środa, 30 listopada 2016

Betonowa dama

Betonowa dama to ja...
Niestety.

Miałam chwilowy przypływ dobrej energii po lekach. Lęki prawie ustąpiły, czułam mega energię, power i łohohoł! Góry mogłam przenosić.
Trwało to tydzień.
Przedwczoraj na rodzinnym spotkaniu poczułam się źle. Znany schemat. Ścisk w gardle, mdłości, spocone dłonie, duszności, suchość w ustach, pustka w głowie, pieczenie w żołądku i to koszmarne kołatanie serca...

Wstałam od stołu, usiadłam na fotelu, skuliłam się, nogi podciągnęłam pod brodę, dyskretnie rozpięłam cisnący mnie stanik, zacisnęłam pięści... Błagam, niech nikt do mnie nic nie mówi. Chcę uciec. Chcę zniknąć, Nic nie czuć. Rozpłynąć się. Boję się. Serce tłucze jak szalone, paznokcie wbijają się w dłonie tworząc czerwone ślady.
Dlaczego? Przecież było już tak dobrze... Czemu to co dobre trwało tak krótko?



Usiadła obok moja szwagierka. Coś opowiadała. Niby jej słuchałam ale słowa odbijały się ode mnie i były kompletnie nie rejestrowane. Moje usta wykrzywiały się jedynie w grymas czegoś co miało przypominać uśmiech, głowa przytakiwała jak te pieski-zabawki na desce rozdzielczej w aucie. Po 15 minutach puściło...

Atak paniki trwał 15 minut. Spoko, bywało gorzej. Bywały godzinne, bywało że były co godzinę. Ogólnie bywało gorzej.

Niestety mnie to zdołowało. Przecież biorę leki. Dlaczego nie działają? Co jest nie tak?
Wczoraj po wizycie Taty miałam kolejny atak.
Scenariusz bardzo podobny do tego wyżej.

Mój optymizm zgasł. Już nie wstaję uśmiechnięta, z energią do działania, do umycia się, ubrania, zmycia naczyń, wyjścia do sklepu. Nadzieja trwała kilka dni. Teraz jest południe, a ja gniję w łóżku z laptopem na kolanach.

Smutno mi, że nikt nie zostawia słowa po sobie... Mam wrażenie, że ktoś przypadkowy wpada, zerka i widzi, że nic ciekawego tu nie ma. No może tak faktycznie jest?
Nie mam zdolności informatycznych, nie chcę chamsko spamować u innych blogerów, nie chcę niczego na siłę.
Potrzebuję namacalnego śladu, że ktoś tu był, zerknął, przeczytał... Choćby jedno słowo.

Jestem smutna. Słowo smutek nawet tutaj mi nie pasuje, bo smutna osoba chyba płacze, prawda? Ja nie mam ochoty płakać. Nie robiłam tego bardzo długo. Jestem chyba bardziej zrezygnowana. Tak, to słowo zdecydowanie bardziej pasuje.
Nie widzę nadziei. Pojawił się promyk, który zgasł.

Chcę pisać ale i na tej płaszczyźnie obawiam się, że nie podołam. Gdy włączam telewizje, odpalam blogi, oglądam youtuberów widzę multum pasji, zainteresowań, energii. Podziwiam ich i w duchu zazdroszczę, bo ja nie mam tego w sobie. Nie mam pasji, zainteresowań, ani energii. Boję się własnego cienia. I jak tu taki ktoś jak ja ma przyciągnąć do siebie czytelników? Czym?
Powiem szczerze, że dudni mi to pytanie coraz głośniej...


Jestem w dołku i jedyne czego chcę, to zakopać się jeszcze bardziej w pościeli i przestać czuć...



wtorek, 29 listopada 2016

Tato

Dzisiaj miałam gościa. Był nim mój Tato.
Myślicie pewnie, że miłe spotkanko, pogaduszki, herbatka, śmiechy. Otóż nie.
Moje relacje z Tatą są trudne. Na pozór konflikty są "wygładzone" ale wewnątrz mnie jest coś... Nie wiem jak to nazwać? Lęk? Dystans?

W zeszłym tygodniu Tata rzucił hasło, że przyjedzie, żebym Mu coś tam wydrukowała. OK, nie ma problemu. Umówiliśmy się na dziś, około godziny 9:30.
Dzisiejszej nocy męczyły mnie koszmary. Śnił mi się rodzinny dom, kłótnie, strach, łzy, ucieczka... Od 5tej się przebudzałam, a przed szóstą zerwałam i bałam zasnąć ponownie. 
Nerwowo zerkałam na zegarek...
Zjadłam śniadanie. Przejrzałam youtube, weszłam na instagram, wskoczyłam na maila, włączyłam telewizję. Coraz bardziej nerwowo patrząc na zegarek.
Zadzwonił telefon. 
MAMA! Och, moje wybawienie! <rzadko tak się cieszę na telefon od Niej> Odebrałam natychmiast i z prośbą w głosie cicho zapytałam:

-A może przyjechałabyś z Tatą dzisiaj?... Proszę...
-Eee, nie. Obiad muszę gotować. Nie mam czasu.

...No i wpadłam w popłoch. Ubrałam się, względnie ogarnęłam, umyłam naczynia, pościeliłam łóżko i czekałam. 
Przed 10. zadzwonił domofon. Podskoczyłam jak trzaśnięta piorunem. 
Bez przykładania słuchawki do ucha otworzyłam i już czułam to skrępowanie.
Tata przywitał mnie niezręcznym uściskiem, jak zwykle wysztywniło mi ciało nienaturalnie. Nie lubię tego.
Rozmowa nie kleiła się. Nie było żadnych złośliwości, uwag, przytyków. Po prostu nie było tematów do rozmowy.
Na domiar złego cholerna drukarka.
Ta cholerna drukarka! 
Tuszu zabrakło. Wymieniłam. Windows się zacinał. Drukowało przypadkowe kartki. Drukarka charczała, rzegotała, strzelała, włączał się skaner. A ja czułam jak trzęsą mi się ręce coraz bardziej, gardło zaciska się, a żołądek zaczyna piec. 

-Daj spokój. Kiedy indziej mi wydrukujecie. Mężuś twój wróci, to mi wydrukuje jak znajdzie czas.

Ooo nie... Znowu mam Ojcu udowadniać, że nie umiem czegoś zrobić? Pieprzona drukarka! Cisza w mieszkaniu trwa kolejne długie minuty, trzask sprzętów wwierca mi się w mózg. Po prawie dwóch godzinach odpuszczam i ze zwieszonym łbem przyznaję:

-Przepraszam Tato. Nie jestem w stanie Ci tego wydrukować. No nie wiem co jest z tą drukarką...

I znów napięcie... Wymieniamy krótkie zdania. Tata ziewa, ściąga sweter, bo Mu duszno, by po chwili go założyć, bo jednak chłodno. Kładzie się na kanapie, po chwili siada, wstaje, spaceruje po pokoju... Ja sztywna jak struna siedzę na pufie i czuję ścisk w dołku. Uciekam od Jego wzroku, kulę się w sobie, chcę uciec. Mam dość tego napięcia, tej drętwej atmosfery. Jesteśmy sam na sam pierwszy raz od bardzo dawna...
Dlaczego tak się czuję?!
Przecież to mój Tata! Nie chcę tego! 
Jest tak strasznie "poprawnie", że aż niedobrze się robi. W głowie jak w kalejdoskopie migają mi nasze sceny sprzed kilku lat

Krzyki. Wyzwiska, Szamotaniny. Groźby, Uderzenia. Nienawiść. Gniew.

Nie umiem sobie z tym poradzić... Od 3 lat jest dobrze. Jesteśmy "pogodzeni". No właśnie czy aby na pewno? 
Po prostu wzięłam ślub i wyprowadziłam się z domu. Zdystansowaliśmy się do tego wszystkiego. Obydwoje schowaliśmy swoje uparte baranie łby i stopniowo te nasze relacje zaczęły wyglądać normalnie.
W większym gronie rodzinnym, prócz drętwych przywitań nie widać naszych "zadr", 
Jednak gdy jesteśmy sami, sytuacja jest inna. Czuję lęk, strach i duży dyskomfort.

Po tych trzech latach poza domem rodzinnym nie widzę agresywnego, lubiącego wypić despoty, tylko przygarbionego starszego pana, mocno nadgryzionego zębem czasu.
I tutaj pojawia się dysonans. Jedna część mnie kocha Tatę, współczuje Mu, z racji wieku, niedołężności i jakby nie patrzeć trudnego życia. Natomiast druga ja zdaje się być małą rozżaloną dziewczynką, stęsknioną, odrzuconą, karaną i upokorzoną. 
Niestety ta dziewczynka nie potrafi zapomnieć i usunąć blokad, które powstawały przez 20 lat. Nie umiem... Jestem bardzo empatyczna, mam też w sobie wiele ciepłych uczuć do Taty ale nie potrafię tych krzywd wymazać. 

Nigdy nie było przeprosin, rozmowy na temat tego co było. Cały ten bajzel został zamieciony pod dywan. 

Niestety, to że został zamieciony, wcale nie oznacza, że go nie ma... 



Blada i zielona 26-letnia ja ;)

No jestem blada i zielona... W pisaniu bloga. ;)
Kompletnie nie wiem jak się ta przygoda potoczy, czuję się jak dziecko we mgle. Patrzę na te wszystkie ustawienia, szmery, bajery, HTMLe i inne... Szok. Za co ja się biorę?
Wczoraj było założenie, pierwszy post, a dziś jest drugi post i już zastanawiam się po co?...
Przecież nikt nie pisze i nie komentuje. Na pewno nikogo nie zaciekawię swoją tematyką. Jestem nudna. Nie mam pomysłu jak dotrzeć do potencjalnych czytelników. Po prostu jestem w proszku.
Ja wiem, że na czytelników i komentarze trzeba sobie zapracować i cierpliwie czekać ale ja jestem baaardzo niecierpliwą osobą o słomianym zapale.

W głowie mam tyle pomysłów... myśl goni następną i wychodzi jeden wielki chaos. Nie umiem jakoś tego poszufladkować, ogarnąć, gubię się w ustawieniach. Ale mimo wszystko mam nadzieję, że z czasem nabierze to rąk i nóg.
Tak bym chciała kogoś tu zobaczyć... przeczytać komentarz, maila.
Chcę Wam powiedzieć, że uwielbiam słuchać innych, doradzać, rozmyślać nad czyimiś problemami i próbować znaleźć optymalne rozwiązania.
Tak, z całą pewnością lubię pomagać. Dlatego tu postanowiłam pisać.
Ja może na tym skorzystam swoją drogą, ale chciałabym również coś dać Wam.

Dość dużo przeszłam jak na swój młody wiek. Historię mam dość bogatą i chcę się tym tutaj dzielić ale chciałabym otrzymać jakieś wskazówki co do kolejności poruszanych tematów.

Może podam kilka opcji dla ułatwienia <będę OGROMNIE wdzięczna za sugestie :)>:
-depresja <jak to się zaczęło i jak u mnie wygląda>
-nerwica <jak ze mną było>
-ataki paniki <jak wyglądają, co robić gdy się pojawi>
-leki, którymi się leczyłam i które znam
-moje relacje z płcią przeciwną
-moje zwierzaki i wynajmowany kącik
-moja druga połówka
-zazdrość i zazdrość wsteczna
-trudne relacje z rodzicami <DDA i DDD>
-moje życie szkolne
-bezsenność
-objawy somatyczne
-lęki i izolacja od świata zewnętrznego
-moje pasje
-ulubione filmy
-muzyka
-co robię, gdy nic nie robię
-fobia <czego właściwie się boję?>
-minimalizm w głowie i na półce
-zaburzenia obsesyjno-kompulsywne
-...

Jak widzicie pomysłów mam troszkę, a to dopiero początek. :)
Jakie tematy Was interesują? O czym chcielibyście wiedzieć?

poniedziałek, 28 listopada 2016

Powitanie :)

Witam wszystkich bardzo serdecznie.

Długo zastanawiałam się nad tym, w jaki sposób mogłabym "wyrzucać" z siebie emocje. Usiłowałam pisać pamiętnik... Jakoś mi nie szło. A zaczynałam kilkanaście razy. Zapisane kartki lądowały w koszu.
Forma bloga wydaje mi się lepszą dla mnie, bo może znajdzie się kilka dobrych duszyczek, które przeczytają moje wpisy, popatrzą z boku, doradzą, wyrażą własną opinię. Bardzo na to liczę.

Co będzie na moim blogu? Myślę, że tematyka będzie dość szeroka i będzie wypływać ze mnie. Nie zamierzam tworzyć czegokolwiek na siłę. Jeśli będę mieć zły dzień, to nie będę udawać, że jest super. A musicie wiedzieć już na wstępie, że smutnych dni jest w moim życiu wiele....

Od lat zmagam się z nerwicą lękową oraz depresją. Choroby te wykańczają zarówno psychicznie, jak i fizycznie. O tym większość ludzi zapomina, nie wie, lekceważy... To są schorzenia duszy, "głowy", ale powodują fizyczne i dotkliwe objawy.
Drażnią mnie stwierdzenia, że ktoś jest "znerwicowany" stojąc w korku, czy "ma depresję", bo słoneczko jest za chmurą od 3 dni. NIE!!! To nie jest depresja, ani nerwica! Najwyżej chwilowy spadek formy, przygnębienie, marazm, znużenie, rozdrażnienie. Jest tak wiele innych określeń, dlaczego tak wielu ludzi nadużywa słów, których znaczenia nie zna i zaręczam, że nie chciałoby  poznać?
Na pewno więc spora część bloga będzie poświęcona mojej chorobie. Być może będzie to dla mnie formą terapii. Mam ogromną nadzieję poznać tu fajnych, mądrych ludzi, którzy może zechcą się ze mną podzielić swoimi doświadczeniami z chorobą, lub problemami dnia codziennego.

Przeszłam terapię psychodynamiczną, którą przerwałam, bo dla mnie była kompletnie nic niewnosząca. Najwyżej wynosząca... pieniądze z kieszeni.
Psychiatrów również miałam kilku. Jeśli pamięć mnie nie myli, to 4 <nie liczę tutaj lekarzy "jednorazowych", bo i takich było kilku>.

Czy jestem osobą chorą psychicznie?
Tak.
Długo nie chciałam tego przyznać. Bałam się, że gdy powiem to głośno, to odbije mi już doszczętnie. Ale jak widać chyba gorzej już być nie może. ;)

Na dzisiaj kończę i ciekawa jestem jak dalej moja historia z blogowaniem się potoczy.

Pozdrawiam wszystkich!
A.