sobota, 17 grudnia 2016

Misz masz. :)

Witajcie Kochani! :)

Rany, jakiego banana miałam na twarzy przedwczoraj, to szok! Doszła mi paczuszka od Lucynki z bransoletkami. Pięknie opakowana i z cudną zawartością. :)
Wyczekiwałam jej z niecierpliwością, bo już niedługo, już tuż tuż moje urodzinki.
Od razu je rozpakowałam i założyłam. Są ŚLICZNE!
Dziękuję Lucynko <jeśli mnie w ogóle czytasz ;)>! Masz talent dziewczyno!
Mnie by potargało przy takim dłubanku. ;)

Link do sklepiku tej zdolnej Dziewczynki: 



Dziękuję raz jeszcze kochana!





Generalnie u mnie jest lepiej. Jak cudownie móc powiedzieć to głośno <tfu, tfu, żeby nie zapeszać>.
W przyszłym tygodniu będę chciała odwiedzić moją panią doktor, bo jednak bardziej pewnie czuję się będąc z Nią w stałym kontakcie, no ale luuudzie...
Nie ma porównania z tym co było, a co jest.
Od końca lipca miałam myśli samobójcze, nerwowo rozdrapywałam swoje ciało, nie myłam się, nie wychodziłam z łóżka, z domu, nie gotowałam, nie prasowałam... I prócz tej niemocy, lęki... Non stop lęki, strach, obawy i brak perspektyw. No nic tylko sobie w łeb strzelić.
Czułam się tak bezużyteczna, tak beznadziejna i nic niewarta, że to przechodzi wszelkie pojęcie.
Początki na nowych lekach, jak to zwykle bywa, też łatwe nie były, ale po kilku potknięciach, powoli, pomalutku zaczynałam wracać do świata żywych.
Ja wiem, że myślicie sobie "co za idiotka", ale mnie cieszą te prozaiczne czynności, które teraz wykonuję, bo przez miesiące nie byłam w stanie wygramolić się z łóżka! A jak się wygramoliłam, to po 5 minutach w pozycji pionowej dostawałam dygotań w klatce piersiowej i tętna powyżej 120.
Także cieszę się małymi rzeczami i je doceniam, bo wiem jak cholernie dotkliwa jest ta wszechogarniająca niemoc.
I tak, w czwartek byłam u fryzjera i na zakupach <SAAAMA <== możecie się śmiać, proszę bardzo ;)>. W piątek robiłam generalne porządki, plus mycie okien i naklejanie badziewnych naklejek z Biedry na nie. Kurde, mina mojego Męża była bezcenna, jak widział co kupuję.

-Co to jest?
-No naklejki na okna... Świąteczne.
-Chcesz to nakleić na okna?
-No tak... A na co innego mam naklejać?
-Kurwa, ale jak to będzie wyglądało?
-No jak to jak? Świątecznie!

Hehe... Na szczęście efekt końcowy Mu się spodobał (chyba...;)).





Jeszcze tylko czekamy na obiecaną choineczkę od Teścia i już będzie klimat świąteczny na 100%. :) Bardzo mnie cieszą takie akcenciki. Wiem, że to tandeta, badziewie, dziadostwo ale mnie się podoba! A to chyba najważniejsze. ;)




Świnie szczęśliwe hamakują, żreją, piją i defekują. Ha! Te to mają życie... 
W następnym wcieleniu chcę być świnką morską! 




wtorek, 13 grudnia 2016

To dziś jest TEN dzień...

Ależ miałam cudowną noc...
Cała ta mieszanka psychotropów chyba namieszała mi w organizmie, bo spóźniał mi się okres kilka dni. Od dwóch chodziłam jak osa. Wszystko mnie drażniło, humor wisielczy. Wczoraj już byłam pewna, że nadejdzie "ten dzień" ale skąd!

O 2. w nocy zerwało mnie charakterystyczne rwanie w dole brzucha. W pozycji pół skulonej dotarłam do kuchni, zrobiłam jakąś kanapkę, żeby na pusty żołąd nie ładować nurofenu, zjadłam, zażyłam i czekałam na magiczne działanie przeciw bólowe... Zamiast poprawy było coraz gorzej. Usiadłam na łóżku, bo zaczęło mnie mdlić. Mąż się obudził i zapytał co się dzieje. Po chwili już była masakra... Waliłam łbem o ścianę z bólu <dosłownie>, wyłam, pięścią waliłam w poduszkę, zwijałam się. Każda pozycja była zła, w każdej ból stawał się mocniejszy. Nie wiedziałam, czy zaraz się posram, porzygam, zemdleję, czy może wszystko na raz.
Po pół godzinie Wojtek zapytał czy dzwonić po lekarza. Wydukałam, że tak, bo ja już nie mogę wytrzymać. Zadzwonił i otrzymał odpowiedź:
-Lekarz może przyjechać najwcześniej za kilka godzin. Proszę przyjechać do nas.

Było by to ciężkie do zrealizowania, bo każdy dotyk sprawiał mi ból, zlewały mnie poty i odlatywałam. Poza tym mieszkamy na poddaszu i mamy cholernie strome schody, więc Mąż musiałby mnie z nich albo znieść albo zrzucić <w nocy preferowałam drugą opcję>.
Pozostało mi wyć dalej, jak wilk do księżyca, walczyć o utrzymanie tabletki w żołądku i mieć nadzieję, że w końcu zadziała.
W końcu ból ciągły i ostry zaczął się zmieniać w bolesne skurcze. Co minutę, co dwie, co pięć. W końcu miałam chwilę oddechu. W końcu mogłam paść ze zmęczenia i zasnąć, bełkotając do Wojtka, że bardzo Mu dziękuję za pomoc i przepraszam, że Go obudziłam <mieszkamy na metrażu 24 metrów kwadratowych, więc ciężko było Go nie zbudzić>.

Dziś wstałam zdżumiona, zjadłam coś, kolejny nurofen poszedł w ruch. Da się już żyć na szczęście.
Gorzej, bo moja Pani doktor nie była zachwycona, tym że biorę 3-4 nurofeny forte dziennie, mimo że jest to tylko raz w miesiącu.
-Lepszy byłby paracetamol. Ibuprofen może wchodzić w interakcje.
-Pani doktor, ale mnie na taki ból paracetamol nie pomoże.
-No dobrze... Ale nie więcej niż dwie tabletki dziennie po 200mg, dobrze?
-Dobrze, dobrze...

Póki co jestem na 2 mocnych <czyli po 400mg> i żyję.
Może przeżyję?... Niestety te zwykłe nurofeny są za słabe. O paracetamolu nawet nie wspominając...
Zakopuję się więc znowu w pościel i spróbuję przeżyć dzisiejszy dzień.


Mam nadzieję, że dla Was będzie przyjemniejszy. :)

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Atak paniki.

Dzisiaj słów kilka chciała bym poświęcić atakom paniki.
Są one chyba nieodłącznym elementem nerwicy lękowej.

Opowiem Wam jak one u mnie wyglądają i dlaczego się w ogóle pojawiają.
W moim życiu miałam różne ataki, o różnej długości, natężeniu i czasie trwania.
Skupmy się jednak na konkretach.

Co je wywołuje u mnie?
Stresowe sytuacje. To chyba oczywiste... Ale nie w samej stresowej sytuacji, tylko później, lub wcześniej. Kilka minut, godzin, czasem dni. Na przykład, gdy jeździłam do swojego chłopaka jeszcze wtedy, na weekendy, to już w niedziele koło południa dostawałam ataku, bo mój mózg wiedział, że kończy się miły czas i trzeba wracać do domu.
Atak lubił się pojawiać po kłótni z tatą, lub przed wydarzeniem, w którym wiedziałam, że razem spędzimy dłuższy czas razem <przedświąteczne telepawki, to była norma>.

Co się dzieje podczas ataku?
-mocny lęk, który z każdą minutą narasta;
-tętno rośnie do około 100-150 uderzeń na minutę;
-silne mdłości;
-duszności i niemożliwość zaczerpnięcia głębszego oddechu;
-drżenie całego ciała;
-zimne poty całego ciała, dłonie i stopy stają się dosłownie mokre;
-suchość w ustach;
-biegunka;
-bóle brzucha/żołądka;
-odbijanie;
-ogromne napięcie mięśniowe, dosłownie mnie "wysztywnia";
-niemożliwość zajęcia uwagi czymkolwiek innym;
-ścisk/gula w gardle;
-uczucie "rozedrgania" w klatce piersiowej i żołądku;
-często nerwowe rozdrapywanie swojego ciała, wbijanie paznokci w ramiona do krwi;
-nieracjonalne zachowanie (nie umiem odpowiadać na proste pytania, odpycham męża, nie wiem czego chcę... jedyne co jest w mojej głowie, to lęk).

Czego boję się podczas ataku?
-boję się, tego że tym razem nie uda mi się powstrzymać i zwymiotuję;
-boję się, że zwariuję, że kolejnego ataku już nie wytrzymam;
-boję się ośmieszenia, tego że zachowuję się wtedy jak debil, nie kontroluję swojego ciała i mówię głupoty.

Jak sobie radzę podczas ataków?
To zależy od stopnia nasilenia:
-otwieram okno, nawet jak jest -15 stopni, a ja ze strachu już dygotam jak galareta;
-zażywam hydroxyzynę, relanium <bardzo rzadko się to zdarza>;
-staram się uspokoić oddech, robić wdechy i wydechy powoli, miarowo;
-żuję miętową gumę do żucia;
-włączam TV <jak coś mi szumi, to jakoś mi raźniej...>;
-usiłuję myśleć pozytywnie, że tyle ataków już przeżyłam, to i ten przetrwam;
-wychodzę na dwór, spaceruję;
-modlę się;
-zwilżam ściereczkę w lodowatej wodzie i przykładam do nadgarstków i karku.


Czas i częstotliwość ataków bywała w moim życia różna.
W najgorszym etapie ataki trwały 60-90 minut i potrafiły pojawiać się 3-5 razy dziennie. Obecnie jest to około 1-2 ataki w tygodniu i trwa około 15-60 minut.
Po ataku jestem bardzo zmęczona i w miarę możliwości kładę się na kilka chwil, dopóki nie poczuję, że serce się uspokaja, a ciałem przestają targać dreszcze.


Ostatnio dostałam ataku... w drodze do Biedronki. Dlaczego? Nie mam pojęcia... Czasem przyczyny nie umiem wytłumaczyć.
Gdy już do niej dochodziłam, podeszłam do bankomatu i czułam jakbym serce miała w gardle. Było mi zimno/gorąco, ale pomyślałam, że przejdzie. Wypłaciłam pieniądze i jak słup soli zamarłam przed tym metalowym pudlem.
Czy wyjęłam pieniądze? Czy wyjęłam kartę? Gdzie pokwitowanie? Boże, gdzie mój portfel?! Zgubiłam? Nie... Jest! Ok, jeszcze raz... Wyjęłam pieniądze? Gdzie karta? Moment... Ile ja właściwie wypłaciłam? 
Trzęsącymi rękami wrzuciłam w końcu portfel do torebki i zauważyłam gościa za mną, który patrzył na mnie jak na debila.
A w dupie go mam, muszę teraz wejść do tego pieprzonego sklepu.
Może jednak nie? Może lepiej wrócić do domu? A jeśli tam zemdleję, albo co gorsza, porzygam się? Wszyscy się będą ze mnie śmiali... Wydurnię się. Pewnie będę musiała sprzątać... NIE! Wchodzę!
Wchodzę więc i zlewa mnie pot. Od stóp do głów. Ściągam opaskę, rozpinam kurtkę... Gorąco... Rozpinam bluzkę. Szum muzyki, rozmowy ludzi, zapachy i feeria kolorów wywołują zawrót głowy i falę mdłości.
Co teraz? Aha, koszyk... 
Biorę więc koszyk i mozolnie, powoli, co kilka kroków przystając, kucając, robię zakupy. Serce wali jak oszalałe ale prowadzę wewnętrzny dialog.
Spokojnie... Mam czas. Nikt mnie nie goni. Jak zrobi mi się gorzej, to po prostu zostawię koszyk i wyjdę. Spokojnie... Tylko spokojnie... Wdech i wydech... 


W końcu docieram do kolejki kasy i czuję, że atak ustaje. Płacę za zakupy, wychodzę, moją twarz uderza zimne powietrze i jest lepiej.
Tym razem udało mi się stawić czoła atakowi.
Brawo ja.


Może Wy macie jakieś metody na łagodzenie ataków?
Życzę Wam i sobie dużo spokoju w ten paskudny, poniedziałkowy dzień.
Ściskam! :) :*

niedziela, 11 grudnia 2016

Dzięcięce strachy i kop w jaja.

Od dziecka bałam się zasypiać w ciemnym i cichym pokoju. Odruch ten zapoczątkował mój tata, który często wracał pijany do domu. Wtedy mama szybko ładowała nas do łóżek, gasiła światło i zamykała drzwi. Słyszałam kłótnie, obijanie ojca o meble, bełkot... Nigdy nie rozumiałam tego, że działałam na niego jak płachta na byka. Moje rodzeństwo nie, wobec nich zachowywał się normalnie. Ja wzbudzałam w nim jeszcze większą agresję. Gdy tylko mnie widział w stanie upojenia, zaczynał krzyczeć, szarpać mnie, wyzywać od tumatów... Dlatego mama głównie mnie chowała do tego pokoju i zamykała. A ja w ciszy czekałam aż tata wróci i w duchu modliłam się, żeby poszedł od razu do siebie, nie zahaczając o mój pokój.
Była też jedna sytuacja bardzo krępująca dla mnie. Miałam 11, 12 lat, brałam prysznic. Tata wcześniej niż zwykle wrócił do domu, otworzył drzwi łazienki na oścież, oparł się o futrynę i gapił się na mnie. Stałam jak wryta, czułam, że policzki mi płoną żywym ogniem. Zasłoniłam newralgiczne miejsca ale on wtedy wybełkotał:
-Nie zasłaniaj się. Weź ręce. No... Widzę, że już nie jesteś mała dziewczynką. Już robi się z ciebie kobieta...
Myślałam, że umrę ze wstydu... Mama w miarę szybko odciągnęła go i zamknęła łazienkę ale dla mnie była to cała wieczność. Mój lęk przed tatą i jego powrotami nasilił się...
Do dziś zasypiam przy włączonym telewizorze, bo boję się ciemności i tej złowrogiej, w moim odczuciu ciszy...

Pierwsze, na prawdę pierwsze ataki paniki jakie pamiętam, pojawiły się w podstawówce.
Bardzo zabiegałam o to, żeby grupa rówieśnicza mnie lubiła. Niestety moje "przyjaciółki" często mnie olewały, obgadywały, nagle przestawały odzywać. Chyba wyczuwały, że jestem słaba psychicznie i nie traktowały mnie z szacunkiem. W drodze ze szkoły pamiętam, że raz na jakiś czas łapał mnie ogromny ból brzucha. Ból, który wywoływał mroczki przed oczami i zginał w pół. Często kończył się biegunką, tam gdzie stałam. Trwał kilka-kilkanaście minut, siadałam wtedy na ziemi i przeczekiwałam. Nie wiedziałam co to jest i skąd się bierze.

Jeśli już przy podstawówce jesteśmy, to miałam kolegę Sebastiana, z którym wracałam do domu. Jego rodzice byli mega bogaci. Willa z basenem krytym, sauna, garderoby, te sprawy. Moja mama lubiła się z jego mamą i przez to byłam poniekąd zmuszana do kumplowania się z Sebastianem.
Nie lubiłam go. Był typowym, zarozumiałym jedynakiem, który miał wszystko i był w każdej kwestii naj. Dodatkowo znalazł sobie we mnie kozła ofiarnego i przez lata mnie dręczył, głownie podczas tych naszych wspólnych powrotów. Rzucał we mnie kamieniami, szarpał, przewracał, zimą tarzał w śniegu, nacierał twarz bryłami lodu, wrzucał śnieg za bluzkę. Kurde, dzieciak miał coś z psychiką. Mówiłam mamie co jest grane, że nie chcę go odwiedzać i że mnie bije, ale mama uważała, że przesadzam i wydziwiam. Że to takie "zaloty" tylko są. Gdy pokazywałam siniaki i zadrapania, twierdziła, że to chłopak i po prostu nie ma wyczucia.
Olała temat.


Pewnego dnia miałam u Sebastiana zostać do którejś tam godziny, bo mama musiała coś załatwić. Nie podobał mi się ten plan ale nie miałam wyboru. Okazało się, że u niego była wolna chata. Miałam okazję poznać jego kilka lat starszego przyrodniego brata. Obydwaj zarzucili temat żebyśmy się ukąpali w basenie. Nie za bardzo chciałam, bo nie umiałam pływać i nie miałam stroju, ale oni zdecydowali, że założę kapok i będzie. Nie umiejąc się sprzeciwić, zgodziłam się. Odziana w majtki i kapok wlazłam do basenu i zaczęło się... Podtapianie, wyśmiewanie...
Ale to co najgorsze było później. Wylazłam z tego basenu zdjęłam kapok i majtki, założyłam suche ciuchy, spódniczkę... Chłopcy wpadli na wspaniały pomysł, żeby poskakać na trampolinie. Nie chciałam ale wywlekli mnie na siłę do ogrodu i wrzucili na tą machinę. Sprytnie zauważyli, że nie mam na sobie majtek i stwierdzili, że urządzą sobie darmową lekcję biologii. Jeden trzymał mnie za ramiona, a drugi w tym czasie rozkładał mi nogi do pozycji ginekologicznej i z fascynacją patrzyli co też tam ja-dziewczyna mam, później się zmieniali. Nie umiem nawet opisać wstydu, odrazy i nienawiści jaką wtedy czułam.

Nie zważając na nic, przy nadarzającej się okazji, wyrwałam się im i uciekłam do domu. Czekałam pod drzwiami na powrót mamy. Była na mnie zła, że wróciłam wcześniej i w dodatku jestem przemoczona. Powiedziałam jej co się wydarzyło, ale znów mnie olała.
-Oj, to taki wiek. Wiesz, chłopcy są ciekawscy, interesują się dziewczynkami. Przecież tak na prawdę nic się nie stało. Nie przesadzaj.
No poczułam się paskudnie. Poszłam do swojego kolegi z podwórka, wyżaliłam mu się i zapytałam co mam zrobić w takiej sytuacji. Narodził się między nami dialog:
-Ja bym burakowi mordę obił... Słuchaj, wiesz gdzie są jaja?
-Jakie jaja?
-No wy... dziewczyny... No nie macie "tam" nic. A chłopaki mają jaja i siuraka...
-NO WIEM! DOBRA!- obydwoje oblaliśmy się rumieńcem.
-No, to metoda jest prosta. Jak kolejny raz cię ten debil zaczepi, to kopnij go najlepiej z kolana w jaja. Z całej siły.
-I to coś da?
-Nooo... Gwarantuje ci, że da.

Rada przyjaciela była na miarę złota. Cóż innego mi pozostało? Miałam dość tego znęcania, które trwało od 3 lat, praktycznie dzień w dzień.
Następnego dnia chciałam sprawdzić metodę. Oczywiście Sebastian zaczął swój stały plan. Zaczął mnie wyśmiewać, komentować moją "cipkę" i szturchać. Moja złość sięgnęła zenitu. Ile miałam tylko siły, kopnęłam go w jaja. Byłam zszokowana skutecznością metody. Chłopak padł na ziemię, skomląc i trzymając się za krocze. Uśmiechnęłam się szyderczo i poszłam do domu, zostawiając go płaczącego, ze zgniecionymi genitaliami.

Niecałą godzinę po tym wydarzeniu zadzwoniła mamusia Sebastianka ze skargą, że POBIŁAM jej syna. Że może być przeze mnie bezpłodny i jak ja w ogóle śmiałam! Na nic zdały się moje tłumaczenia. Dostałam karę i miałam go przeprosić. I tu się zbuntowałam. JA MAM PRZEPRASZAĆ JEGO?! Kara nabrała jeszcze większy wymiar ale miałam to gdzieś. Ja się tylko broniłam!
Następnego dnia Sebastian był dla mnie baaardzo miły, nawet mnie przeprosił. Nękanie skończyło się na dobre.
Wystarczył jeden, dobrze wymierzony kop w jaja. Że też wcześniej na to nie wpadłam...



sobota, 10 grudnia 2016

Czyja ja jestem?

Gdy moja mama zaczęła wyjeżdżać za granicę, już można było dostrzec różnicę w usposobieniu mnie i brata. Mój brat był dzieckiem śpiącym spokojnie, długo i twardo jak suseł. Do szczęścia wystarczała mu pełna micha i mama <gdy jej nie było-siostra>. Ja natomiast od niemowlęcia byłam bardzo niespokojna, na najmniejszy szum się budziłam. Usypianie mnie było procesem mozolnym i odbywało się jedynie w cichym pokoju, przy wyzamykanych oknach i zasuniętych zasłonach. Mateusz spał w wózku pod lipą... Kiedyś wiatr przewrócił wózek, razem z nim. Skubaniec nawet się nie przebudził. ;)

Jako, że płakałam często i trudno się mnie uspokajało, dano mi do zabawy, do wózeczka wielką, wełnianą, biało-czerwoną czapkę z ogromnym pomponem. To był strzał w 10tkę. Zasypiałam z nią i była moim jedynym uspokajaczem.

Chodzić nauczyłam się bardzo późno, dopiero po drugim roku. Powód? Mój brat nie pałał do mnie miłością. On chciał być w centrum, a tu pojawił się mały intruz. Gdy tylko starałam się wspiąć i stanąć na nóżki, on popychał mnie i uniemożliwiał próby chodzenia. Był on wychowywany bezstresowo i jego zachowanie było traktowane jako żart. Żarty jednak się skończyły, gdy pewnego dnia się wkurzyłam i z całych sił ugryzłam w brzuch. Wokół pępka miał krwawe odbicia moich małych ząbków. ;)

Czerwona czapka dorastała ze mną...
Bardzo mocno byłam związana z siostrą. Taty często nie było, dużo imprezował i jakoś niespecjalnie angażował się w nasze wychowanie. Od samego początku, odkąd pamiętam, faworyzował brata. Podobnie babcia. Zawsze brata przytulała, sadzała na kolanach, przemycała dla niego jakieś czekoladki... Mnie odtrącała, przeganiała laską i nazywała "dziurawcem" <takie starodawne określenie dziewczynki, jakby ktoś nie wiedział>. Siostra miała dużo pracy, bo studia, bo babcia, bo gotowanie, bo prowadzenie domu, bo mój brat, który zawsze coś zmalować musiał i był bardzo absorbujący.
Ja trzymałam się z boku... Robiłam "domek" ukochanej kotce z koca i taboretu, godzinami układałam puzzle, "gotowałam" błotne zupki, obserwowałam ruch chmur na niebie. Od zawsze byłam bardzo wrażliwa i miałam swój świat. Raniła mnie niesprawiedliwość... To, że gdy Mateusz zrobił coś złego, tak potrafił obrócić cała sytuację, że finalnie wszyscy się śmiali i darowali mu kary. Ja też próbowałam tak robić, ale zupełnie mi to nie wychodziło. On miksował się od obowiązków, kar, a ja obrywałam.
Moim odstresowaniem, chyba już od życia prenatalnego było ssanie kciuka. Gdy było mi źle, smutno, zaszywałam się w jakimś kącie ze swoją czapką, przytulałam ją i ssałam kciuka. Dla uspokojenia... Lata mijały, a ta forma relaksu została, z tą różnicą, że z wielkiej czapy, został malutki, wymemłany kawałek szmatki. Cumlałam tego kciuka chyba do 10-11 roku życia. Wstyd i chyba mój pierwszy nałóg... W zerówce jak mały narkoman leciałam na przerwie do ubikacji, zaszywałam się w niej i ładowałam kciuka do buzi. Choćby na minutkę, choćby na dwie.
Z tego tytułu byłam bardzo wyśmiewana wśród rodziny bliższej, jak i dalszej. To jednak nie stanowiło dla mnie wystarczającej motywacji, żeby z tym zerwać.
Momentem przełomu była moja pierwsza zielona szkoła. Bałam się, że jakaś koleżanka mnie przyłapie i w końcu udało mi się tego odruchu pozbyć.

Wychowywana przez siostrę zatraciłam prawidłowe relacje z mamą. Gdy wracała z Niemiec, nie poznawałam jej. Płakałam...
Po 2-3 latach wróciła ale ja nadal odruchowo nazywałam "mamą" moją siostrę.

Ewa skończyła studia i została nauczycielką. Rozpoczęła pracę w szkole podstawowej, do której sama uczęszczała. Tam też poszedł mój brat, a później ja. Nie mając tyle przebojowości w sobie co brat, byłam odrzucana. Zabiegałam o koleżanki, które za plecami mnie obgadywały. Dziewczyny ze starszych klas przymilały mi się tylko z racji tego, że moja siostra je uczyła i liczyły na jakieś profity z tego tytułu.

Byłam bardzo kiepska z przedmiotów ścisłych. Matematyka była przedmiotem szczerze znienawidzonym. Ogólnie orłem nie byłam. Zaczęły się porównania do siostry i brata, którzy wyniki mieli bardzo dobre. Ja odstawałam, byłam nazywana nieukiem, tumanem, debilem... Tata dawał mi takie korepetycje z matematyki, że kończyło się krzykiem, wyzywaniem, szarpaniem i biciem pasem.




Dodatkowo w mojej klasie poszła plotka... Że moja mama jest za stara, żeby być moją mamą i pewnie tak na prawdę jestem córką siostry. Był to fakt zapewne ukrywany, bo wczesna ciąża, itd. Gdy ta nowina dotarła do moich uszu, zrozumiałam, że w sumie wszystko by się zgadzało... To do Ewy mówię "mamo", to ona była ze mną od maleńkości... W tej teorii utwierdziło mnie jeszcze jedno. W rodzinnym albumie było pełno zdjęć mojej siostry z okresu niemowlęctwa, zdjęcia z tatą, z mamą... Mateusza zdjęcia. Okresy jak mama z nim była w ciąży. Moich zdjęć jakoś dziwnie brakowało. Były może 3 na krzyż. Dręczyło mnie to wszystko... Czułam, że odstaję od reszty rodziny. Czułam się mniej kochana. Pewnego dnia nie wytrzymałam i na osobności zapytałam Ewy jak to jest ze mną... Rzeczowo przedstawiłam jej swoje argumenty i wątpliwości. Siostra była zszokowana, jak ja to wszystko porozkminiałam w tej swojej kilkuletniej głowie. Zrobiła głęboki wdech, zastanowiła się i powiedziała, że przysięga mi, że nie jest moją mamą i że nigdy nie wyparłaby się takiej córki jak ja.

Uwierzyłam...

Skoro przysięgła, to musiałam uwierzyć...

środa, 7 grudnia 2016

Mój wróg - fobia.

Mam pewną nietypową fobię, która nosi ciekawą nazwę.
Jest to emetofobia.
Mówiąc po ludzku, panicznie boję się wymiotować.
Nie mam tu na myśli obawy, czy że tego nie lubię. To jest ogromny, paraliżujący lęk.
Nie robiłam tego z 16 lat. I obym wytrzymała jak najdłużej. 
Fobia ta towarzyszy mi od dzieciństwa. 


Poważne nasilenie mogło się wg mnie pojawić z kilku przyczyn;

-w wieku kilku lat miałam zapalenie krtani, podczas którego dostałam bardzo wysokiej gorączki, wymiotów i drgawek. W pewnym momencie doszło do dużego opuchnięcia krtani, przez co zaczęłam się dusić. Mama szybko zadzwoniła po znajomego lekarza, który szybko podał jakiś zastrzyk, po którym odzyskałam oddech. Podobno byłam już sina i od śmierci dzieliło mnie dosłownie kilka minut. Pamiętam to jak przez mgłę, ale pamiętam.
-kolejną przyczyną może być też... genetyka. Pod tym względem mam cechę wspólną z tatą. On w swoim 75 letnim życiu zwracał dosłownie kilka razy. Najczęściej po alkoholu. Odstawiał wtedy straszne cyrki... Przeklinał, rozbierał się, dusił, krztusił, kazał wzywać karetkę, bo ma zawał, itd. Ogólnie nie należy on do osób strachliwych, jednak rzygania zwyczajnie się boi <ale oczywiście się do tego głośno nie przyzna>. Być może to też po nim mam coś nie tak w mózgu z tym rzyganiem.. Ja wiem, czy to w ogóle możliwe? 
-wymioty kojarzę z pijanymi ludźmi, których się boję. Boję się, bo oni nad sobą nie panują, robią często złe rzeczy, nie są sobą.
-wydaje mi się, że obawiam się właśnie utraty kontroli nad sobą. Tego raczej powstrzymać się nie da <raczej, bo ja póki co jakoś daję radę>. Nienawidzę tracić kontroli... Zwyczajne odczuwam wtedy, że tracę grunt pod nogami. 
-gdy fobia chwilowo osłabła w pewnym momencie mojego życia,pojawił się nieodpowiedni chłopak na mojej drodze. Odebrał mi on godność, intymność i obdarł z człowieczeństwa. Mój pierwszy chłopak, któremu ufałam usiłował mnie zgwałcić i zmusił do rzeczy obrzydliwych... Jako 16latka zostałam upodlona, upokorzona i sponiewierana.Moja fobia znów sięgnęła zenitu. 

Nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć. Mnie i moich dziwactw z tym związanych.
Żeby uniknąć "przerwania dobrej passy" <w postaci oczywiście braku wymiotów>, od dziecka robię różne dziwne rzeczy... Łączy się to ściśle z liczbami. Gdy myję zęby, płuczę jamę ustną do 3 razy, zawsze. Gdy się myję, wyciskam gąbkę do siedmiu, następnie mydlę mydłem z każdej strony, po bokach też, dopiero później na gąbkę nakładam żel pod prysznic. Poziom głośności w tv, lub radiu nie może wynosić 13. Zawsze przed snem ustawiam odpowiednią głośność <na tv 5, na dekoderze 2, co raje razem 7>. Sprawdzam powyższe ustawienia na telewizorze do trzech razy. Tabletki popijam zawsze do 7 łyków. Na dobranoc daję buziaka mężowi do 7. Mam ustalone sekwencje przedmiotów i gdy są nierówno, muszę je ustawić na swoje miejsce. Jest cała masa takich rzeczy ale i tak już wiecie, że jestem mega świrem, więc nie będę się pogrążać. ;)

Dodatkowo moją obsesją jest sprawdzanie dat ważności, konsystencji jedzenia. Nie jem w miejscach publicznych i z niepewnych źródeł. Ogarnia mnie obrzydzenie, gdy widzę osobę jedzącą np. chipsy w autobusie <od razu mam przed oczami miliony bakterii wędrujące z dłoni do ust>. 
Prawdziwa jazda zaczyna się w okresach przejściowych jesień/zima i zima/wiosna, gdy jest wysyp gryp żołądkowych. Wtedy paranoja jest jeszcze większa. Klamki w aptece to moja zmora. Otwieram drzwi łokciami, a gdy do niej wchodzę, wtulam twarz w kurtkę, lub szalik. To samo dzieje się w autobusie, gdy przechodzę obok przedszkola, lub jakiegokolwiek innego przechodnia, który idzie "niebezpiecznie blisko".

Jeśli chodzi o jedzenie, to tutaj jest ogromny problem. Podejrzewam, że duży uraz jest tutaj wyniesiony z domu rodzinnego.
Po pierwsze:obiad był czasem, gdy wszyscy się spotykaliśmy, było wtedy najwięcej wrzasków, kłótni, sprzeczek i docinków. Były wywlekane złe oceny, zachowanie. Rodzice się kłócili, babcia dogryzała... Atmosfera była taka, że siekierę można było zawieszać.

Po drugie:od dziecka byłam niejadkiem. Z tego powodu często spędzałam nad talerzem zimnej zupy nawet 4-5 godzin. Siostra sadzała mnie na dwumetrowej szafie i straszyła, że jak nie zjem, to mnie tam zostawi i spadnę. Mówiono mi, że jak nie zjem określonej ilości posiłku to będzie mi ono wepchnięte do gardła trzonkiem od tłuczka do ziemniaków.

U mnie w domu panował i panuje kult jedzenia. Nikt z apetytem kłopotów nie miał, a ja z racji, że jadłam mniej i nie byłam w stanie wmusić w siebie tak dużych porcji jak brat, byłam karana. Wyzywano mnie od zgniłków, gnid i innych. Często mówiono mi, że mam "żreć, bo zdechnę w końcu", "czemu nie mogę być taka normalna jak mój brat i jeść po ludzku",itd. Muszę tutaj też nadmienić, że moja mama gotowała bardzo ciężko, tłusto i mięsnie, z tego tytułu często bolał mnie po prostu brzuch i tym bardziej jeść nie chciałam. I koło się zamykało.
Trwało to od moich najmłodszych lat, niezmiennie do czasu mojej wyprowadzki...

Mój uraz do obiadów trwa do dzisiaj. Gdy się wyprowadziłam, zupełnie odrzuciłam zupy na wywarach mięsnych, dużo gotuję zup-kremów <bardzo odpowiada mi ta konsystencja, być może dlatego, że jest inna niż w domu>, gotuję ogólnie lżej, ograniczyłam mięso. Ale mimo wszystko mam w sobie odruchy psa Pawłowa. Nienawidzę jeść przy stole. Najczęściej siadam na kanapie z nogami podciągniętymi pod brodę, przed włączonym tv i w takiej pozycji jem. Nie znoszę być obserwowana podczas jedzenia, nienawidzę komentarzy na temat porcji jakie nakładam, gdy nałoży mi porcję ktoś inny, niż ja sama ZAWSZE coś zostawię na talerzu. Dlaczego? Myślę, że dlatego, że w domu zawsze mama nakładała i gdy mówiłam "dosyć", waliła 2 razy więcej ze słynnym hasłem "żryj gnido!".

I tak to wszystko... Wszystko po kolei złożyło się chyba na tą fobię. A daje ona o sobie znać codziennie. Przy każdym posiłku. A przy obiadach najgorzej. Często mam napady paniki po obiedzie. Męczy mnie to i drażni jak cholera, bo nie chcę tak się czuć. Przychodzi samo... Jako chyba taki durny odruch obronny.

Na dziś kończę, bo dużo mnie kosztuje pisanie tego postu... Jest to dla mnie ciężki i wstydliwy temat...

wtorek, 6 grudnia 2016

Leki

Moja przygoda z leczeniem farmakologicznym zaczęła się, gdy miałam koło 17 lat, więc 10 lat temu.
Objawy somatyczne, bóle żołądka, mdłości, ataki paniki, były już nie do zniesienia. Nie radziłam sobie, zaczęłam chudnąć i tracić grunt pod nogami.


Pojawiła się bezsenność. Lęki dawały w kość najmocniej wieczorami. Bałam się własnego cienia. Z racji, że moja mama miała jakieś tam tabletki nasenne, zaproponowała mi czy bym ich nie spróbowała.
I tu się zaczyna jazda...
Mama po przeczytaniu ulotki stwierdziła, że pieprzy i tego nie weźmie.
Ja taka strachliwa nie byłam. Marzyłam o przespanej nocy.
"Polsen"... Cóż za piękna, budząca zaufanie nazwa leku, nieprawdaż? Na ulotce było napisane, żeby brać jedną tabletkę, na początek pół. No ale w końcu ja miałam duże kłopoty ze spaniem, to zapodałam jedną. Po 20 minutach zrobiło mi się błogo. Wszystkie problemy uleciały, były nieważne, wszelkie lęki wyparowały... No spanko było pierwsza klasa.
Niestety wada jest taka, że tolerancja szybko rośnie, urywa się film, robi się po tym różne dziwne rzeczy i baaardzo uzależnia.
Uzależnia do tego stopnia, że zolpidem jest ze mną już od 8 lat. Nie umiem rozstać się z tym błogostanem i odpływem.


1.

Nie wiem skąd moja mama wytrzasnęła kontakt do pierwszego psychiatry. W każdym razie pojechałyśmy na drugi koniec Krakowa. Było ze mną cienko.
Kopara mi opadła, gdy zobaczyłam odpicowany dom z wielkim, wypielęgnowanym ogrodem.
No to się pan psychiatra pięknie dorabia na wariatach...
Gdy usiadłyśmy w kolejce byłam z lekka przerażona. Jakaś kobieta co chwilę wykrzywiała twarz, druga miała tiki, trzecia cała się telepała i potrząsała nogą, jakiś chłopak widać było, że jest lekko upośledzony i mocno zamroczony lekami <może autystyczny?...>. No szok. Miałam ochotę wiać i nie wracać. Wyszłam z poczekalni i odetchnęłam głęboko. Patrząc na piękne jabłonie odpaliłam papierosa i starałam się ujarzmić rozbiegane myśli.

W końcu nadeszła moja kolej... Mocno starszy pan <obstawiam, że grubo po 70tce> obstukał mnie młoteczkiem, kazał dotknąć czubka nosa, itd. Diagnozy jakiejś specjalnej nie postawił. Jakieś tam zaburzenia lękowe, "wyrosnę" z tego.
Zaprosił moją mamę do gabinetu, mnie wyprosił. Następnie już w trójkę stwierdził, że współczuje mojej mamie, że takie problemy ze mną ma, że mogę mieć anoreksje <WTF?!> i ogólnie mam się za siebie wziąć.
Pokrzepiające w chuj.
Zapisał rudotel, peritol, duspatalin i jeszcze coś, czego nazwy nawet nie pamiętam. Coś przeciw lękowego. Po rudotelu czułam się jak zombie. Chciało mi się rzygać, chodziłam po ścianie, kołowało mi we łbie. Zadzwoniłam do niego i powiedziałam, że nie wiem czy to najlepszy dla mnie lek, bo źle się po nim czuję. Opierniczył mnie, że to on jest tutaj lekarzem i albo biorę co on mi przepisał albo niech nie leczę się wcale. Wow... Widać miał na tyle pacjentów, że w dupie miał mnie personalnie. No cóż, życie...Leczenie u niego trwało pół roku i miałam spokój przez trzy lata.


2.

Po tym czasie znów zrobiło się źle. Wróciłam do tego samego gościa i leczenie miałam podobne. Na chwilę pomogło, ale krótsza. Około pól roku poprawy.


3.

Przyszło kolejne załamanie. Moja przyszła teściowa dała mi namiar na swoją panią doktor. Przyjmowała w swoim mieszkaniu. Boże jaka ona dopiero była odkorbiona! W sensie lekarka, nie teściowa. :D

Przyszłam do niej, a tam mieszkanie urządzone w chaotyczny, starodawny sposób. Tony bibelotów, staroci, antyków i pianino... Pani sprawiała wrażenie ostro "wyciszonej". Opowiedziałam jej co mnie dręczy. Ona opowiedziała mi o swoim synu, mężu i o tym, że dla niej złotym lekarstwem na niepokój jest valium i gra na pianinie<yhm...>. Zapytała czy mi zagrać <WTF po raz drugi>. Kobita sama wymagała leczenia i terapii za razem. Ale powiem szczerze, że leki dobrała całkiem nieźle. Brałam fluoksetynę, sulpiryd i doraźnie hydroxyzynę. Przez chwilę dowaliła mi depakine ale już po pierwszych dniach czułam się źle i odstawiłam. Co do lęków, też stwierdziła, że mi "przejdą" same. No ok.

Po jej leczeniu miałam chwilę oddechu. Całkiem fajnie się pozbierałam. Ale też nie na bardzo długo, bo na rok.


4.

Nocki jakoś przesypiałam <non stop jechałam na zolpidemie> ale po jakimś czasie znów pojawiły się lęki. Z racji, że z poprzedniej kuracji został mi sulpiryd, postanowiłam na własną rękę go pobrać. W końcu jak kiedyś pomógł, to czemu nie teraz? To był błąd. Bez fluoksetyny, sam sulpiryd początkowo nakręcał mnie jak porządna kreska. Po kilku dniach jednak pojawiły się kołatania serca, jeszcze większe lęki i napady paniki.

Postanowiłam udać się do lekarza pierwszego kontaktu, bo myślałam, że on coś zaradzi, podpowie, zrobi badania. Wszystkie kobiety w rodzinie mają jazdy z tarczycą, więc może to jest źródłem?
Poszłam... Lekarz słuchając moich opowieści, lęków i innych, patrzył na mnie z politowaniem. Zlecił podstawowe badania krwi, zapisał leki na żołądek <końską dawkę ranigastu, metoclopramid, alugastrin, ozzion> i kazał zgłosić się za miesiąc. Po miesiącu wróciłam z wagą jeszcze niższą, niż była. Nadal męczyły mnie mdłości, bóle brzucha, biegunki, lęki... Lekarz już nieco zniecierpliwiony zlecił USG jamy brzusznej, które nic nie wykazało. Po kolejnym miesiącu stwierdził, że powinnam iść na gastroskopie. Podziękowałam, wyszłam i już nie wróciłam.


5.

Podczas jednego z ataków, przerażona mama zadzwoniła do znajomej żony lekarza. Przyjechała, dała hydroxyzynę i umówiła na wizytę u męża. Był to też lekarz pierwszego kontaktu ale tonący brzytwy się chwyta.
Akurat zbliżał się termin mojego ślubu, a tu moja sytuacja była coraz gorsza. Z wagi 56 kg, spadłam do 45. Od rana męczyły mnie mdłości. Co nie zjadłam, to lądowałam na kiblu. Zastanawiałam się coraz poważniej jak ja na ślubie dam radę? Pampersa sobie założę? Korek do dupy wsadzę?
Ten znajomy lekarz stwierdził, że problem nie leży w moim przewodzie pokarmowym, ale w psychice <wow! BRAWO! w końcu mądre spostrzeżenie!>, że mam nerwicę żołądka. Nakazał odstawienie wszystkim "prazoli" i przepisał dwa leki.
Dostałam lorazepam w dawce 7,5 mg dziennie i doxepin.
Nie wierzyłam, że kolejne leki coś dadzą. O jakże wielkie było moje zaskoczenie... Jak się nagle zrobiło błogo, spokojnie i przyjemnie... Ślub przebiegł dobrze, nawet sukni nie obsrałam. Ba! Nawet obiad zjadłam i torcik! No coś pięknego...

Później była wyprowadzka z domu i nowy etap życia. Lorafen zaczął nie wystarczać, doxepin został odstawiony. Tak to już z benzodiazepinami bywa, że działają ale szybko trzeba podbijać dawki, a antydepresanty czasem nie działają tak jak powinny. Było znowu coraz gorzej...


6.

Do pani psychiatry od pianinka nie mogłam się dodzwonić, więc rozpoczęłam poszukiwania kogoś innego przez internet. Trafiłam na Pana K. Umówiłam się na wizytę, pojechałam.
Jak mu powiedziałam, że biorę 7,5 mg lorafenu, to z niedowierzanie wybałuszył oczy.
-Przepraszam ILE?
-Noo... 7,5 mg. Trzy razy po 2,5.
-KTO TO PANI WYPISYWAŁ W TAKIEJ DAWCE?!
-Nooo... Znajomy lekarz...
-Przecież to jest końska dawka! Pani jest młodą kobietą. Bardzo drobną! Nie... Nie będę już dopytywać, bo szlag mnie trafia, jak ktoś niekompetentny bawi się w leczenie w nieswojej dziedzinie. Jak długo Pani bierze te dawki?
-Od pięciu miesięcy...
-No cóż... Nie będzie łatwo, bo to jedna z silniejszych benzodiazepin. Na pewno wyrobiła się już tolerancja. Dodatkowo to uzależnienie od zolpidemu... Ale proszę się nie martwić. Powoli damy radę.

No i zaświeciła się nadzieja. Dostałam Sertralinę, Spamilan, Relanium i Mirtazapinę. Miałam powoli schodzić z lorazepamu i na jego miejsce wrzucać relanium.
O dziwo nie było to dla mnie traumatyczne. Dość szybko zeszłam z lorafenu do zera, reszty która mi została się pozbyłam, żeby mnie nie kusiła.
Stopniowo robiło się lepiej. Leczenie trwało ponad 2 lata.
Wejście na sertralinę było koszmarem, a ona sama prócz całkowitej kastracji, nie przyniosła zbytnio efektów.
Między mną, a lekarzem doszło do spiny, bo zapisywał mi coraz więcej leków, na które źle reagowałam i namawiał mnie, żebym niezużyte mu przynosiła. Chował je do swojej tajemnej szafeczki. Kij wie co z nimi robił. Sprzedawał?

W każdym razie nie było to w porządku. Ale gdy delikatnie to zasugerowałam, facet się wkurzył. Zaczął mi wyrzuty robić, jakieś pretensje...
Podziękowałam panu za taki układ.

Gdy leki się pokończyły, znowu zaczęło być coraz gorzej. Pół roku się mordowałam.
Waga poleciała do 48 kilo.
Znów zaczęłam litanie po przypadkowych lekarzach. Recepty wypisywali ale ja ich nie wykupowałam. Nie budzili mojego zaufania, a ja już miałam fobie lekową, po wcześniejszych terapiach.Sępiłam jedynie recepty na zolpidem.


7.

Z racji, że rozsypałam się na kawałeczki, miałam myśli samobójcze, przestałam się myć i wychodzić z łóżka, musiałam zrezygnować z pracy.
Miewałam tak silne ataki, że pewnego dnia mąż zadzwonił po lekarza. Pani kardiolog mnie zbadała, zrobiła EKG i nic nie stwierdziła. Uznała, że to silna nerwica. Zaleciła dość dziwną terapię olejkiem z konopi CBD <oczywiście legalny, pozbawiony THC> i naltreksonem w homeopatycznej dawce 4 mg. Stwierdziła, że ten mix postawił na nogi ją i kilka jej koleżanek. W akcie desperacji spróbowałam.
Efekt?
Żaden.


8.

Nie wiedząc gdzie szukać pomocy zadzwoniłam do siostry <Mąż pomagał ale brakowało Mu konsekwencji w działaniu>. Ona popytała koleżanki i załatwiła mi wizytę u <podobno> najlepszego psychiatry w Krakowie. Cena wizyty faktycznie była ekskluzywna. No ale grunt, żeby pomógł, prawda?
Wizyta trwała godzinę. Ja mówiłam, on tępym wzrokiem obserwował punkt na ścianie. Kurna, monolog życia miałam. Wydawało mi się, że jest naćpany albo baaardzo niewyspany i znudzony do granic możliwości.
Powiedziałam, że boję się nowych leków. W takim układzie Pan SuperDoktor zapytał po jakim widziałam efekty. Rzuciłam, że po mirtazapinie <lepiej spałam, byłam dość znieczulona, przytyłam, jadłam normalniej>, choć w głowie miałam myśli, że kto tu komu kurna powinien leki proponować? Ale ok, może ja się nie znam...
Stwierdził, że skoro mirtazapina była ok, to przepisał i kazał brać w takiej dawce jak kiedyś. Plus był taki, że wydębiłam kolejną receptę na zolpidem. No i pozbyłam się 200 zł z portfela ale to już wątpliwy plus.
Poprawy nie było.
Na kolejnej wizycie kolejny monolog i zaproponowanie mi, cytuję: "eleganckiego" leku, o nazwie valdoxan. Że on jest dobry i na pewno mi pomoże. Ok. Pozbyłam się kolejnych dwóch stów. Przy okienku aptecznym dostałam prawie zawału... Za opakowanie tego gówna 90 zł! Masakra... No ale skoro to taki elegancki lek i ma pomóc... Jak już wcześniej wspomniałam, tonący brzytwy się chwyta.
Co dał ten cudowny Valdoxan?
Gówno.
I ból wątroby.


9.

Do tegoż specjalisty już nie poszłam. Byłam na maksa wykończona i wkurwiona. Już obmyślałam metodę na samobójstwo. Doszłam do wniosku, że najlepiej będzie naćpać się zolpidemu, nałożyć na łeb worek na śmieci, zabezpieczyć go taśmą klejącą i dla pewności zatrzasnąć ręce w kajdanki. To się mogło udać... Powieszenie też brałam pod uwagę ale jednak nie chciałam, aż takiej traumy mężowi fundować. Myślałam, że w tym worku będę się prezentować ciut lepiej.


Mąż ubłagał mnie na jeszcze jedną próbę... Znaleźliśmy panią Monikę. Bardzo spokojna, miła i rzeczowa kobieta. Dużo zadawała pytań, obserwowała mnie i wysnuwała bardzo trafne wnioski. Dostałam leki. Wenlafaksynę, relanium, mianserynę i doraźnie hydroxyzynę.
Wejście na wenlafaksyne miłe nie było ale przeżyłam, natomiast mianseryna mimo małej dawki działała na mnie fatalnie.
Z natury mam niskie ciśnienie, a po niej dostawałam jeszcze większych zjazdów. Kilkukrotnie straciłam przytomność na kilka minut.
Prócz skutków ubocznych, pozytywnych efektów nie widziałam, pomimo że minął miesiąc grzecznego brania zalecanych leków.
Na następnej wizycie pani Monika była zszokowana moimi zjazdami. Z powodu braku reakcji, podbiła dawkę wenlafaksyny i na wieczór dodała  lamitrin.
W końcu ta kombinacja zaskoczyła i jest lepiej.

Bywają dni gówniane ale nie ma porównania do tego, co się działo jeszcze miesiąc temu.
Wstaję z łóżka, jestem w stanie pójść na zakupy, śmiać się, posprzątać.

Wiem, że dla Was to nie wiele ale ja zaczynam dostrzegać światełko w tunelu...



Obecnie jestem na kombinacji:
wenlafaksyna 75 mg
relanium 2 mg
mirtazapina 15 mg
lamitrin 25 mg
zolpidem 10 mg






poniedziałek, 5 grudnia 2016

Jestem toksyczną osobą?

Dziś usłyszałam takie słowa i bardzo mnie zabolały.
Nie usłyszałam jej od nikogo bliskiego, tylko od osoby, którą "poznałam" drogą internetową. Słowo "poznałam" jest na wyrost... Dlaczego więc przejęłam się tymi słowami?... Bo moja samoocena jest na -100. A taki dobry dzień był... Zrobiłam Mężowi prezent na Mikołajki. Bardzo się postarałam, zrobiłam obiad, umalowałam się, wyprostowałam kłaki. Później przyszło popołudnie i znowu atak paniki. Mam wrażenie, że wszystko tym spieprzyłam. Cały ten dobry dzień. Mąż jest przy mnie, stara się pomagać. Ale ten lęk niszczy mnie i moje poczucie wartości. Starałam się tak bardzo, żeby ten dzień był dobry... Nienawidzę, gdy On widzi mnie w tym stanie. Czuję się tak żałośnie, tak malutka, tak durna... Ręce mi opadają. Ale nie umiem nad tym panować. To się po prostu pojawia, zakleszcza mój mózg, zaczynam się trząść, spinać, tętno rośnie, ciśnienie skacze do góry i ten paniczny strach... Tyle lat to już trwa... I przychodzi tak znienacka, jak sraczka. Nawet dosłownie, bo podczas ataku sraczka to częsty dodatek.
I jeszcze słyszę od obcej osoby, że jestem toksyczna... I mimo, że powinnam mieć w dupie, bo ta osoba gówno o mnie wie, to w środku, w głowie od razu pojawia się mój Mąż. To że zasługuje na kogoś lepszego, zdrowego, w pełni sprawnego umysłowo. Czuję się jak ułom. Mam z mózgu galaretę. I tak, piszę chaotycznie, bez ładu i składu ale taki mam stan umysłu aktualnie. Kocham Go i chcę jak najlepiej. A ja nie czuję, żebym była dla Niego "tym najlepszym".

Jestem toksyczna...

Serio?..

Jestem?..

Bo bardzo, bardzo, ale to bardzo nie chcę być...




piątek, 2 grudnia 2016

Bracia Mniejsi :)

Uwaga! 
Dużo zdjęć w ten pochmurny dzień Wam zafunduję! :)


Od dziecka byłam miłośniczką zwierząt.
Pieski, kotki, króliczki, chomiczki, świneczki, kurki, krówki...
Nie było stworzonka, którego bym nie kochała. Hodowałam w słoikach ślimaki, dżdżownice, z zapałem podziwiałam pracowite mrówki, obserwowałam proces pobierania pyłku kwiatowego przez motyle.
Miałam nawet swoją... muchę. Tak, któregoś ranka obudziła mnie mucha łażąca po mojej twarzy. Łaziła po mnie i łaskotała. Na chwilę odlatywała i wracała. Zamiast ją przepędzać, ja się cieszyłam. Rany! Mam swoją własną, osobistą, oswojoną muchę! Niestety... mucha po godzinie się mną znudziła i odleciała...

Gdy rodzice mieli kilka królików na mięsko przepadałam na pół dnia. Karmiłam, głaskałam, nadawałam imiona.
Pewnego dnia zafrasowana mama prowadziła rozmowę z tatą <oczywiście ją podsłuchałam>:
-Adam, ja nie wiem co jest z tymi królikami. Rodzą się, wszystko jest dobrze, rozdzielam je od samca, a one je zagryzają. Ki pieron... 
Ten pieron, to byłam ja. Nieświadoma kanibalizmu króliczego, gdy tylko widziałam gniazdo z różowymi maleństwami, wywlekałam je z klatki i każde z osobna ukochiwałam, nazywałam... Niestety później królicza mama je odrzucała <mówiąc dobitniej zjadała>.
Gdy sprawa się rypła dostałam ostre lanie od taty.
Nie mogłam patrzeć na to jak mama przyrządza te nieszczęsne króliki. Nie było mocnych, żeby mnie do tego przekonać. Na sam widok i zapach dostawałam odruchów wymiotnych. No bo jak można było JEŚĆ moich przyjaciół?!
No niepojęte...

Gdy tata zakładał pułapki na myszy, ja późnym wieczorem je "rozbrajałam", a gdy któraś myszka niestety się złapała, albo ją ratowałam <kilka miało tylko zatrzaśnięte ogonki>, albo robiłam pogrzeby. Oddział ratunkowy składał się z ogromnego słoika, trocin, spodeczka z wodą, warzyw. Opatrywałam łapki i ogonki gazą nasączoną wodą utlenioną. Niemal jak doktor Quinn. Mysia dr Quinn.

Później były pieski i kotki. Tata kotów nie znosił. Gdy któraś kotka się kociła, odbywało się topienie kociąt w wiadrze. Nie mieściło mi się w głowie jak tak można... Kilka kotów udało mi się uratować. Chowałam je w piwnicy albo swojej szafie. Karmiłam strzykawkami z mlekiem co 2-3 godziny, masowałam brzuszki.
Pamiętam jak pewnego dnia tata usłyszał miauczenie dobiegające z mojej szafy. Ocaliłam jednego sierściuszka z miotu, okłamując rodziców, że pewnie szczur go zjadł. Gdy znalazł kotka wpadł w szał. Płakałam i błagałam go, żeby mi tego kotka nie zabijał.
-Tato, on już jest duży! Ma otwarte oczka, nawet mięsko je! Tak nie można! Mama mi mówiła, że topi się tylko małe kocięta, które mają zaklejone oczy, uszy. On już jest duży! A takich się nie topi!
Mama ubłagała tatę i kot został.

Psy były zawsze ale bardziej takie "przydomowe". Najlepiej pamiętam Oriona.
Był to duży kundel, podobny do owczarka niemieckiego. Miał prowizoryczną budę i nie za długi łańcuch. Czego ja z tą psiną nie wyczyniałam... Jeździłam na nim, czesałam, uczyłam komend. Było to prze komiczne, bo na moje polecenie:
-Ojon, siad!
Orion faktycznie siadał, z tymże był wtedy wyższy od swojej treserki. ;)
Niestety kopał doły <zapewne z nudy>. Po tym jak tato prawie nie skręcił kostki na jednej z jego dziur, oddał Oriona.
Rozpacz była straszna ale niestety nie pomogła w zatrzymaniu psiaka.

Później nastała era chomików i myszek. Niestety często chorowały i zdychały. Zdarzały się jednak osobniki wytrzymalsze. ;)


Mocno przeżywałam każde odejście chomiczków, więc przerzuciłam się na bardziej długowieczne zwierzątko. Świnkę morską.

Pierwszą świnkę wzięłam ze sklepu zoologicznego, bo była jedyną dorosłą świnką z przekrzywioną główką.
Zapytałam panią w zoologicznym, dlaczego ta świnka jako jedyna jest taka "wyrośnięta".
Otrzymałam odpowiedź:
-Z tą świnką jest coś nie tak. Prawdopodobnie w transporcie doznała urazu kręgosłupa i stąd ta głowa taka wykrzywiona, albo to wada genetyczna. Nie umiem powiedzieć. Nikt takiej świnki nie chce i tak została.
Oczywiście wzięłam ją. Kochałam pomimo inności, dbałam. Niestety, po 3 latach zaczęły się problemy z jedzeniem. Weterynarze jednogłośnie orzekli, że ma uszkodzone kręgi i przez to szczęka nieprawidłowo się wykształciła, ząbki trzonowe są przerośnięte, nic zrobić nie można i są w szoku, że świnka tak długo żyje i to w dobrej kondycji. Z bólem serca, uśpiłam ją, nie chcąc doprowadzać do śmierci głodowej.


Później była druga świnka. Dobrze się chowała ale po jakimś czasie od kupna zaczęła "puchnąć". Brat stwierdził, że to wzdęcia. Ja, widząc, że prosiak je normalnie i zachowuje się normalnie, postanowiłam poczekać. Gdy podczas głaskania wyczułam ruchy w brzuszku świniaka, już wiedziałam co to za "wzdęcia". ;) Kupiłam świnkę z bonusem! A nawet dwoma. :D
Małe, słodkie maleństwa trafiły w dobre ręce <mojej koleżanki i dziewczyny brata>.
Prosiak dobrze się chował, niestety wymacałam razu pewnego guza na brzuszku. Pognałam do weterynarza. Okazało się, że to nowotwór. Zdecydowałam się na operację <moje wypłaty leciały na świnkowe zabiegi>. Niby wszystko się udało. Po zdjęciu szwów i kontrolnym "macaniu" przez weterynarza, świnka zaczęła się gorzej czuć. Zaczęła odchodzić. Towarzyszyłam jej, bo wiedziałam, że nie ma sensu męczyć ją transportem do weta.


Kolejna świnka też dobrze się miała. Była bardzo malutka, drobna. Po 2 latach zaczął się problem z jedzeniem. Diagnoza? Zwichnięcie żuchwy. Sprawa beznadziejna w przypadku świnek. Najpewniej "załatwiła" to sobie gryzieniem prętów. Podejrzewam też, że była najsłabszym ogniwem w miocie <jak to ja, wybrałam świnkę odrzuconą, sponiewieraną i najsłabszą>.
Jako, że tonący brzytwy się chwyta, dokupiłam drugą świnkę, w nadziei, że po nastawieniu szczęki i spiłowaniu ząbków, ta młodsza "nauczy" starszą jeść. Niestety, pomimo dokarmiania, odżywek, zastrzyków, Myszata przestała jeść. Pojawiły się biegunki. Przeraźliwie piszczała z głodu, a jeść nie mogła... Byłam zmuszona zakończyć jej męki...


Ta druga świneczka, która miała pomagać Myszatej, to Kropeczka. Jest z nami od 3 lat i ma się dobrze. :) Po 2 latach doszłam do wniosku, że przyda się jej towarzystwo i dokupiłam Antoniego. Duet, w którym są ciągłe kłótnie i sprzeczki ale obywa się bez przemocy. ;)
Poniżej przedstawiam proces strzyżenie Antoniego, jako że jest przedstawicielem rasy curly, wymaga strzyżenia od czasu do czasu. Dodatkowo zostały przycięte pazurki obydwóm szkrabom i przeprowadziłam rutynowe ważenie. ;)





                                                                                                         
Jeszcze opowiem Wam o Prezesie.
Kto to taki i skąd wziął się w naszym domu?
Pracowałam w pizzerii i poznałam tam Mariusza. Miał on pieska. Kochanego, słodkiego kundla. Niestety sposób w jaki traktowany był ten pies, był dla mnie nie do przyjęcia... Psiak wraz ze swoją psią mamą żyli u tego kolegi bez jakiejkolwiek budy. Biegały samopas po miasteczku, żebrząc o jedzenie. KOSZMAR! Mrozy, deszcze, słoty... Psy bez dachu nad głową i ciepłej michy! Nie pojęte dla mnie!
Jakiekolwiek próby rozmowy nie przynosiły rezultatu. Któregoś dnia dowiedziałam się, że jego sunia jest w ciąży. Pytam więc, co ze szczeniętami? Uzyskałam następującą odpowiedź:
-No jesień idzie, pewnie nie przeżyją. Może utopimy? Nie wiem. Może też ktoś weźmie jak coś.
SZOK!!! Powiedziałam bez zastanowienia, że wezmę psiaka, tylko niech dołoży starań, żeby przeżył. Że zapłacę.
No i urodził się Prezes. Długo namawiałam rodziców. Używałam wszelakich argumentów i zgodzili się.
Wiedziałam, że pies nie będzie dla mnie, bo miałam nadzieję na wyprowadzkę.


Rodzice zakochali się w psiaku. Śpią z nim, mama regularnie go przekarmia, jest oczkiem w głowie.
Został wysterylizowany, jeździ na szczepienia i przeglądy weterynaryjne... Cieszę się, że znalazłam Prezesowi dobry dom i że udało mi się rodzicom wytłumaczyć, że pies ma być traktowany inaczej niż wcześniejsze <jako dziecko nie miałam tej świadomości co teraz>.



I tak to wygląda moja historia ze zwierzakami. ;)
A Wy macie jakieś stworki na wychowaniu? ;P