazienkę, czy jeszcze nie.

Nawet Kropka zaczęła się psuć. Najpierw złamała siekacza i to tak mocno, przy dziąśle. Kilka dni później dostała jakiś dziwnych drgawek. Nie wiem co jej się stało. Spanikowana wzięłam ją na ręce i dalej ja trzęsło, w dodatku miała dreszcze jakby z zimna (?), ale jak z zimna? Koc pod klatką wyścielony, do tego średnio 23 stopnie w mieszkaniu, zero przeciągów... Przeszło.
Później bolał ją brzuch, prężyła się, piszczała przy kupie, naprężała zadek. Chciałam podać espumisan w kropelkach ale nie miała w ogóle wzdętego, ani twardego brzucha i postanowiłam obserwować. Też przeszło. Kilka dni temu przycinałam im pazury. Jeden, jedyny obcięłam za mocno i polała się krew... oczywiście Kropce! No jakiś pechowy ma ten miesiąc ewidentnie.
Na szczęście wszystko przeszło i już jest ok.

Moja mama sprzedała mi dzisiaj newsa, że dorobiła się na swojej cudownej "fit" diecie, trwającej 70 lat cukrzycy typu drugiego. Mówiła, że lekarz 1. kontaktu wypisał jej receptę na jakiś lek, glukometr i paski, ale po leku bardzo źle się czuje. Zawrotów głowy dostała, cukier mocno spadł, biegunka... Wystraszyłam się dosyć mocno, bo już słyszałam, jak to już pora zawijać się na tamten świat, itd... Dzwonię więc po południu jak się czuje. "Aaa... lepiej. Narobiłam pierogów ruskich, zjadłam i jest dobrze. Ale jakoś taki apetyt mam jakby trochę mniejszy." Eh... moja mama i dieta lekkostrawna, to antagonizmy, słowo daję. Tak czy siak mam nadzieję, że uda się tą cukrzycę trzymać w ryzach.
Pod kątem apetytu zdecydowanie zamieniłabym się z nią.

Mi wszystko w gębie rośnie. Każdy kęs uwiera w gardle, sprawia dyskomfort, rozdyma.
Najlepiej jest rano, gdy działam na autopilocie po prochach nasennych (chyba jeszcze wtedy trochę działają i jestem na ogólnej, zmulonej wyjebce na wszystko). Bez problemu zjadam 2 kanapki.
A później zaczynają się mdłości, bóle, kłucia. Jem cholernie mało, a jeśli jem to w większości są to "suche" rzeczy. Wafle kukurydziane, coś słodkiego, kanapki, pomidory nawet mi podchodzą, czasem banan, jabłko... I w zasadzie to cała moja dieta. Obiady wciskam w siebie, albo staram się wciskać w weekendy i jak mam wolne ale ciężko to idzie.
Nie rozumiem tego co robi moja głowa. Mam całą masę natrętnych myśli... Gdy jem zupę, mięso, ziemniaki (COKOLWIEK obiadopodobnego) momentalnie wizualizuję się w mojej głowie obraz wymiocin. Sama sobie obrzydzam to jedzenie, bardzo skutecznie zresztą. Jak to w tym żołądku musi ohydnie wyglądać, mieszać się z kwasami, ścinać. Że jak zupę jem, to byłyby rzadkie, po mięsie większe kawałki, trudniej przechodzące przez gardło...
No coś obrzydliwego!
I kończy się moje jedzenie... Mam dosyć.
Staram się tłumaczyć, że to irracjonalne, niepotrzebne, głupie, ale nie pomaga! Odwracam uwagę rozmową, telewizją, czytaniem - nie pomaga!
Jest to tak idiotyczne, że wstyd mi podczas pisania tych zdań...

Dużo słabych dni za mną, pełnych wyrzutów sumienia, lęku i samotności. Wiele razy miałam ochotę napisać tutaj swoje żale ale wstyd mi. Stara baba ze mnie, a boję się takich bzdur... Tak debilnie się nakręcam. Żałosne...

środa, 27 grudnia 2017

27. grudnia. Najgorsze święta w moim życiu.

Te święta to było jedno wielkie nieporozumienie...
Całe szczęście, że już się skończyły.

W wigilie był ciąg dalszy cichych dni, a mnie brzuch bolał coraz mocniej. W końcu dostałam okres za wcześnie (ależ los jest przewrotny...), więc zwijając się z bólu, trzęsącymi rękami, pakowałam prezenty. W tle słyszałam Wojtka wesoło pogwizdującego. Wiedziałam niby, że jego"wesołe" zachowanie jest tylko pozorne ale mimo wszystko, myślałam, że mnie chuj jasny strzeli!
Następnie podjechał po nas brat (15 min na niego czekaliśmy w piżdżącym wietrze) i na wigilię!
Siostra dostała 2 dni wcześniej piekielnego bólu kręgosłupa. Jakiś postrzał, dysk... cholera wie. Ona absolutnie nie należy do osób użalających się nad sobą, dlatego gdy podczas składania życzeń rozpłakała się z bólu i wyszła z pokoju, dosłownie zamarłam. Przez całe swoje życie nie widziałam jej płaczącej (no dobra, może raz, jak byłam dzieckiem). Byłam w szoku i już sobie pomyślałam, że to będzie niezapomniana wigilia...

Nie pomyliłam się wcale.
Mamie totalnie nie powychodziły potrawy. Jest dobrą kucharką i to było aż nie do uwierzenia.
Później, jeszcze się "wieczerza" nie skończyła, a już wjechało wino i browary. Tatuś się załamał, bo nikt nie przewidział wódki! No co to za szok! Skandal! Tak przy świętach? O suchym pysku?! Chwilę posączyli piwa, winko, no ale mało!
Brat skoczył po 0,7, które szybciutko zostało obrócone.
Podczas gdy z siostrą leżałyśmy na łóżku, wymieniając się poduszką elektryczną, słyszałam jak mojemu małżonkowi plącze się język coraz mocniej...
Nie ta liga kochanie! Z moim tatusiem i braciszkiem nie da się pić łeb w łeb, chyba że jest się pieprzonym cyborgiem, lub alkoholikiem.
Nawalił się ale myślę sobie spoko... pochoruje do dnia następnego, głowa poboli i jakoś będzie.
No ale tacie było mało, on się rozkręcał dopiero! "Niestety" chętnych na pójście po flachę na stację nie było. Odetchnęłam... ale nie na długo.
Zaczęło się grzebanie w barku. Wygrzebał.
Na stół wjechała flaszka bimbru od sąsiada/patusa/lumpa.

Wiedziałam, że będzie zgon.
"Gul" w gardle już nie pozwalał przełykać śliny, ręce zaczęły mi się trząść, dostałam jeszcze mocniejszych bóli... Ale SŁOWEM się nie odezwałam.
Wojtek nie pierwszy raz z nimi chlał i wiedział z jakimi weteranami staje w szranki.
Już nawet na to nie patrzyłam, tylko wymieniałam jęki, tudzież cieplutką poduchę z Ewą na wyrku. Dodatkowo żeby odwrócić uwagę od pijackiego pierdolenia czytałam mało ambitne rzeczy w telefonie (wiem, bardzo niekulturalnie).
Mężowi stuknęło do łba jeszcze mocniej i wyszedł przed dom. Moja mama już panika...

-A gdzie on poszedł? Jezu, a jak sobie coś zrobi? Wpadnie gdzieś? Przecież pijany! Może idź do niego?

Serio kurwa?! SERIO?!
Czuły teściu wyszedł po chwili za nim i tak wsiąknęli na godzinę. Ja już wiedziałam, że będzie krucho. Jak mój ukochany idzie "zaczerpnąć świeżego powietrza" i znika, to wiedz że jest źle.
Mama się martwiła, że słabo ubrani, że zmarznie, przeziębi się... Litości...
W końcu wrócili. Do domu i bimberku.
Bimberek się skończył, a ja zerknęłam na niego (cały wieczór nie chciałam tego robić, bo od 2. tygodni kwas stawał się coraz większy, zresztą wiecie). Obraz nędzy i rozpaczy ale tak bez cienia współczucia.
Już poczułam szybsze bicie serca. Co teraz? Na noc mieliśmy nie zostawać, nie mam leków, jak się teraz dogadać? Około godziny zajęło mi wydobycie informacji czy zamawiać taksówkę. Nie szło się dogadać (-zamawiać taryfę? -nie. -to zostajemy na noc? -nie. -sama mam wracać? -nie.)
W końcu koło godziny 2:30 stanęło na tym, że wracamy. Wyszłam do pokoju zadzwonić po taxi. Za którymś razem się udało, miała być za 15 minut.
Niestety okazało się, że mój małżonek utknął w toalecie, z której bimber wraz z kolacją był głośno wydalany.
Wiecie jaką mam fobie? Ano właśnie.
Nie wiecie co się ze mną wtedy działo. Serce miałam w gardle, tętno ponad 150, sucho w ustach, telefonu w dłoni utrzymać nie umiałam tak mną telepało.
W momencie doszło do mnie, że rzygania się boję jak ognia, wiadomo, ale boję się też po prostu pijanych ludzi, mężczyzn... Tego obłędu w oczach. Dziwnego wyrazu twarzy. Braku kontroli nad swoim zachowaniem, ciałem, odruchami. Boję się, brzydzę, gardzę... Pewnie mam to zakorzenione z racji cudownego dzieciństwa z popijającym tatusiem.
Zrobiłam kilka głębokich wdechów... Uchyliłam drzwi łazienki, bojąc się co zastanę.
Wojtek w objęciach klozetu.

-Żyjesz?
-Żyję...
-Wymiotowałeś?
-Tak...
-Taksówkę zamówiłam. Dasz radę jechać?
-Tak...
-Pomóc ci jakoś?
-Nie.

I to wszystko z takim typowym bezmyślnym wyrazem twarzy i uśmieszkiem... Brrr...

Wdech, wydech.

Chwilę posiedziałam w kuchni. Tatuś troskliwie zapytał, czy rzyga. Owszem, rzyga. I jeszcze MNIE zaczął atakować! Że "nie miejcie do mnie pretensji", już zaczął głos podnosić, już awantura w powietrzu. Przerwałam mu.

-Posłuchaj mnie! NIE POWIEDZIAŁAM ani słowa! Ani pół słowa, więc z łaski swojej zejdź ze mnie! On jest dorosły, nikt mu do gęby nie lał. Nie ma o czym rozmawiać i dywagować. Koniec tematu!

I poczułam, że muszę wyjść. Już, w tym momencie. Ani chwili dłużej.

Jakoś dotarliśmy do domu, ale to jak wyglądało Boże Narodzenie... no po prostu syf... Cały dzień, że tak to ujmę "przechorowany".
A jeszcze ja zamiast być zimną suką, to nie spałam 2 noce, było mi żal, martwiłam się, nasłuchiwałam czy oddycha, szykowałam miskę, nie hałasowałam, byłam na paluszkach...
Ale ze mnie to miękka faja jest jednak, a raczej miękka cipa.
Wczoraj była oczyszczająca rozmowa i ciemne chmury się już rozpraszają. Może i powinnam się obrazić ale nie mam na to już siły... Wysiadłam nerwowo.

Jednak niesmak lekki pozostał.

Grudniu! Nakazuję ci! Spierdalaj!

sobota, 23 grudnia 2017

23. grudnia. A co było gdyby...?

Krótka rozmowa.
Gadaliśmy zwyczajnie o różnych sprawach. W luźnej, jeszcze miłej atmosferze. Między kolejnym tematem, a lecącymi w tv "Trudnymi sprawami" bez jakiegoś wyraźnego powodu weszłam w temat związkowy (może zainspirowali mnie do tego aktorzy tego cudnego tvn-owskiego dzieła?).
Niby nic szczególnego...

Ja: -...tak sobie czasem myślałam, że cholernie trudno byłoby mi się z tobą rozstać... Tyle lat razem, wspomnień, rozmów...
On: -...
Ja: -Kompletnie nie rozumiem takich głupich zdrad. Być czyimś przyjacielem, kochankiem, żoną, na dobre i złe i nagle iść do łóżka z kimś innym. No sam pomyśl...
On: -No... w sumie to tak.
Ja: -Nie wyobrażam sobie związku z kimś innym gdyby Ciebie zabrakło, gdybyśmy się rozeszli. Nie wiem czy potrafiłabym stworzyć już szczęśliwą relację i kogoś tak pokochać.
On: -...
Ja: -No może się jakoś odniesiesz do tego co mówię?
On: -Ja tam nie wiem co by było.

...ale "troszkę" ukłuło...

Kurtyna.

Poczułam się lekko zszokowana tą rozmową i taka nieważna. Nie wierzyłam w to co słyszę?
Co się tutaj w ogóle wyrabia?
Mam wrażenie, że oddalamy się od siebie.
Coraz mniej komunikacji, bliskości, wspólnych tematów, czułości, zainteresowania drugą osobą.
Jakoś to się nieciekawie prezentuje wszystko...
Sama nie wiem co myśleć. Czuję się jak idiotka, usiłująca wyrwać jakieś cieplutkie wyznanie z gardła kogoś, kto wcale nie chce go wypowiadać. A w ciągu ostatniego tygodnia już zupełnie nie mam ochoty na jakiekolwiek konfrontacje.

I tym optymistycznym akcentem kończę tą notkę.

Prawdziwa, szczera, nieudawana i urocza atmosfera przedświąteczna. 
Uuuurooooczoooo... <3 <3 <3



piątek, 22 grudnia 2017

22. grudnia. Magia Świąt... Serio kurwa?

Kilka dni temu skończyłam sędziwe 28 lat.
Jak się z tym czuję?
Dziwnie... Może nie staro, nie przesadzajmy ale totalnie nieadekwatnie do tego co widnieje w dowodzie. Mentalnie oceniłabym siebie na MAX 23. Gdzie mi śmignęło te 5 lat?...
Nie jestem jakoś pocieszona upływem czasu. Za szybko, zdecydowanie za szybko te lata lecą.

Ogólnie to zawsze rozpierdala mnie aura świąt. Odkąd pamiętam ZAWSZE przed, czy to mniejszymi, czy większymi, mam gównianą atmosferę z Wojtkiem.
Ja nie wiem co to za pieprzona reguła u nas.
Poszło jak zawsze niby o nic, natomiast jakoś tak sukcesywnie atmosfera gęstniała. Obecnie jest już zwyczajnie niemiło.
Zaczęło się w moje urodziny, albo chwilę nawet przed. Takie typowe przytyki, że talerza nie odłożyłam tuż po zjedzeniu, że świnek nie karmię i go wkurwiają. Czułam, że coś z tego się wykluje większego, a dodając do tego, że za rogiem już czeka anioł z Bogiem, to byłam pewna... Stypa zbliżała się wielkimi krokami.
W środę mieliśmy wolne i cały dzień zeszło nam na sprawach urzędowo bieganinowych. I znowu dogryzanie, jakieś przytyki, warczenie, nieodzywanie się.
I tak cały czas.
Dziś w dodatku napieprza mnie łeb, mam ten cały zespół napięcia, czyli wkurw ogólny na cały świat i jestem zmęczona, bo mały dawał w dupę nieprzeciętnie.

Bilansując wszystko do kupy jestem beznadziejna, gdyż ponieważ:
-rano nie lubię jak się do mnie dużo, szybko i mało sensownie gada, jestem typem sowy (nadmienię, że mówiąc rano mam na myśli godz. 5.30-7)
-rzadziej gotuję
-nie karmię szczurów
-nie interesuję się "naszymi sprawami" w takim stopniu jak mój mąż
-robię bałagan na stoliku
-zdarza mi się zostawić element garderoby na pufie
-jestem bardzo mierną kochanką (umówmy się, nie jestem żadną kochanką, sprawy fizyczne mogłyby dla mnie kompletnie nie istnieć)

Jednym słowem jestem TRAGICZNA pod każdym pozorem i nie zasługuję na rozmowę, wystarczyć muszą krótkie, informacyjne równoważniki zdań.

No ok. Skoro tak, to se milczmy dalej jak przedszkolaki. Kilkukrotnie chciałam obgadać temat ale nie udało się. Foch.

Jestem zmęczona i źle się czuję... Już nawet o tym głośno nie mówię, bo mam wrażenie, że to nużąca i monotematyczna kwestia. 49 kg na wadze, z jedzeniem nie ma szału co rozumie się samo przez się. Bez relanium jest jeszcze gorzej, więc zwiększyłam. Niestety powoduje to takie zjebanie gdzieś do godziny 9tej rano, że chodzę jak zombie. Na siedząco bym zasnęła.

Tak strasznie się cieszę na te kilka dni wolnego... Nie macie pojęcia jak bardzo. Nawet niech będzie jak jest... przynajmniej się wyśpię. ;)

Za oknem jest takie gówno, że brakuje mi nawet słów do określenia tego stanu. Piździ, jakaś mżawka sunie z nieba, szare niebo bez odrobiny słońca, wilgoć, ziąb. Obrzydliwie jest.

I tak suma sumarum, ni chuchu, nie czuję "magii świąt". W dodatku któryś raz z rzędu.
A starałam się, serio! Udekorowałam tą naszą chałupę, ubrałam choinkę, powyciągałam ozdoby...

I nawet prezenty swoim chlebodawcom zrobiłam, są schowane u małego pod łóżkiem. Jeszcze im nawet nie powiedziałam, bo spodziewali się gości,, a pracodawczyni przywitała mnie z "lekkim" tonem pretensji w głosie "dlaczego mały JESZCZE nie jadł obiadu?". Yyy... bo darł gębę przez 1,5 godziny po drzemce?! "A dlaczego tak późno?" Wrrrr.... Trzeba mi było powiedzieć, że jaśnie pani wraca wcześniej z pracy z powodu impry, to bym jakoś pomiędzy sekundą na zaczerpnięcie tchu wepchnęła kilka kęsów rybki do pełnej pretensji, małej buzi (zaznaczam, że to taki mały żarcik, ot czarny humor mi się włączył).
A dodatkowo rozpierdala mnie, dosłownie rozpierdala na łopatki, że nie uprzedzają mnie w większości przypadków o tym, że będą wcześniej. Dobrze wiedzą, że na to zadupie jeżdżą 2 autobusy na krzyż co godzinę, półtorej! Już kilka razy było tak, że wracają wcześniej, albo zwala się babcia i dostaję jasny komunikat "To możesz się już zbierać" (czyt. wypierdalaj). Gówno kogo obchodzi, że nie mam dojazdu i na tym wypizdowie będę czekać godzinę, półtorej na przystanku. Ja powinnam skakać z radości, że wychodzę 15-30 min wcześniej i spierdzielać w podskokach, bo oni mają rodzinę, czy gości. Spoko! Ja to rozumiem i oczywistym jest, że nie chcę,ani nie oczekuję zaproszenia do wspólnej pogaduszki, czy kolacji, ale WIEDZĄ jaki mam transport fantastyczny i wiedzą wcześniej, choćby godzinę, dwie, że będą wcześniej wracać. Ja wtedy mogłabym na spokojnie obczaić inne alternatywy powrotu albo ewentualnie poprosić Wojtka o podjechanie po mnie (aczkolwiek tej opcji nie preferuję, bo mężowi nie chce się wybitnie tracić czasu i paliwa na podjechanie po mnie raz na tydzień - nie lubię gdy ktoś mi robi łaskę). Jak się spóźnili kilka razy z przyczyn losowych (korki), to nie miałam i nie mam pretensji, ludzka rzecz, zdarza się, ale sytuacja o której wyżej pisałam, to totalnie co innego!

Ach... serio, u mnie aż za serce ściska z tego ciepełka nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia. Nie mogę się doczekać! Jestem nastrojona, że hoho! ;)
Mam nadzieję, że u Was jest zupełnie na odwrót! :)

czwartek, 7 grudnia 2017

7. grudnia. Comeback.

Witajcie.
Nie było mnie baaardzo długo.
Szczerze mówiąc nawet nie byłam pewna czy wrócę. Dlaczego? No jakby to powiedzieć, miałam wątpliwości.
Miałam nieprzyjemną sytuację z osobą z nazwijmy to blogosfery. Zrobiło mi się zwyczajnie bardzo przykro.
Zakładając bloga powinnam się liczyć z tym że ludzie mnie czytający są różni i będą też niemiłe akcje ale jakoś mnie to dotknęło, podcięło skrzydła. Pomyślałam sobie, że to bez sensu... Że tak w sumie i tak nikogo nie interesuje ja, ani moje sprawy i po co to wszystko...

Po tym czasie, który upłynął mogę powiedzieć, że mocno zatęskniłam, ochłonęłam i będę pisać. Choćby dla samej siebie! A kto mi zabroni! Jak komuś nie będzie się podobało o czym piszę, to zapraszam do wciśnięcia czerwonego przycisku ze znaczkiem "X" w górnym, prawym rogu monitora. ;) Banalnie proste, prawda?

Co u mnie słychać?
W zasadzie to rutyna. Pracuję średnio 3 dni w tygodniu ale są to intensywne dni, bo od 6-19 jestem poza domem. Gdy mam wolne, to przykładnie robię porządki generalne w domu, prasuję, piorę, gotuję. W weekendy przeważnie jeździmy z Wojtkiem do rodziny jak nie jednej, to drugiej i tak leci. A właściwie to zapieprza, bo nie wiem kiedy zrobił się grudzień! ;)

Zdarzają mi się gorsze momenty ale na szczęście rzadko i umiem się zmobilizować. Nie płaczę nad sobą, nie rozpaczam. Najwyżej zakładam słuchawki na uszy, posmucę się chwilę i idę dalej.

Nerwica nie odpuszcza. Zagłuszam ją lekami i pędem upływających dni ale czasem daje bardzo w kość. Momentami tracę wiarę, że kiedyś się z niej wygrzebię. Waga oscyluje około 49-50 kg i ani drgnie ale co ja się dziwię? Jak się je nieregularnie i niezbyt wiele, to nie ma z czego tyć, a lekowych rozpychaczy już nie chcę. Chyba że faktycznie będzie niezbędna konieczność, ale póki co nie ma tragedii. 

Pierwsze zgrzyty były też w pracy. W pierwszej fazie miałam ogromnego wkurwa i urażona byłam cholernie, ale później przemyślałam wszystko i uznałam, że trzeba mieć w dupie!
Czemu ja się mam tak wszystkim przejmować?
Dobrze wykonuję swoje obowiązki, jestem punktualna, skrupulatna, nie nawalam. To że pracodawczyni ma gorszy dzień i coś mi ciuknie, to nie znaczy, że ja mam się zadręczać!
W końcu udało mi się tak nie sraczkować! Sukces! Po niemal 28 latach życia! ;) No ale niektórzy nigdy tego osiągają, więc lepiej późno, niż wcale.

Aaa, jeszcze jeden news! Nie wiem na jak długo starczy mi cierpliwości ale chcę zapuścić włosy. 1,5 roku wytrzymałam z krótkimi i jakoś mnie znudziły. Poza tym nie będę już kłaść farby u fryzjerki. To że się zniszczyły, to norma, wiedziałam o tym, ale chciałam je rozjaśnić, a wyszedł RUDY! No kurwa jakim cudem?! Jeszcze kobita mi wmawiała, że to takie "refleksy" od światła w salonie. Wróciłam do domu i "refleksy" jak były, tak zostały. Położyłam na nie cukierkowy blond z Casting Gloss, zrobił się dość ciemny blond ale wiadomo, że jak farba bez amoniaku, to się wypłukuje. Następny walnę jaśniejszy ale to dopiero na święta. A co mi tam! Najwyżej mi znowu wyjdzie sraka na głowie. ;P
Długość zaczyna być tragiczna, a podobno będzie coraz gorzej. ;D Póki co upinam niesforną grzywkę i kosmyki, których jeszcze nie da się założyć za ucho. Pewnie trzeba będzie to podciąć za czas jakiś ale póki co czekam... Boję się, że jak już siądę na fotel, to stwierdzę, że chrzanię i ścinam na krótko. Poczekam jeszcze trochę, żeby mnie czasem nie podkusiło. :)

Dziękuję Wam wszystkim, że nadal wpadacie, że pisałyście komentarze pod ostatnim postem co się stało, że mnie nie ma...
To mega miłe i jeszcze raz WIELKIE DZIĘKUJĘ! :)
Mam nadzieję, że chociaż troszkę mnie zrozumiecie...

Do zobaczenia niedługo w następnym poście o niczym. :)
Buziaki! :*

środa, 27 września 2017

27. września. Jak obrażamy, to obrażajmy chociaż sprawiedliwie!

Ale syfiste były te ostatnie dni u mnie...
Kilka spraw się mega pogmatwało, posrało i ogólnie popieprzyło. Nie miałam z tego powodu wybornego nastroju ale jakoś starałam się nie popadać w rozpacz, bo nie miałam i tak wpływu żadnego na to co się dzieje.
Wojtek jednak gorzej to znosił. Witał mnie od kilku dni z miną srającego kota na pustyni. Zero rozmów jakiś konstruktywnych, oczy wlepione w laptop, lub w tv. Jakiekolwiek moje pytania kwitował za każdym razem tak samo:

-Coś się stało?
-Nic
-Przecież widzę, że coś jest nie tak. W pracy ok?
-Ok.
-Dlaczego jesteś smutny?
-NIE WMAWIAJ MI, ŻE JESTEM SMUTNY! Denerwuje mnie to!
-To może powiesz co się dzieje?
-Nic! Przestań mnie męczyć! Nic się nie stało! Jest ok!

I na tym rozmowa się kończyła. Wiecznie zamyślony, niezadowolony, z miną, jakby miał cofkę na mój widok. Milutko, nie ma co. Ale doszłam do wniosku, że przetrwam.
Trudno, próbowałam, jasnowidzem nie jestem, prosić o atencje też się nie będę. Niech se milczy.
I tak milczeliśmy.
Czwartek, piątek, sobota, niedziela, poniedziałek, wtorek...
Tutaj niesamowicie różnimy się charakterami. Mnie do kurwicy nagłej doprowadzało takie milczenie całymi dniami. Wychodziłam kiedyś z siebie, płakałam, schizowałam, spierdzielałam demonstracyjnie z domu, nakręcałam się, traciłam apetyt, dostawałam skrętów żołądka.
Ja jestem charakterem, który lubi od razu wyrzucić co leży na wątrobie. Wolę się wydrzeć, wybuchnąć, przekląć. Ciśnienie zaraz mi opada i oczyszcza się atmosfera. Podczas milczenia, napięcie kumuluje się i pęcznieje jak balon.
Wojtek natomiast jest totalnie inny. Dla niego krzyk, to brak szacunku, on potrzebuje swoje przemilczeć, przeanalizować, sam ze swoimi myślami. Trwa to zazwyczaj kilka dni.
Chyba już nauczyłam się luzować przy takich akcjach. Zajęło mi to ponad 8 lat ale zdystansowałam się w końcu. W chwilach milczącej refleksji, która trwa kilka dni po prostu znajduję sobie zajęcie, nie szaleję, nie robię histerii. Czekam. Ten typ tak ma.

Ostatnio jednak sprawę pokomplikował fakt, że w czasie naszych cichych dni, w sobotę pojechaliśmy na imprezę rodzinną do teściów. Byli oni, ciotka od kota, druga ciotka, kuzynostwo. Ciężko w przypadku naszej pary nie wyczuć stęchłej atmosfery.
No ale nic... trza przetrwać!
Ooo jakże było miło od progu zostać przywitanym słowami mamy:

-Ojej! Aleś ty ZNOWU wychudła!

Później zaczęła się litania wszystkich dookoła.

-Rany jaka jesteś sucha!
-Odchudzasz się? Chyba z kości na ości.
-Ale chudzielec z ciebie.
-Takie te nóżki masz już jak zapałki.
-Nawet objąć nie ma czego.
-Przytyj.
-Jedz więcej.

Itd.
Doszło do tego, że czułam jak wszyscy tylko zerkają ile sobie na talerz nakładam i czy też nie chowam do kieszeni tego co nałożyłam. Kurwa!
Napięcie we mnie rosło ale spoko... Tylko spokój mógł mnie uratować.
Mój spokój jednak nie wytrzymał, jak zaraz po skończonym obiedzie ciocia przy wszystkich znów zaczęła temat mojej chudości.
W duchu liczyłam do dziesięciu i siliłam się na sztuczny uśmiech. W pewnym momencie usłyszałam:

"...wiesz, zrobiła się z ciebie taka glista".

...
Dalszego przebiegu rozmowy nawet nie pamiętam, bo poczułam jak zalewa mnie gorąco wkurwienia od środka. Zrobiłam baaardzo głęboki wdech i syknęłam:

-Bardzo mi miło, że tak mnie nazywasz ciociu. Doprawdy, niesamowicie to jest miłe.

Po chwili odeszłam od stołu. Nie dać się sprowokować... nie dać się sprowokować...
Żeby wszystko było jasne. Ciocia jest dobrą osobą, lubię ją i ona lubi mnie. Niestety subtelności w niektórych kwestiach nie ma za grosz. Potrafi przypierdolić jak chory w nocnik. Wobec wszystkich, także nie jestem specjalnie "wyróżniona" w tej kwestii. Każdemu dowali w czuły punkt. Jest miłą, mądrą i życzliwą osobą, serio! Może to kwestia wieku, dziwaczenia na starość, trudnego życia małżeńskiego, braku akceptacji...
Nie miałam ochoty wchodzić w utarczki słowne. Tym bardziej, że byłam u rodziny Wojtka w gościach, osoby starsze, szacunek, te sprawy. Wobec swojej rodziny nie mam oporów ale tutaj jednak czuję się niezręcznie.
Reakcja Wojtka?
No wybronił mnie jak lwica broniąca swych młodych:

-Wcale nie jest glistą...

Kropka. ;D

Po jakiś 30 minutach ciocia się zrehabilitowała i podeszła do mnie z przeprosinami, że ona często coś chlapnie bez zastanowienia, że nie chciała mi robić przykrości.
Powiedziałam, że spoko ale że takie uwagi nie są miłe i żeby na przyszłość troszkę bardziej uważała co mówi, bo robi drugiej osobie przykrość.
W ciągu wieczora jeszcze kilka razy (jak nie kilkanaście) przewinął się temat mojej chudości i "żebym się już nie odchudzała, bo już wyglądam niezdrowo" (jak grochem o ścianę szły moje słowa, że się wcale NIE ODCHUDZAM.

Tylko kuzynka zachowała się w porządku. Na stronie, delikatnie zapytała, czy wszystko ok, czy czymś się stresuję, bo wyszczuplałam. I takie coś jest ok! Ale nie jakieś takie gadki do porzygu, na forum wszystkich! No w kółko te same frazesy, powtarzające się jak widoki z Disnaylandu.
Miałam ochotę stanąć na środku i krzyknąć:

Zejdźcie ze mnie! Znajdźcie sobie inny obiekt rozmów! Może nie uwierzycie, ale ja mam w domu lustro do kurwy nędzy! Nawet dwa! WIEM JAK WYGLĄDAM! Wiem, że schudłam! I nie, nie jest to efekt diety, treningów z Chodakowską, ani anoreksji, tylko (jak wszyscy zgromadzeni doskonale wiecie) nerwicy lękowej! Nadal leczę się psychiatrycznie, grzecznie zażywam leki. Dziękuję za troskę ale takimi tekstami, tylko jeszcze bardziej deptacie moje poczucie własnej wartości! Takie uwagi serio mi nie pomagają! Wręcz przeciwnie!

Swoją drogą, dlaczego ludzie tak łatwo rzucają teksty w stylu chudzielec, kościotrup, anorektyczka, pajęczak, przeciągnięty przez ruszta w Auschwitz, zgniłek, gnida, czy już wspomniana glista?
Zastanawiam się czemu w takim razie jest taki pobłażliwy stosunek do ludzi puszystych? Większość nic nie powie, bo nie wypada, bo może chory, bo może hormony, może zajada smutki. Ja proponuję taką samą odwagę słowną wobec osób przy kości.
Widzisz i mówisz: ty grubasie, świnio, spaślaku, wielorybie, szafo pięciodrzwiowa, tłuściochu, pączku, nie żryj tyle, jedz mniej, schudnij.
Nie kumam tego! To są takie same obraźliwe sformułowania! I bolą tak samo! Wiem, że wychudłam, widzę to i też nie jestem z tego powodu zachwycona ale nie jest mi super łatwo. Adaptacja w pracy, problemy, niedogadywanie się z mężem, odstawianie relanium. To wszystko jest dla mnie trudne! Wiem, że są dużo cięższe problemy na tej ziemi ale dla mnie moje są ważne. Dodatkowo nie wyrzucam ich naokoło, nie obciążam nimi innych, nie żalę się, nie rozpaczam nad swym losem, tylko usiłuję sobie radzić i nie poddawać. Różnie mi to wychodzi ale próbuję! A że moja psychika nie wydala i odreagowuje mniejszym apetytem, czy większym spalaniem kalorii? Przepraszam! No błagam o wybaczenie, że urażam czyjeś poczucie estetyki!

Ech... i dziwić się, że unikam coraz bardziej rodzinnych meetingów... Ciągle jest ten sam temat. Na dzień dobry wita mnie, zamiast "co słychać", to "o Jezu, ty ZNOWU schudłaś". Nikt nie dopytuje o powód. Wiedzą lepiej - odchudzam się! Nawet zaprzeczać nie muszę, bo wiedzą lepiej. Odchudzam się i już! Kij, że mam nerwicę. Od tego się nie chudnie... a może chudnie?... Eee, nieee! Odchudza się!
Wiem, że często te teksty wynikają z troski ale moja kuzynka jest żywym dowodem na to, że da się subtelnie i delikatnie zwrócić uwagę na problem i zapytać co się dzieje. No i umiar! Nie trzeba mnie wyzywać 100x w ciągu 3 godzinnego spotkania od chudzielców i źle wyglądających. Na prawdę chce mi się już rzygać tymi tekstami. :/

piątek, 22 września 2017

22. września. To nie fair! Tak się nie robi! :(

Ojej, w końcu piątek.
Piąteczek.
Piątunio!

Maciuś ząbkuje i jestem wymięknięta totalnie. Dużo noszenia, cierpliwości, podchodów, pocieszania, uspokajania... Kiedyś się dziwiłam, jak kobita siedząca w domu z dzieckiem może mówić, że jest zmęczona. Żałuję, że tak pomyślałam z całego serca i przepraszam! Biję się w piersi! ;)
Do tego coś tam mamie małego upiorę, rozwieszę, rozładuję zmywarę, ogarnę w kuchni... Póki co czuję się bardzo dobrze tam. Codziennie dostaję smsa z podziękowaniami. Bardzo mi z tego powodu miło i... aż chce się tam przyjeżdżać! Dla moich uszu miłe słowo jest niczym miód, a jak widzę że ktoś mnie chwali, docenia, to już jestem na serio mega podbudowana. Mam z tego dużą radość. Martyna (mama Maćka) nie "kazała" mi tych rzeczy ogarniać. Była mowa o ogólnym ogarnięciu chaosu po dziecku, zabawki, itd. ale ja jestem podobna do niej pod względem pedanterii i robię trochę więcej. Zwyczajnie się lepiej czuję jak jest czysto, poza tym ona ma dzięki temu więcej czasu po pracy dla młodego.
Cieszę się, że już weekend. Jestem zmęczona, napieprza mnie kręgosłup i ręce...

A teraz zmiana tematu.

***
Ostatnio doszła mnie informacja, która spowodowała u mnie ogromne wkurwienie. Nie mam na to innych słów.
Siostra teściowej od kilkunastu lat ma kota. Przygarnęła znajdę lata temu, kotka. 2 lata temu ciocia przejściowo zamieszkała u mamy i kota przetransportowała ze sobą z innego miasta.
Później syn, który jest na emigracji wyciągnął ją do siebie do pracy. Kot został PRZEJŚCIOWO u mamy, ciocia zarzekała się, że kota weźmie, jak tam się jej sytuacja z mieszkaniem ustabilizuje. Tak się stabilizowała 3 miesiące. 2 tygodnie temu wróciła na jakiś czas do Polski, uregulować swoje sprawy i jest problem...
Teściowie mają swojego kota, do tego tego od cioci. Niedawno zamienili mieszkanie z większego na mniejsze i pojawił się problem. Okazało się, że tata ma astmę i ostrą alergię na koty. O ile na większym metrażu objawy nie były jednoznaczne i bardziej przypominały niedoleczoną infekcję, to na mniejszym zrobiło się ciężko.:/ Kociaka rodziców przejmie siostra Wojtka, problem jest z drugim...
Ciotce się nagle odwidziało. Kot faktycznie jest wiekowy, schorowany, ma lekko niesprawne łapki tylne, coraz słabiej je... Ona postawiła na nim krzyżyk. Zaczęła zamulać, że kot transportu nie przeżyje, że jednak go nie weźmie, itd.
No ja pierdolę!
Nikt tej kotki nie chce wziąć! Moi rodzice nie dadzą rady, mają psa, który by ją zszarpał, jedna siostra Wojtka nie chce, druga bierze kota teściów i dwóch nie chcą, moja siostra nie chce... My nie damy rady, mimo najszczerszych chęci. No nie ma szans. Mamy niecałe 25 metrów, jeden pokoik, maleńką łazienkę, no i 2 świnki morskie. Bała bym się o nie. :(
Jak się o tym dowiedziałam od mamy, to pierwsze moje pytanie było, co zamierza z tym ciotka zrobić. Okazało się, że najpewniej odda ją do schroniska.

Jak we mnie w tym momencie zawrzało! Mieć kota kilkanaście lat! Na dobre i złe. Miziać, kiziać, przytulać, dbać (chyba) i nagle, gdy przyszła smutna starość, oddać! Pozbyć się problemu.
No nie spodziewałam się... Od razu wybuchnęłam, czy one sobie zdają sprawę z kilku faktów:

1. jak wyglądają schroniska?
2. kotki nikt nie zaadoptuje z racji na wiek, choroby, ciężki charakter (jest nieprzewidywalna, czasem ni z tego, ni z owego umie drapnąć lub ugryźć), tym samym nie nadając się do innych zwierząt, czy dzieci
3. przeżyje kolejny szok, kolejną przeprowadzkę, opuszczenie przez właścicielkę
4. na 99% zostanie zwyczajnie uśpiona, bo tak właśnie robi się w schroniskach z takimi zwierzakami (przynajmniej u nas tak jest). Wiem, bo chciałam być wolontariuszką i znałam kilka osób, właśnie z wolontariatu
5. szczerze wątpię, żeby masowo uśmiercali takie starsze zwierzaki humanitarnie (1. zastrzyk powinien być uspokajający/usypiający, 2. zatrzymujący akcję serca, to tak w teorii, w praktyce podejrzewam, że oszczędza się na lekach i czasie)

Jak można tak skreślić wieloletniego przyjaciela? Zostawić, skazać na cierpienie? Na śmierć?
Sorry za mocne słowa ale dla mnie to jest podłość! Miałam wiele zwierzaków ale żadnego się nie pozbyłam. Owszem, uśpiłam. Ale tylko dlatego, żeby zaoszczędzić cierpienia, bo sytuacja była totalnie beznadziejna i mimo żmudnych oraz kosztownych terapii u weterynarzy, efektów nie było widać, było tylko gorzej, nie było nadziei na powrót do zdrowia, czy przeżycie. Zwierzak już umierał i jedyne co pozostawało, to pomóc mu spokojnie zasnąć. Był wtedy w moich objęciach. Głaskałam, uspokajałam, tuliłam i WIDZIAŁAM co weterynarz robi. Był zastrzyk usypiający i później uśmiercający. Nie widziałam cierpienia na pyszczku, chociaż wiem, że pewności w tej kwestii nie mogę mieć. Wiem tylko, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby małemu, bezbronnemu stworzonku pomóc i nie opuściłam go.

Decydując się na zwierzaka, decydujemy się na choroby, koszta z nimi związane, humory, obowiązki... Nie tylko na chwilowe głaskanie i ukojenie swoich smutków.
Dojść do mnie nie może, że starsza kobieta może tak bezdusznie podejść do sprawy. Nie umiem tego tematu przetrawić.
Jeszcze będę dopytywać... Może ktoś się znajdzie, żeby ją uratować. Jeśli nie, to zadzwonię do naszego weterynarza (czasem przygarnia zwierzaki, znajduje im domy), może on coś doradzi. Może wystawię ogłoszenia. Nie wiem! Nie chcę pozwolić na tak okrutną mękę psychiczną i śmierć.

Jeśli macie sumienie, NIGDY w ten sposób nie postępujcie i 1 000 000 razy przemyślcie decyzje o posiadaniu zwierząt. 

Moje dwie świnki przekroczyły swoją "startową" cenę już kilkukrotnie. Jeśli będzie trzeba, będę bez wahania "inwestować" w nie nadal. Kosztem nowych butów, bo stare dziurawe, kosmetyków, czy jedzenia. Jak nie będę mieć kasy, pożyczę. Nie widzę innego wyjścia! Nie wyobrażam sobie postąpić inaczej!