wtorek, 29 listopada 2016

Tato

Dzisiaj miałam gościa. Był nim mój Tato.
Myślicie pewnie, że miłe spotkanko, pogaduszki, herbatka, śmiechy. Otóż nie.
Moje relacje z Tatą są trudne. Na pozór konflikty są "wygładzone" ale wewnątrz mnie jest coś... Nie wiem jak to nazwać? Lęk? Dystans?

W zeszłym tygodniu Tata rzucił hasło, że przyjedzie, żebym Mu coś tam wydrukowała. OK, nie ma problemu. Umówiliśmy się na dziś, około godziny 9:30.
Dzisiejszej nocy męczyły mnie koszmary. Śnił mi się rodzinny dom, kłótnie, strach, łzy, ucieczka... Od 5tej się przebudzałam, a przed szóstą zerwałam i bałam zasnąć ponownie. 
Nerwowo zerkałam na zegarek...
Zjadłam śniadanie. Przejrzałam youtube, weszłam na instagram, wskoczyłam na maila, włączyłam telewizję. Coraz bardziej nerwowo patrząc na zegarek.
Zadzwonił telefon. 
MAMA! Och, moje wybawienie! <rzadko tak się cieszę na telefon od Niej> Odebrałam natychmiast i z prośbą w głosie cicho zapytałam:

-A może przyjechałabyś z Tatą dzisiaj?... Proszę...
-Eee, nie. Obiad muszę gotować. Nie mam czasu.

...No i wpadłam w popłoch. Ubrałam się, względnie ogarnęłam, umyłam naczynia, pościeliłam łóżko i czekałam. 
Przed 10. zadzwonił domofon. Podskoczyłam jak trzaśnięta piorunem. 
Bez przykładania słuchawki do ucha otworzyłam i już czułam to skrępowanie.
Tata przywitał mnie niezręcznym uściskiem, jak zwykle wysztywniło mi ciało nienaturalnie. Nie lubię tego.
Rozmowa nie kleiła się. Nie było żadnych złośliwości, uwag, przytyków. Po prostu nie było tematów do rozmowy.
Na domiar złego cholerna drukarka.
Ta cholerna drukarka! 
Tuszu zabrakło. Wymieniłam. Windows się zacinał. Drukowało przypadkowe kartki. Drukarka charczała, rzegotała, strzelała, włączał się skaner. A ja czułam jak trzęsą mi się ręce coraz bardziej, gardło zaciska się, a żołądek zaczyna piec. 

-Daj spokój. Kiedy indziej mi wydrukujecie. Mężuś twój wróci, to mi wydrukuje jak znajdzie czas.

Ooo nie... Znowu mam Ojcu udowadniać, że nie umiem czegoś zrobić? Pieprzona drukarka! Cisza w mieszkaniu trwa kolejne długie minuty, trzask sprzętów wwierca mi się w mózg. Po prawie dwóch godzinach odpuszczam i ze zwieszonym łbem przyznaję:

-Przepraszam Tato. Nie jestem w stanie Ci tego wydrukować. No nie wiem co jest z tą drukarką...

I znów napięcie... Wymieniamy krótkie zdania. Tata ziewa, ściąga sweter, bo Mu duszno, by po chwili go założyć, bo jednak chłodno. Kładzie się na kanapie, po chwili siada, wstaje, spaceruje po pokoju... Ja sztywna jak struna siedzę na pufie i czuję ścisk w dołku. Uciekam od Jego wzroku, kulę się w sobie, chcę uciec. Mam dość tego napięcia, tej drętwej atmosfery. Jesteśmy sam na sam pierwszy raz od bardzo dawna...
Dlaczego tak się czuję?!
Przecież to mój Tata! Nie chcę tego! 
Jest tak strasznie "poprawnie", że aż niedobrze się robi. W głowie jak w kalejdoskopie migają mi nasze sceny sprzed kilku lat

Krzyki. Wyzwiska, Szamotaniny. Groźby, Uderzenia. Nienawiść. Gniew.

Nie umiem sobie z tym poradzić... Od 3 lat jest dobrze. Jesteśmy "pogodzeni". No właśnie czy aby na pewno? 
Po prostu wzięłam ślub i wyprowadziłam się z domu. Zdystansowaliśmy się do tego wszystkiego. Obydwoje schowaliśmy swoje uparte baranie łby i stopniowo te nasze relacje zaczęły wyglądać normalnie.
W większym gronie rodzinnym, prócz drętwych przywitań nie widać naszych "zadr", 
Jednak gdy jesteśmy sami, sytuacja jest inna. Czuję lęk, strach i duży dyskomfort.

Po tych trzech latach poza domem rodzinnym nie widzę agresywnego, lubiącego wypić despoty, tylko przygarbionego starszego pana, mocno nadgryzionego zębem czasu.
I tutaj pojawia się dysonans. Jedna część mnie kocha Tatę, współczuje Mu, z racji wieku, niedołężności i jakby nie patrzeć trudnego życia. Natomiast druga ja zdaje się być małą rozżaloną dziewczynką, stęsknioną, odrzuconą, karaną i upokorzoną. 
Niestety ta dziewczynka nie potrafi zapomnieć i usunąć blokad, które powstawały przez 20 lat. Nie umiem... Jestem bardzo empatyczna, mam też w sobie wiele ciepłych uczuć do Taty ale nie potrafię tych krzywd wymazać. 

Nigdy nie było przeprosin, rozmowy na temat tego co było. Cały ten bajzel został zamieciony pod dywan. 

Niestety, to że został zamieciony, wcale nie oznacza, że go nie ma... 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz