wtorek, 6 grudnia 2016

Leki

Moja przygoda z leczeniem farmakologicznym zaczęła się, gdy miałam koło 17 lat, więc 10 lat temu.
Objawy somatyczne, bóle żołądka, mdłości, ataki paniki, były już nie do zniesienia. Nie radziłam sobie, zaczęłam chudnąć i tracić grunt pod nogami.


Pojawiła się bezsenność. Lęki dawały w kość najmocniej wieczorami. Bałam się własnego cienia. Z racji, że moja mama miała jakieś tam tabletki nasenne, zaproponowała mi czy bym ich nie spróbowała.
I tu się zaczyna jazda...
Mama po przeczytaniu ulotki stwierdziła, że pieprzy i tego nie weźmie.
Ja taka strachliwa nie byłam. Marzyłam o przespanej nocy.
"Polsen"... Cóż za piękna, budząca zaufanie nazwa leku, nieprawdaż? Na ulotce było napisane, żeby brać jedną tabletkę, na początek pół. No ale w końcu ja miałam duże kłopoty ze spaniem, to zapodałam jedną. Po 20 minutach zrobiło mi się błogo. Wszystkie problemy uleciały, były nieważne, wszelkie lęki wyparowały... No spanko było pierwsza klasa.
Niestety wada jest taka, że tolerancja szybko rośnie, urywa się film, robi się po tym różne dziwne rzeczy i baaardzo uzależnia.
Uzależnia do tego stopnia, że zolpidem jest ze mną już od 8 lat. Nie umiem rozstać się z tym błogostanem i odpływem.


1.

Nie wiem skąd moja mama wytrzasnęła kontakt do pierwszego psychiatry. W każdym razie pojechałyśmy na drugi koniec Krakowa. Było ze mną cienko.
Kopara mi opadła, gdy zobaczyłam odpicowany dom z wielkim, wypielęgnowanym ogrodem.
No to się pan psychiatra pięknie dorabia na wariatach...
Gdy usiadłyśmy w kolejce byłam z lekka przerażona. Jakaś kobieta co chwilę wykrzywiała twarz, druga miała tiki, trzecia cała się telepała i potrząsała nogą, jakiś chłopak widać było, że jest lekko upośledzony i mocno zamroczony lekami <może autystyczny?...>. No szok. Miałam ochotę wiać i nie wracać. Wyszłam z poczekalni i odetchnęłam głęboko. Patrząc na piękne jabłonie odpaliłam papierosa i starałam się ujarzmić rozbiegane myśli.

W końcu nadeszła moja kolej... Mocno starszy pan <obstawiam, że grubo po 70tce> obstukał mnie młoteczkiem, kazał dotknąć czubka nosa, itd. Diagnozy jakiejś specjalnej nie postawił. Jakieś tam zaburzenia lękowe, "wyrosnę" z tego.
Zaprosił moją mamę do gabinetu, mnie wyprosił. Następnie już w trójkę stwierdził, że współczuje mojej mamie, że takie problemy ze mną ma, że mogę mieć anoreksje <WTF?!> i ogólnie mam się za siebie wziąć.
Pokrzepiające w chuj.
Zapisał rudotel, peritol, duspatalin i jeszcze coś, czego nazwy nawet nie pamiętam. Coś przeciw lękowego. Po rudotelu czułam się jak zombie. Chciało mi się rzygać, chodziłam po ścianie, kołowało mi we łbie. Zadzwoniłam do niego i powiedziałam, że nie wiem czy to najlepszy dla mnie lek, bo źle się po nim czuję. Opierniczył mnie, że to on jest tutaj lekarzem i albo biorę co on mi przepisał albo niech nie leczę się wcale. Wow... Widać miał na tyle pacjentów, że w dupie miał mnie personalnie. No cóż, życie...Leczenie u niego trwało pół roku i miałam spokój przez trzy lata.


2.

Po tym czasie znów zrobiło się źle. Wróciłam do tego samego gościa i leczenie miałam podobne. Na chwilę pomogło, ale krótsza. Około pól roku poprawy.


3.

Przyszło kolejne załamanie. Moja przyszła teściowa dała mi namiar na swoją panią doktor. Przyjmowała w swoim mieszkaniu. Boże jaka ona dopiero była odkorbiona! W sensie lekarka, nie teściowa. :D

Przyszłam do niej, a tam mieszkanie urządzone w chaotyczny, starodawny sposób. Tony bibelotów, staroci, antyków i pianino... Pani sprawiała wrażenie ostro "wyciszonej". Opowiedziałam jej co mnie dręczy. Ona opowiedziała mi o swoim synu, mężu i o tym, że dla niej złotym lekarstwem na niepokój jest valium i gra na pianinie<yhm...>. Zapytała czy mi zagrać <WTF po raz drugi>. Kobita sama wymagała leczenia i terapii za razem. Ale powiem szczerze, że leki dobrała całkiem nieźle. Brałam fluoksetynę, sulpiryd i doraźnie hydroxyzynę. Przez chwilę dowaliła mi depakine ale już po pierwszych dniach czułam się źle i odstawiłam. Co do lęków, też stwierdziła, że mi "przejdą" same. No ok.

Po jej leczeniu miałam chwilę oddechu. Całkiem fajnie się pozbierałam. Ale też nie na bardzo długo, bo na rok.


4.

Nocki jakoś przesypiałam <non stop jechałam na zolpidemie> ale po jakimś czasie znów pojawiły się lęki. Z racji, że z poprzedniej kuracji został mi sulpiryd, postanowiłam na własną rękę go pobrać. W końcu jak kiedyś pomógł, to czemu nie teraz? To był błąd. Bez fluoksetyny, sam sulpiryd początkowo nakręcał mnie jak porządna kreska. Po kilku dniach jednak pojawiły się kołatania serca, jeszcze większe lęki i napady paniki.

Postanowiłam udać się do lekarza pierwszego kontaktu, bo myślałam, że on coś zaradzi, podpowie, zrobi badania. Wszystkie kobiety w rodzinie mają jazdy z tarczycą, więc może to jest źródłem?
Poszłam... Lekarz słuchając moich opowieści, lęków i innych, patrzył na mnie z politowaniem. Zlecił podstawowe badania krwi, zapisał leki na żołądek <końską dawkę ranigastu, metoclopramid, alugastrin, ozzion> i kazał zgłosić się za miesiąc. Po miesiącu wróciłam z wagą jeszcze niższą, niż była. Nadal męczyły mnie mdłości, bóle brzucha, biegunki, lęki... Lekarz już nieco zniecierpliwiony zlecił USG jamy brzusznej, które nic nie wykazało. Po kolejnym miesiącu stwierdził, że powinnam iść na gastroskopie. Podziękowałam, wyszłam i już nie wróciłam.


5.

Podczas jednego z ataków, przerażona mama zadzwoniła do znajomej żony lekarza. Przyjechała, dała hydroxyzynę i umówiła na wizytę u męża. Był to też lekarz pierwszego kontaktu ale tonący brzytwy się chwyta.
Akurat zbliżał się termin mojego ślubu, a tu moja sytuacja była coraz gorsza. Z wagi 56 kg, spadłam do 45. Od rana męczyły mnie mdłości. Co nie zjadłam, to lądowałam na kiblu. Zastanawiałam się coraz poważniej jak ja na ślubie dam radę? Pampersa sobie założę? Korek do dupy wsadzę?
Ten znajomy lekarz stwierdził, że problem nie leży w moim przewodzie pokarmowym, ale w psychice <wow! BRAWO! w końcu mądre spostrzeżenie!>, że mam nerwicę żołądka. Nakazał odstawienie wszystkim "prazoli" i przepisał dwa leki.
Dostałam lorazepam w dawce 7,5 mg dziennie i doxepin.
Nie wierzyłam, że kolejne leki coś dadzą. O jakże wielkie było moje zaskoczenie... Jak się nagle zrobiło błogo, spokojnie i przyjemnie... Ślub przebiegł dobrze, nawet sukni nie obsrałam. Ba! Nawet obiad zjadłam i torcik! No coś pięknego...

Później była wyprowadzka z domu i nowy etap życia. Lorafen zaczął nie wystarczać, doxepin został odstawiony. Tak to już z benzodiazepinami bywa, że działają ale szybko trzeba podbijać dawki, a antydepresanty czasem nie działają tak jak powinny. Było znowu coraz gorzej...


6.

Do pani psychiatry od pianinka nie mogłam się dodzwonić, więc rozpoczęłam poszukiwania kogoś innego przez internet. Trafiłam na Pana K. Umówiłam się na wizytę, pojechałam.
Jak mu powiedziałam, że biorę 7,5 mg lorafenu, to z niedowierzanie wybałuszył oczy.
-Przepraszam ILE?
-Noo... 7,5 mg. Trzy razy po 2,5.
-KTO TO PANI WYPISYWAŁ W TAKIEJ DAWCE?!
-Nooo... Znajomy lekarz...
-Przecież to jest końska dawka! Pani jest młodą kobietą. Bardzo drobną! Nie... Nie będę już dopytywać, bo szlag mnie trafia, jak ktoś niekompetentny bawi się w leczenie w nieswojej dziedzinie. Jak długo Pani bierze te dawki?
-Od pięciu miesięcy...
-No cóż... Nie będzie łatwo, bo to jedna z silniejszych benzodiazepin. Na pewno wyrobiła się już tolerancja. Dodatkowo to uzależnienie od zolpidemu... Ale proszę się nie martwić. Powoli damy radę.

No i zaświeciła się nadzieja. Dostałam Sertralinę, Spamilan, Relanium i Mirtazapinę. Miałam powoli schodzić z lorazepamu i na jego miejsce wrzucać relanium.
O dziwo nie było to dla mnie traumatyczne. Dość szybko zeszłam z lorafenu do zera, reszty która mi została się pozbyłam, żeby mnie nie kusiła.
Stopniowo robiło się lepiej. Leczenie trwało ponad 2 lata.
Wejście na sertralinę było koszmarem, a ona sama prócz całkowitej kastracji, nie przyniosła zbytnio efektów.
Między mną, a lekarzem doszło do spiny, bo zapisywał mi coraz więcej leków, na które źle reagowałam i namawiał mnie, żebym niezużyte mu przynosiła. Chował je do swojej tajemnej szafeczki. Kij wie co z nimi robił. Sprzedawał?

W każdym razie nie było to w porządku. Ale gdy delikatnie to zasugerowałam, facet się wkurzył. Zaczął mi wyrzuty robić, jakieś pretensje...
Podziękowałam panu za taki układ.

Gdy leki się pokończyły, znowu zaczęło być coraz gorzej. Pół roku się mordowałam.
Waga poleciała do 48 kilo.
Znów zaczęłam litanie po przypadkowych lekarzach. Recepty wypisywali ale ja ich nie wykupowałam. Nie budzili mojego zaufania, a ja już miałam fobie lekową, po wcześniejszych terapiach.Sępiłam jedynie recepty na zolpidem.


7.

Z racji, że rozsypałam się na kawałeczki, miałam myśli samobójcze, przestałam się myć i wychodzić z łóżka, musiałam zrezygnować z pracy.
Miewałam tak silne ataki, że pewnego dnia mąż zadzwonił po lekarza. Pani kardiolog mnie zbadała, zrobiła EKG i nic nie stwierdziła. Uznała, że to silna nerwica. Zaleciła dość dziwną terapię olejkiem z konopi CBD <oczywiście legalny, pozbawiony THC> i naltreksonem w homeopatycznej dawce 4 mg. Stwierdziła, że ten mix postawił na nogi ją i kilka jej koleżanek. W akcie desperacji spróbowałam.
Efekt?
Żaden.


8.

Nie wiedząc gdzie szukać pomocy zadzwoniłam do siostry <Mąż pomagał ale brakowało Mu konsekwencji w działaniu>. Ona popytała koleżanki i załatwiła mi wizytę u <podobno> najlepszego psychiatry w Krakowie. Cena wizyty faktycznie była ekskluzywna. No ale grunt, żeby pomógł, prawda?
Wizyta trwała godzinę. Ja mówiłam, on tępym wzrokiem obserwował punkt na ścianie. Kurna, monolog życia miałam. Wydawało mi się, że jest naćpany albo baaardzo niewyspany i znudzony do granic możliwości.
Powiedziałam, że boję się nowych leków. W takim układzie Pan SuperDoktor zapytał po jakim widziałam efekty. Rzuciłam, że po mirtazapinie <lepiej spałam, byłam dość znieczulona, przytyłam, jadłam normalniej>, choć w głowie miałam myśli, że kto tu komu kurna powinien leki proponować? Ale ok, może ja się nie znam...
Stwierdził, że skoro mirtazapina była ok, to przepisał i kazał brać w takiej dawce jak kiedyś. Plus był taki, że wydębiłam kolejną receptę na zolpidem. No i pozbyłam się 200 zł z portfela ale to już wątpliwy plus.
Poprawy nie było.
Na kolejnej wizycie kolejny monolog i zaproponowanie mi, cytuję: "eleganckiego" leku, o nazwie valdoxan. Że on jest dobry i na pewno mi pomoże. Ok. Pozbyłam się kolejnych dwóch stów. Przy okienku aptecznym dostałam prawie zawału... Za opakowanie tego gówna 90 zł! Masakra... No ale skoro to taki elegancki lek i ma pomóc... Jak już wcześniej wspomniałam, tonący brzytwy się chwyta.
Co dał ten cudowny Valdoxan?
Gówno.
I ból wątroby.


9.

Do tegoż specjalisty już nie poszłam. Byłam na maksa wykończona i wkurwiona. Już obmyślałam metodę na samobójstwo. Doszłam do wniosku, że najlepiej będzie naćpać się zolpidemu, nałożyć na łeb worek na śmieci, zabezpieczyć go taśmą klejącą i dla pewności zatrzasnąć ręce w kajdanki. To się mogło udać... Powieszenie też brałam pod uwagę ale jednak nie chciałam, aż takiej traumy mężowi fundować. Myślałam, że w tym worku będę się prezentować ciut lepiej.


Mąż ubłagał mnie na jeszcze jedną próbę... Znaleźliśmy panią Monikę. Bardzo spokojna, miła i rzeczowa kobieta. Dużo zadawała pytań, obserwowała mnie i wysnuwała bardzo trafne wnioski. Dostałam leki. Wenlafaksynę, relanium, mianserynę i doraźnie hydroxyzynę.
Wejście na wenlafaksyne miłe nie było ale przeżyłam, natomiast mianseryna mimo małej dawki działała na mnie fatalnie.
Z natury mam niskie ciśnienie, a po niej dostawałam jeszcze większych zjazdów. Kilkukrotnie straciłam przytomność na kilka minut.
Prócz skutków ubocznych, pozytywnych efektów nie widziałam, pomimo że minął miesiąc grzecznego brania zalecanych leków.
Na następnej wizycie pani Monika była zszokowana moimi zjazdami. Z powodu braku reakcji, podbiła dawkę wenlafaksyny i na wieczór dodała  lamitrin.
W końcu ta kombinacja zaskoczyła i jest lepiej.

Bywają dni gówniane ale nie ma porównania do tego, co się działo jeszcze miesiąc temu.
Wstaję z łóżka, jestem w stanie pójść na zakupy, śmiać się, posprzątać.

Wiem, że dla Was to nie wiele ale ja zaczynam dostrzegać światełko w tunelu...



Obecnie jestem na kombinacji:
wenlafaksyna 75 mg
relanium 2 mg
mirtazapina 15 mg
lamitrin 25 mg
zolpidem 10 mg






10 komentarzy:

  1. Każdemu co innego pomaga, ale już od bardzo dawna żaden rozsądny psychiatra nie przepisuje Lorafenu, bo po krótkim czasie nie wiadomo, co z pacjentem zrobić:p Ja na szczęście jestem z branży medycznej i kolegów psychiatrów do wyboru, do koloru. Ukrywam of kors przed nimi, że Xanax to nie doraźnie ale tak do porannej, codziennej kawki. Głównym lekiem moim jest paroksetyna( Rexetin), wenlafaksyna jest rzeczywiście mocniejsza, ale może powodować skoki ciśnienia a tego sie boję. Za to na brak snu to ja ie cierpię, w miarę pogarszania się mojego stanu wzrasta ilość przespanych godzin:)
    No to cóż na koniec komentarza- zdrowia sobie życzmy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci za komentarz i że zechciało Ci się przeczytać te moje wypociny. ;)
      Ja nie mam żadnych skoków, ani jazd z ciśnieniem, ale z natury jestem niskociśnieniowcem, więc nawet jakby mi wenla je podbiła, to tragedii by nie było. :)
      Zdróweczka!
      Pozdrawiam Cię serdecznie :)

      Usuń
  2. Oj, kochana, przeczytałam i nie zazdroszczę. Ja biorę nasene, które ostatnio kiepsko działają. Jednak zauwazylam, ze dla mnie najlepszym lekiem na lepsze samopoczucie i dobry sen jest radość i brak problemów. A tych niestety, sporo:( Kiedy wszystko się układa, nic złego sie nie dzieje, to i mnie nic nie dolega, i śpię lepiej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasen? Dobrze przeczytałam? Jeśli tak, to właśnie jest ten nieszczęsny zolpidem i przestrzegam Cię przed nim. Cholerny uzależniacz... :/
      U mnie nerwica atakuje zazwyczaj po jakimś bardzo negatywnym zdarzeniu. Paradoksalnie po wyprowadzce z domu rodzinnego powinno być lepiej. Niestety nie do końca tak pięknie to wygląda...
      Ale jakoś trzeba pchać ten wózek. :*

      Usuń
    2. Miało być "nasenne":) biorę estazolam, slabo działa. Może dlatego, ze niezmiennie od kilkunastu lat!

      Usuń
    3. Aha, już rozumiem ;) Estazolam też brałam ale na uspokojenie. Nasennie bardzo niewiele rzeczy na mnie działa...

      Usuń
    4. na mnie sam widok kanapy:p

      Usuń
  3. "Wiem, że dla Was to nie wiele ale ja zaczynam dostrzegać światełko w tunelu..." - nie mow tak, Twoi czytelnicy to nie tumany :P i pewnie też "problemowcy". Nawet nie wiesz jak doskonale Cię rozumiem, w ogole czytając całego Twojego bloga (ktorego w duzym stopniu juz nadrobilam) widze tak dużo z siebie i swojego życia, ze aż jestem w szoku... Momentami mam wrażenie, ze to pisałam ja....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło wiedzieć, że nie jestem sama. :)
      Tu nie chodzi o to, że uważam kogokolwiek za tumana, po prostu zdaję sobie sprawę, że moje problemy mogą komuś wydać się wydumane i dziwne. Osoba "zdrowa" psychicznie, często myli nerwicę, czy depresję z lenistwem na przykład. Staram się swoimi słowami bardziej wyjaśniać pewne kwestie, zobrazować na konkretnych przykładach, absolutnie nie mając nikogo za ćwierćinteligenta. ;)

      Usuń