wtorek, 18 lipca 2017

18 lipca. Fryzjer! :)

Teściówa namówiła mnie na miodowy kolorek włosów i w zasadzie... jest ładnie! :)
Fryzjerka trochę pojechała z krótkością i pierwsze słowa Wojtka jak mnie zobaczył, to:

-Ooo, jaki ładny chłopczyk!

;D To mówi samo za siebie. Ale włosy troszkę podrosną i będzie cacy. Tzn. jest OK ale mogła mnie ciut mniej opitolić. :)
Mamunia-Teściowa też zadowolona ze swojej metamorfozy. No, przynajmniej mi się nie przyznała, że jest coś nie tak. :)

Lubię siebie w krótkiej fryzurze.
Zawsze dopasowywałam się do otoczenia, chciałam wtapiać się w tłum, być niezauważalna. Rodzina wpajała nam z siostrą, że włosy to atrybut kobiecości.

-Nie macie cycków, zgrabnych nóg, ale włosy macie chociaż ładne. 
-Brzydko wam będzie w krótkich. 
-Do krótkich to trzeba mieć ładną twarz. 
-Nie farbuj! Zniszczysz włosy! Będziesz żałować!
-Nie tnij! Będzie ci brzydko! 

Tak nam mówiono... Ale w wieku 27 lat, w momencie rzutu depresji miałam dość. Chciałam radykalnej zmiany. Z gęstych, długich włosów, zrobiłam krótkie cięcie. Szok!
Najlepsze, że moja 20 lat starsza siostra też poszła w moje ślady i z całe życie długich ścięła na krótko. ;P
No i tak od roku mam krótkie.
Czasem tęskno patrzę na dziewczyny z długimi, ale zaraz sobie przypominam, że ja swoje i tak w 99% nosiłam w bardzo ciasnym kucyku, ulizane do tyłu. Suszenie zajmowało mi 30 minut, a każde wstanie z łóżka kończyło się efektem jakby piorun mnie poraził w głowę. Prostowanie to kolejne 30-40 minut było.
Teraz suszenie zajmuje mi 1,5 minuty, ułożenie do 3 minut max. Prostownica? Od wielkiego dzwonu, a przeprostowanie zajmuje mi około minuty.
Wygoda ogromna!
Czasem tylko tak sobie myślę, czy nadal podobam się temu mojemu Wojtkowi jeszcze...

Dla zainteresowanych, prosiątko żyje, ma się dobrze! Jutro ostatni dzień lekarstw!!!
Juuuupiiii!!! ;D
Aaa, no i dziś też poćwiczyłam. Jestem wielka normalnie. ;)

Ooo i jeszcze jedno. Na YT obserwuję młodziutką dziewczynę Wiktorię (link do jej kanału). Zmaga się ona z zaburzeniami psychicznymi. Mądrze prawi i podoba mi się jej kontent.
Dołączyłam nawet do jej nowej akcji.
Bardzo słuszna idea!



poniedziałek, 17 lipca 2017

17 lipca. Powrót do ćwiczeń.

Dziś się w końcu zmobilizowałam i poćwiczyłam. :)
O dziwo całkiem nieźle mi poszło.
Szok! Moje samopoczucie idzie w górę po tym wysiłku fizycznym. Chyba faktycznie coś jest w tych endorfinach po treningowych.

Mały pacjent ma się dobrze, jedynie zabrakło mi probiotyku. Była pewna niejasność w instrukcji jaką dostałam od pani weterynarz, bo antybiotyk mam świniakowi 2x dziennie podawać, więc logiczne mi się wydawało, że podaję probiotyk też 2x. No i tak podawałam, a tu zonk! Zabrakło. Z rana dzwoniłam do najbliższego weterynarza i na szczęście okazało się, że miał na stanie ten lek. Poszłam i oczywiście oprócz probiotyku kupiłam karmy, bo były w dobrej cenie i babkę lancetowatą, bo świniaki ją uwielbiają. ;P
Syropek przeciwbólowy dzisiaj był ostatni dzień. Dzisiaj jeszcze raz muszę wmusić w Antonita antybiotyk i od jutra jeszcze tylko 2 dni zostaną. A później czekamy na poniedziałek i ściąganie szwów.

Wariat świnkowy jestem, ja wiem... ale co poradzę? ;)

Aaa... jutro z teściową z rana idziemy do fryzjera. Będzie się działo! :D

niedziela, 16 lipca 2017

15 i 16 lipca. Co nowego.

Maluszek ma się na serio dobrze! :)
W dniu zabiegu był osowiały, oczka jakby zapłakane, nastroszony, przysypiał na siedząco... Obraz nędzy i rozpaczy. Wczoraj rano już było dużo lepiej. Ma apetyt, pije sporo, bryka, zaczepia Kropkę.
Nie widzę, żeby coś go bolało. 
Probiotyk smakuje mu bardzo! Oblizuje się na wszystkie strony. ;D Gorzej z syropkiem przeciwbólowym. Troszkę muszę wpychać, ale też pije. Koszmar jest natomiast z antybiotykiem. Cuchnie to paskudnie i musi być równie ohydne w smaku, bo Antonito broni się rękami, nogami i zębami przed tym czymś. Wyrywa się, wypluwa, pręży ciałko, łapakami chce "wyjąć" zawartość strzykawki z pyszczka. No ale lekarz zalecił, to podaję.
Troszkę dużo tych leków ale mam zaufanie do tej weterynarz i nie będę nic cudować w dawkowaniu na własną rękę.

Proszę, oto mała fotorelacja z wczoraj. :)

Leki i zalecenia, a po prawej moja rozpiska, żeby się nie pomylić i monitorować wagę (taaak, wieeem, jestem walnięta;D):

Przygotowanie pacjenta do podania leku: ;)


 

Foch po podaniu antybiotyku:

Specjalistycznie dobrana dieta dla rekonwalescenta ;D:
















Jeszcze mały update odnośnie mojej diety. Udało mi się schudnąć ale odpuściłam z ćwiczeniami.
Mam zamiar w najbliższym czasie do nich powrócić, bo dobrze się czułam ćwicząc. 
Co do diety. Nadal nie słodzę, unikam słodyczy ale gdy jest okazja, to sobie nie odmawiam. ;) Na jakieś chrupki też się skuszę, np. "duszki" ;). Chipsów ostatnio trochę zjadłam ale odbijało mi się nimi okropnie. SYF to jest przez wielkie S!
Jem, nie liczę kalorii, nie popadam w paranoję i według mnie bilans jest zachowany! :)
Moje porównanie też będzie ale muszę męża zmolestować do zrobienia mi zdjęć. ;D

Miłej niedzieli Kochani! :*

piątek, 14 lipca 2017

14. lipca Niech już będzie z górki.

Antonito miał dziś tą operację/zabieg. Jak zwał, tak zwał. 
Rano podjadł sobie nic nieświadomy biedaczek, załadowałam go w transporter i zawiozłam do weta (nie znoszę podróży MPK, chamstwo i nieuprzejmość ludzka mnie powalają:/).
Zabieg miał być o 14:15. Zawiozłam małego jak najpóźniej się dało, żeby nie był długo sam niepotrzebnie.
Po 15tej zadzwoniła pani weterynarz i powiedziała, że wszystko się udało, że to był kaszak, histopatologii nie trzeba robić i już się pomalutku wybudza.
Kamień z serca!
O 19tej przyjechaliśmy po pacjenta, otrzymaliśmy kartę informacyjną, leki które będę podawać... Sporo tego, mam nadzieję, że brzuszek się nie zbuntuje. :/ Bida ma kilka szwów i sreberko na szybsze gojenie. Maleństwo strasznie przymulone... Mało się rusza, coś tam podjada ale niewiele i ma takie smutne oczka. :( No smutno mi jak widzę, że nie najlepiej się czuje, a ja nie mam jak pomóc. 
Za 10 dni mamy jechać na ściągnięcie szwów.
Całe szczęście Kropka nie zaczepia jej, nie interesuje się ranką. Jedynie podpierdziela Antoniemu co smaczniejsze kawałki. 
Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej...
Szkoda zwierzaczka. :(

Dziękuję Wam za wszystkie zaciśnięte kciuki! 
Teraz równie mocno je trzymajcie za powrót do zdrowia i polepszenie apetytu. ;)





czwartek, 13 lipca 2017

13 lipca. Nie umiem się odnaleźć.

Odkąd wróciliśmy z tej Szwajcarii, jakoś totalnie wybiłam się z rytmu. Ja mam mózg o budowie cepa. Jak tylko coś się "zaburzy", wkradnie się jakiś chaos, inność, to czuję się jak dziecko we mgle.
Dziwne, jak na stosunkowo młodą osobę.

Opuściłam się z prasowaniem. Sterta rosła i rosła i rosła... A to źle się czułam, a to za gorąco, a to u teściowej pomagałam, a to za późno i mąż chciał spać. Zawsze coś. Dziś już zakasałam rękawy i całe dziadostwo sprasowałam. Z ponad 5 godzin mi to zajęło.

Wczoraj dodatkowo się zmartwiłam, bo głaszcząc Antonita wyczułam u niego sporą gule między łopatkami. :(
Ostrzygłam go w tym miejscu, obejrzałam... Nie było tego! Codziennie prosiaki głaszczę i na pewno tego nie było! Momentalnie mnie zmroziło, bo jedna z moich świnek zmarła na raka i też zaczęło się od takiego guza,z tymże na brzuszku. Zostało to wycięte, niestety przy badaniu kontrolnym wet coś ucisnął i po tej wizycie świnka zmarła. Albo coś zapieprzył i doszło do wylewu pod wpływem nacisku, albo zrobiły się przerzuty, które pod wpływem ucisku pękły. Ledwie ją do domu przywiozłam i zaczęła się pokładać, piszczeć... ;( Nie chciałam robić sekcji, bo co by to zmieniło? Po prostu już się u gościa więcej nie pojawiłam.
Od razu spanikowana stwierdziłam, że jutro umawiam się do weta (było już po 21, inaczej zadzwoniłabym od razu). Wojtek stwierdził, że jak zwykle dramatyzuję. Że może go coś ugryzło, a może Kropka go dziabnęła i że może do jutra zniknie (taaa... jasne!).
Oczywiście nie zniknęło, więc z rana umówiłam się na wizytę. Po 17tej przyjęła nas pani doktor, obejrzała i stwierdziła, że najprawdopodobniej jest to kaszak. Trzeba usunąć chirurgicznie. Im szybciej, tym lepiej. Jutro jadę z małym koło południa, wieczorem ma być już "do odbioru".
Mówiłam lekarce, że jak ja mogłam nie zauważyć, ale uspokoiła mnie, że to dziadostwo potrafi się pojawić z dnia na dzień i nie ma w tym mojej winy. Że najpewniej nie jest to nowotwór złośliwy, ale jeśli guz wzbudzi jej podejrzenia, to trzeba będzie go zbadać histopatologicznie.
Powiem szczerze... stresuję się!
Narkoza, to zawsze ryzyko u gryzoni, później antybiotyki, które świnki też nie najlepiej znoszą (biegunki, wzdęcia, brak apetytu). Nie chcę nawet myśleć co będzie, jeśli... :(

Proszę, trzymajcie kciuki za Antonita. Jutro po 14tej będzie mieć operację. Na szczęście na noc już będzie z nami, bo inaczej bym oka nie zmrużyła. :(

Boję się... :(

czwartek, 6 lipca 2017

6 lipca. Patologia. ;)

***
Śniadanie:
3 kanapeczki z masłem i miodem
herbata żurawinowa z łyżeczką miodu

Przekąska:
jogurt
ok. 5 kawałków czekolady (nie liczyłam, sama znikała ;))

Obiad:
zupa koperkowa z marchewką i ziemniakami
kurczak duszony z cebulką, ziemniaki z masełkiem ubijane

Przekąska:
kilka daktyli
Pluszzz witaminki ;)

Kolacja:
2 małe kromeczki z masłem i szynką
***

W końcu się zmobilizowałam i poćwiczyłam! Normalnie tak mi się nie chciało, że szok. 
Muszę w końcu ruszyć pupę i stworzyć post o mojej metamorfozie ćwiczeniowo-dietowej. W końcu obiecałam! ;)

Rozleniwiłam się ostatnimi czasy... I z żołądkiem jakoś tak gorzej. Pobolewa.

Wczoraj mieliśmy akcję, dziwną dosyć. Ja przeżywam takie sytuacje, bo zaraz mi się wspomnienia uruchamiają.

Żeby naświetlić sytuację, muszę sprostować w jakim budynku mieszkamy.
Jest to niby kamienica. No właśnie, niby... Tak na prawdę to dwupiętrowy budynek podzielony na niewielkie mieszkania, kawalerki. Późniejsi właściciele "zaadoptowali" piwnice (tak, piwnice) i poddasze (na którym mamy zaszczyt mieszkać;)). Jest to lipa jak sam chooooj. Kanalizacja stara i niedostosowana zupełnie do takiej ilości mieszkańców. Wali z rur szambem, pan szambelan często opróżnia studzienkę przy budynku. Nawet nie wiecie jakie to bezcenne uczucie, siedzieć ukiszonym w 35 stopniach i czuć gówniane zapachy z dołu. Pyyycha...
Ciekawe nuty zapachowe wydzielają się również w czasie i tuż przed deszczem. Swąd zgnilizny jest bardzo charakterystyczny i idealnie przewiduje zbliżające się opady (wiarygodniejsze niż prognoza pogody na TVNie).
 Mieszkania są w ogólnie stanie złym. Brak odpowiedniej izolacji, stare okna (pamiętacie zapewne akcję z urąbanym oknem?), rozpadające się kabiny prysznicowe, cieknący bojler, odpadające farby, tynki, krany, sprzęty typu pralka, lodówka, płyta elektryczna starsze ode mnie. No miód malina. 
Nam i tak oberwało się największe i najlepsze mieszkanie. Niedługo stuknie nam tutaj 3 latka.

Ja tam nie narzekam. Jesteśmy sami, niezależni, odcięci od rodzinki, mamy ubikację, wodę, kaloryfery. Nie mam wygórowanych standardów. Do różnych przygód staram się podchodzić z humorem, aczkolwiek czasem człowiek boi się coś dotknąć, żeby się nie rozpadło. :P

Najciekawszą kwestią są tutejsi mieszkańcy. Połowa z nich to osoby, które dostały je z socjalu.
Na parterze mieszka starsza para z 18 letnim synem, z którego robią ciptoka, żeby móc ciągnąć na niego zasiłki. Facet jest nerwowy i ma chyba problem alkoholowy. Ona jest prostą ale poczciwą kobieciną. Czasem podrzuci nam jakieś warzywa z darów, urwie trawę z cmentarza dla świnek, zagada... Wietrzy wszędzie sensację, lubi poplotkować ale gdyby coś się działo na pewno by pomogli i ona i on.
Obok wprowadziło się małżeństwo z córką w wieku na oko gimnazjalnym, która ma imponujące predyspozycje do bycia społeczniarą roku. Jest totalnie bez obciachu. My gdzieś wychodzimy, a ta bez pardonu otwiera okno na oścież, ręce na parapet i się lampi jak ciele na malowane wrota. Gapi się jak w telewizor, wzrokiem nieskalanym inteligencją.
Jest jeszcze jedno mieszkanie na parterze i też chyba jakiś pan tam mieszka ale specjalnie go nie kojarzę, a jak kogoś nie kojarzę, to dobrze o nim świadczy. ;D
W piwnicach rotacja mieszkańców jest ogromna, do nas nie docierały nigdy jakieś niepokojące dźwięki, no ale my na samej górze, także ten... Ale ponoć było tam już wszystko. Kurestwo, narkotyki, złodziejstwo, awantury, chlanie, bijatyki. Już nawet nie liczę ilu ludzi tam się przewinęło.
Na 1. piętrze mieszka starsze małżeństwo. Ona jest zasuszona i bardzo znerwicowana. On alkoholik, uwielbiający puszczać głośno discopolo. Czasem się głośniej posprzeczają, ale spoko. Nieszkodliwi. ;)
Obok mieszka para, trochę starsza od nas. Sądzę, że są byłymi narkomanami, przynajmniej on wygląda mi na opiatowca. Ona znerwicowana bardzo, schorowana. On hazardzista i jakby mu 5 klepki brakowało. Często wpadał pożyczyć korek do wina, bo "do obiadu" chcieli się napić (rozwalał mnie na łopaty tym tekstem;D). Czasem mają głośniejszą sprzeczkę ale z rzadka. Nieszkodliwi.
Pozostałych mieszkańców 1. piętra nie kojarzę.
I pozostaje nasze piętro. Mieszka tu pani "pielęgniarka" ale nie za bardzo wierzę, że nią jest. Ubiera się, maluje, wygląda i zachowuje jak prostytutka. Poza tym zawsze ma "nocne dyżury". ZAWSZE. Ogólnie jest niesympatyczna. Ale nieszkodliwa.
W 2. mieszkaniu mieszka Kasia. Bardzo miła i fajna dziewczyna. Nie znamy się dobrze. Takie "cześć", "cześć", "co słychać". Perełka wśród tutejszych mieszkańców. ;)
I od niedawna mieszka jeszcze jakiś chłopek roztropek. Od jakiegoś czasu ktoś trzaska drzwiami, ale to tak, że aż wszystko podskakuję. Nie było tego, więc to ten gościu.
Wczoraj tak się tłukł w tej kanciapie, że szok! Po chwili pojawiły się krzyki, płacz jakiejś dziewczyny, jeszcze głośniejsze trzaskanie, wyzwiska.
Zerknęłam co się dzieje, ale po chwili koleś wyszedł z mieszkania na korytarz i zaczął dzwonić na policję. Po okraszonym w łacinę dialogu dało się usłyszeć, że ona mu "zajebała patelnią", a on ją "kopnął w nogę". Przyjechała policja, pogadała z jednym, drugim. Okazało się, że laska nieletnia. Pogotowie po nią przyjechało, bo tamten chłopak nagadał policji, że jest niezrównoważona psychicznie (cholera, ja też jestem! sami psychole w tej kamienicy!;)). Kolesiowi ani tej dziewczynie nic się nie stało, ot taka kłótnia.
I słuchajcie co najlepsze!
Dziś koło południa ktoś zaczął napitalać domofonem. I tak przez pół godziny! W końcu ktoś wpuścił... tą laskę z wczorajszej akcji! Jak gdyby nigdy nic przyszła z siateczką, z zakupami. Jeszcze gościa opierdoliła, że jej nie chciał otworzyć (jednak w znacznie łagodniejszej formie, niż wczorajszego wieczoru, patelnia w ruch nie poszła;D).

Im dłużej tu mieszkam, tym bardziej jestem zszokowana poziomem zagęszczenia patoli tu panującej na metr kwadratowy.
Pamiętajcie... To co tu napisałam to telegraficzny skrót. Kwiatków jest znacznie, znaaacznieee więcej. ;)

Śpijcie dobrze kochani i nie okładajcie patelniami. ;P

Motywację wcięło! :(

Powiem Wam, że kicha coś jest...
Po powrocie z wyjazdu szwajcarskiego ćwiczyłam raz. RAZ! Masakra...
Jeżdżę do mamy i pomagam w przygotowaniu mieszkania do ich przeprowadzki. W jednym dniu było szykowanie do malowania i malowanie, w następnych kładzenie tapety... Oj, z tym kładzeniem tapety to był debiut. ;D

Tyle ściany utargałam. Resztę dotargała mama. ;)

Wojtek miał baaardzo optymistyczne podejście.
-Spooooko! Co to za filozofia! 3 godziny na taką jedną ścianę to maks!
-Ale to jest dość długa ściana...
-Oj tam! Mówię Ci, że 3 godziny stykną. Co z ciebie taka pesymistka?
-Raczej realistka...

Małżonek obejrzał na youtube kilka filmików "jak położyć tapetę" i gitara! Zaprogramowany niczym Neo z Matrixa! 
Z tymże niekoniecznie... ;P

Etap początkowy.
Zaczęliśmy przed 11. Skończyliśmy przed 23. :D
Tapetowanie okazało się nie taką prostą czynnością, zwłaszcza jak się ma teściową perfekcjonistkę i wszystko musi być od linijki.;)
Daliśmy radę w trójkę, a jakże! Ale zdecydowanie zaliczam to do niełatwych wyzwań. ;)

Etap końcowy. Aż się ściemnić zdążyło.;)
















Przedwczoraj zaczęłyśmy już z mamą akcję sprzątanie. Niestety moje dłonie na agresywną chemię reagują fatalnie... Skóra z wewnętrznej strony dłoni złaziła, a na palcach (najbardziej ujebliwe miejsca, bo na zgięciach), między palcami schodziła, pękała, jadziła się i swędziała... Swędziała jak jasna cholera. 
Już po powrocie ze Szwajcarii zaczęło mi to wyrzucać na łapach, ale po tych porządkach to koszmar jest. :/ Wczorajszy dzień przełaziłam wysmarowana maścią sterydową, w plastrach i rękawiczkach lateksowych. Na szczęście pomogło. A jutro znów jedziemy z mamą ogarniać. 


Mam nadzieję, że znajdę dziś moc i motywację do poćwiczenia. Za długą labę sobie zrobiłam i coraz trudniej mi się znowu wdrożyć. :/

środa, 28 czerwca 2017

Mini wakacje. :) UWAGA! Dużo zdjęć!!! (bardzo dużo;P)

Zaprosiła nas rodzina Wojtka do Szwajcarii. Oczywiście pełen sponsoring z ich strony, bo my bidoki jesteśmy, wzięliśmy jedynie "kieszonkowe". Zabolało wypłacanie franków, oj zabolało...;P.
Wyjazd (a właściwie wylot), mieliśmy zabukowany od ponad miesiąca ale odwlekałam tą myśl. Potwornie się bałam... 
Wszystkiego! Lotu, nowego miejsca, zatruć... Udawało mi się odwlekać lęki na ostatnią chwilę.
Nagle na 2 dni przed wyjazdu dostałam bóli brzucha, nie mogłam nic przełknąć. Miałam ochotę zniknąć. Cudem nie uciekłam sprzed lotniska.

Do mojego zestawu anty wymiotnego zapakowałam:
*Aviomarin
*Metoclopramidum
*Hydrozyzynę
*opaski Sea-Band (totalne placebo i 3 dychy jak psu w dupę ;P)
*gumy do żucia

Przed wyjazdem na lotnisko, dostałam ataku paniki, zrobiło mi się słabo. Wojtek dzielnie mnie uspokajał, ale dzielnie starałam się swoją histerię chować w sobie.
O dziwo, gdy już na lotnisko dotarliśmy ogarnął mnie całkowity luz! Za to gdy mi luz wjechał, to panikować zaczął Wojtek! ;D Że który terminal, jaki gate, że się spóźnimy, że bagaże pójdą na inny pokład. Role się odwróciły i teraz to ja uspokajałam mojego małżonka. 
Dwa świry się dobrały! ;P 

Żadnych uspokajaczy nie brałam. Wcześniej leciałam do Dublina na kilka dni (też do siostry Wojtka ;D) i bez Aviomarinu i innych uspokajaczy nie wsiadłabym do samolotu. Tym razem bałam się mniej i postanowiłam, że dam radę na trzeźwo (opaski niby anty rzyganiowe się nie liczą, bo guzik dały! ;)). W samolocie tylko od razu sprawdziłam, czy jest torebeczka na wymiociny i stwierdziłam, że jest ale kompletnie nietrwała! Dziadostwo! Jeszcze bardziej mnie to zmotywowało do nie popuszczania górnego zwieracza. ;D

Na miejscu dzieciaki mnie zaabsorbowały, napięty grafik nie dawał czasu na czarne myśli, a kuchnia szwagierki była tak smaczna i leciutka, że no cud miód. :)
Ich starsza córeczka mnie rozczulała. Taki słodki rzep. :) Wszędzie ze mną chciała być. Ze mną się kąpać, ze mną jechać z tyłu w aucie, ze mną do basenu, koło mnie siedzieć przy stole, ze mną zasypiać... Milion razy usłyszałam "kocham cię", mała, ciepła rączka wciąż ściskała moją, uściskom i całusom nie było końca. Jakie to było cudowne. Ja w domu takiej miłości nie zaznałam. W ostatnim dniu już czułam się troszkę przytłoczona ale to chyba naturalne ;). Po prostu nie jestem przyzwyczajona do takich czułości i to w takim wymiarze godzinowym. :D

Aha, dieta i ćwiczenia zawieszone na czas wyjazdu. Może od jutra znów zastartuję, bo dziś coś słabo mi poszło (na wyjeździe nawet dawałam radę, bo jadłam stosunkowo niewiele i lekko). Za to dzisiaj zeżarłam całą tabliczkę czekolady szwajcarskiej i lody u mojej siostry (odbieraliśmy świneczki).

Uff, rozpisałam się. 
Teraz przechodzimy do zdjęć!
Było przepięknie!!! :)))

Chmurki jak wata cukrowa. 

Zachód słońca ponad chmurami.

...i... 



Ach... 

Górki...

Mućka! ;)

Nawet siostrzeniec Wojtka ma świnki morskie! ;D


Zurich

Ścianka wspinaczkowa z moją przylepą. :)

I znów górki.

I jezioro.

Jak tam było pięknie...




I znów widok na Zurich.