piątek, 2 grudnia 2016

Bracia Mniejsi :)

Uwaga! 
Dużo zdjęć w ten pochmurny dzień Wam zafunduję! :)


Od dziecka byłam miłośniczką zwierząt.
Pieski, kotki, króliczki, chomiczki, świneczki, kurki, krówki...
Nie było stworzonka, którego bym nie kochała. Hodowałam w słoikach ślimaki, dżdżownice, z zapałem podziwiałam pracowite mrówki, obserwowałam proces pobierania pyłku kwiatowego przez motyle.
Miałam nawet swoją... muchę. Tak, któregoś ranka obudziła mnie mucha łażąca po mojej twarzy. Łaziła po mnie i łaskotała. Na chwilę odlatywała i wracała. Zamiast ją przepędzać, ja się cieszyłam. Rany! Mam swoją własną, osobistą, oswojoną muchę! Niestety... mucha po godzinie się mną znudziła i odleciała...

Gdy rodzice mieli kilka królików na mięsko przepadałam na pół dnia. Karmiłam, głaskałam, nadawałam imiona.
Pewnego dnia zafrasowana mama prowadziła rozmowę z tatą <oczywiście ją podsłuchałam>:
-Adam, ja nie wiem co jest z tymi królikami. Rodzą się, wszystko jest dobrze, rozdzielam je od samca, a one je zagryzają. Ki pieron... 
Ten pieron, to byłam ja. Nieświadoma kanibalizmu króliczego, gdy tylko widziałam gniazdo z różowymi maleństwami, wywlekałam je z klatki i każde z osobna ukochiwałam, nazywałam... Niestety później królicza mama je odrzucała <mówiąc dobitniej zjadała>.
Gdy sprawa się rypła dostałam ostre lanie od taty.
Nie mogłam patrzeć na to jak mama przyrządza te nieszczęsne króliki. Nie było mocnych, żeby mnie do tego przekonać. Na sam widok i zapach dostawałam odruchów wymiotnych. No bo jak można było JEŚĆ moich przyjaciół?!
No niepojęte...

Gdy tata zakładał pułapki na myszy, ja późnym wieczorem je "rozbrajałam", a gdy któraś myszka niestety się złapała, albo ją ratowałam <kilka miało tylko zatrzaśnięte ogonki>, albo robiłam pogrzeby. Oddział ratunkowy składał się z ogromnego słoika, trocin, spodeczka z wodą, warzyw. Opatrywałam łapki i ogonki gazą nasączoną wodą utlenioną. Niemal jak doktor Quinn. Mysia dr Quinn.

Później były pieski i kotki. Tata kotów nie znosił. Gdy któraś kotka się kociła, odbywało się topienie kociąt w wiadrze. Nie mieściło mi się w głowie jak tak można... Kilka kotów udało mi się uratować. Chowałam je w piwnicy albo swojej szafie. Karmiłam strzykawkami z mlekiem co 2-3 godziny, masowałam brzuszki.
Pamiętam jak pewnego dnia tata usłyszał miauczenie dobiegające z mojej szafy. Ocaliłam jednego sierściuszka z miotu, okłamując rodziców, że pewnie szczur go zjadł. Gdy znalazł kotka wpadł w szał. Płakałam i błagałam go, żeby mi tego kotka nie zabijał.
-Tato, on już jest duży! Ma otwarte oczka, nawet mięsko je! Tak nie można! Mama mi mówiła, że topi się tylko małe kocięta, które mają zaklejone oczy, uszy. On już jest duży! A takich się nie topi!
Mama ubłagała tatę i kot został.

Psy były zawsze ale bardziej takie "przydomowe". Najlepiej pamiętam Oriona.
Był to duży kundel, podobny do owczarka niemieckiego. Miał prowizoryczną budę i nie za długi łańcuch. Czego ja z tą psiną nie wyczyniałam... Jeździłam na nim, czesałam, uczyłam komend. Było to prze komiczne, bo na moje polecenie:
-Ojon, siad!
Orion faktycznie siadał, z tymże był wtedy wyższy od swojej treserki. ;)
Niestety kopał doły <zapewne z nudy>. Po tym jak tato prawie nie skręcił kostki na jednej z jego dziur, oddał Oriona.
Rozpacz była straszna ale niestety nie pomogła w zatrzymaniu psiaka.

Później nastała era chomików i myszek. Niestety często chorowały i zdychały. Zdarzały się jednak osobniki wytrzymalsze. ;)


Mocno przeżywałam każde odejście chomiczków, więc przerzuciłam się na bardziej długowieczne zwierzątko. Świnkę morską.

Pierwszą świnkę wzięłam ze sklepu zoologicznego, bo była jedyną dorosłą świnką z przekrzywioną główką.
Zapytałam panią w zoologicznym, dlaczego ta świnka jako jedyna jest taka "wyrośnięta".
Otrzymałam odpowiedź:
-Z tą świnką jest coś nie tak. Prawdopodobnie w transporcie doznała urazu kręgosłupa i stąd ta głowa taka wykrzywiona, albo to wada genetyczna. Nie umiem powiedzieć. Nikt takiej świnki nie chce i tak została.
Oczywiście wzięłam ją. Kochałam pomimo inności, dbałam. Niestety, po 3 latach zaczęły się problemy z jedzeniem. Weterynarze jednogłośnie orzekli, że ma uszkodzone kręgi i przez to szczęka nieprawidłowo się wykształciła, ząbki trzonowe są przerośnięte, nic zrobić nie można i są w szoku, że świnka tak długo żyje i to w dobrej kondycji. Z bólem serca, uśpiłam ją, nie chcąc doprowadzać do śmierci głodowej.


Później była druga świnka. Dobrze się chowała ale po jakimś czasie od kupna zaczęła "puchnąć". Brat stwierdził, że to wzdęcia. Ja, widząc, że prosiak je normalnie i zachowuje się normalnie, postanowiłam poczekać. Gdy podczas głaskania wyczułam ruchy w brzuszku świniaka, już wiedziałam co to za "wzdęcia". ;) Kupiłam świnkę z bonusem! A nawet dwoma. :D
Małe, słodkie maleństwa trafiły w dobre ręce <mojej koleżanki i dziewczyny brata>.
Prosiak dobrze się chował, niestety wymacałam razu pewnego guza na brzuszku. Pognałam do weterynarza. Okazało się, że to nowotwór. Zdecydowałam się na operację <moje wypłaty leciały na świnkowe zabiegi>. Niby wszystko się udało. Po zdjęciu szwów i kontrolnym "macaniu" przez weterynarza, świnka zaczęła się gorzej czuć. Zaczęła odchodzić. Towarzyszyłam jej, bo wiedziałam, że nie ma sensu męczyć ją transportem do weta.


Kolejna świnka też dobrze się miała. Była bardzo malutka, drobna. Po 2 latach zaczął się problem z jedzeniem. Diagnoza? Zwichnięcie żuchwy. Sprawa beznadziejna w przypadku świnek. Najpewniej "załatwiła" to sobie gryzieniem prętów. Podejrzewam też, że była najsłabszym ogniwem w miocie <jak to ja, wybrałam świnkę odrzuconą, sponiewieraną i najsłabszą>.
Jako, że tonący brzytwy się chwyta, dokupiłam drugą świnkę, w nadziei, że po nastawieniu szczęki i spiłowaniu ząbków, ta młodsza "nauczy" starszą jeść. Niestety, pomimo dokarmiania, odżywek, zastrzyków, Myszata przestała jeść. Pojawiły się biegunki. Przeraźliwie piszczała z głodu, a jeść nie mogła... Byłam zmuszona zakończyć jej męki...


Ta druga świneczka, która miała pomagać Myszatej, to Kropeczka. Jest z nami od 3 lat i ma się dobrze. :) Po 2 latach doszłam do wniosku, że przyda się jej towarzystwo i dokupiłam Antoniego. Duet, w którym są ciągłe kłótnie i sprzeczki ale obywa się bez przemocy. ;)
Poniżej przedstawiam proces strzyżenie Antoniego, jako że jest przedstawicielem rasy curly, wymaga strzyżenia od czasu do czasu. Dodatkowo zostały przycięte pazurki obydwóm szkrabom i przeprowadziłam rutynowe ważenie. ;)





                                                                                                         
Jeszcze opowiem Wam o Prezesie.
Kto to taki i skąd wziął się w naszym domu?
Pracowałam w pizzerii i poznałam tam Mariusza. Miał on pieska. Kochanego, słodkiego kundla. Niestety sposób w jaki traktowany był ten pies, był dla mnie nie do przyjęcia... Psiak wraz ze swoją psią mamą żyli u tego kolegi bez jakiejkolwiek budy. Biegały samopas po miasteczku, żebrząc o jedzenie. KOSZMAR! Mrozy, deszcze, słoty... Psy bez dachu nad głową i ciepłej michy! Nie pojęte dla mnie!
Jakiekolwiek próby rozmowy nie przynosiły rezultatu. Któregoś dnia dowiedziałam się, że jego sunia jest w ciąży. Pytam więc, co ze szczeniętami? Uzyskałam następującą odpowiedź:
-No jesień idzie, pewnie nie przeżyją. Może utopimy? Nie wiem. Może też ktoś weźmie jak coś.
SZOK!!! Powiedziałam bez zastanowienia, że wezmę psiaka, tylko niech dołoży starań, żeby przeżył. Że zapłacę.
No i urodził się Prezes. Długo namawiałam rodziców. Używałam wszelakich argumentów i zgodzili się.
Wiedziałam, że pies nie będzie dla mnie, bo miałam nadzieję na wyprowadzkę.


Rodzice zakochali się w psiaku. Śpią z nim, mama regularnie go przekarmia, jest oczkiem w głowie.
Został wysterylizowany, jeździ na szczepienia i przeglądy weterynaryjne... Cieszę się, że znalazłam Prezesowi dobry dom i że udało mi się rodzicom wytłumaczyć, że pies ma być traktowany inaczej niż wcześniejsze <jako dziecko nie miałam tej świadomości co teraz>.



I tak to wygląda moja historia ze zwierzakami. ;)
A Wy macie jakieś stworki na wychowaniu? ;P


11 komentarzy:

  1. Mam dwa stareńkie psiaki ze schroniska, tak zwane nieadopcyjne, Bafi lat 18 podsikująca ochoczo wszędzie i niezależnie od spacerów, Sniff lat 15, pierdołowaty pan w typie teriera. Rok temu odszedł, też adoptowany, jamnikowaty Travis. Wybieram starsze psiaki bo najbardziej potrzebują domu na stare lata.Piękne te twoje świnki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Takie kundelki są najbardziej poczciwe... Oj, jakie się dziś kurwy siódme sypały podczas obcinania pazurków Antoniuszowi. Byłam zgryziona i zdrapana. Małe diobły przyjęłam pod swój dach. :D
    Dziękuję. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i poczciwe i kochane:)na szczęście mam tatę weterynarza więc koszty opieki nad staruszkami nie są wysokie, a to wielu ludzi odstrasza od adopcji.

      Usuń
  3. Witaj! Weszłam do Ciebie, przeczytałam wpisy od deski do deski i zostaje:) Mamy wiele wspólnego, mimo ogromnej różnicy wieku!
    Kocham zwierzaki, choc teraz nie mam żadnego z powodów niezależnych ode mnie. Fajne fotki.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iza, przyznaj się, że mnie szukałaś:p

      Usuń
    2. Tutaj już sobie między soba wersje ustalajcie dziewczynki. ;)

      Usuń
    3. No nie da sie ukryc, Zyrafko, ze Cie sledze:))) Kazden Twoj krok!

      Usuń
    4. akurat między nami to dużej róznicy wieku nie ma:p

      Usuń
  4. Witaj i Ty!
    Jest mi bardzo miło kochana, dziękuję.
    Pozdrowionka! :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Wybacz moje zboczenie, zapraszam tutaj :http://swinkimorskie.eu/SPSM/
    Możesz dowiedzieć się dużo na temat pielęgnacji, żywienia itp, świnek morskich. Dodatkowo jak pomyślisz o "powiększeniu stada" lepiej jest adoptować świnkę.
    Świniuchy piękne :))) pozdrawia Świnkomaniaczka, a obecnie opiekunka dwóch królików :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja droga... Ja DOSKONALE znam tą stronę! ;) Głównie z niej czerpałam swoją "świnkową" wiedzę. Adoptować chciałam ale zawsze w zoologu widziałam jakąś biedną, niechcianą, opuszczoną bidulkę, która prosiła swoimi czarnymi koralikami "weź mnie... jak nie ty, to tu zginę albo skończę jako pokarm dla węża... zlituj się...". Póki co powiększanie stada nie chodzi w grę. Metraż mieszkaniowy mnie bardzo ogranicza, a ostatnią rzeczą jaką bym chciała, to kisić prosiaczki na zbyt małej powierzchni.
      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam cieplutko! :)

      Usuń