środa, 7 grudnia 2016

Mój wróg - fobia.

Mam pewną nietypową fobię, która nosi ciekawą nazwę.
Jest to emetofobia.
Mówiąc po ludzku, panicznie boję się wymiotować.
Nie mam tu na myśli obawy, czy że tego nie lubię. To jest ogromny, paraliżujący lęk.
Nie robiłam tego z 16 lat. I obym wytrzymała jak najdłużej. 
Fobia ta towarzyszy mi od dzieciństwa. 


Poważne nasilenie mogło się wg mnie pojawić z kilku przyczyn;

-w wieku kilku lat miałam zapalenie krtani, podczas którego dostałam bardzo wysokiej gorączki, wymiotów i drgawek. W pewnym momencie doszło do dużego opuchnięcia krtani, przez co zaczęłam się dusić. Mama szybko zadzwoniła po znajomego lekarza, który szybko podał jakiś zastrzyk, po którym odzyskałam oddech. Podobno byłam już sina i od śmierci dzieliło mnie dosłownie kilka minut. Pamiętam to jak przez mgłę, ale pamiętam.
-kolejną przyczyną może być też... genetyka. Pod tym względem mam cechę wspólną z tatą. On w swoim 75 letnim życiu zwracał dosłownie kilka razy. Najczęściej po alkoholu. Odstawiał wtedy straszne cyrki... Przeklinał, rozbierał się, dusił, krztusił, kazał wzywać karetkę, bo ma zawał, itd. Ogólnie nie należy on do osób strachliwych, jednak rzygania zwyczajnie się boi <ale oczywiście się do tego głośno nie przyzna>. Być może to też po nim mam coś nie tak w mózgu z tym rzyganiem.. Ja wiem, czy to w ogóle możliwe? 
-wymioty kojarzę z pijanymi ludźmi, których się boję. Boję się, bo oni nad sobą nie panują, robią często złe rzeczy, nie są sobą.
-wydaje mi się, że obawiam się właśnie utraty kontroli nad sobą. Tego raczej powstrzymać się nie da <raczej, bo ja póki co jakoś daję radę>. Nienawidzę tracić kontroli... Zwyczajne odczuwam wtedy, że tracę grunt pod nogami. 
-gdy fobia chwilowo osłabła w pewnym momencie mojego życia,pojawił się nieodpowiedni chłopak na mojej drodze. Odebrał mi on godność, intymność i obdarł z człowieczeństwa. Mój pierwszy chłopak, któremu ufałam usiłował mnie zgwałcić i zmusił do rzeczy obrzydliwych... Jako 16latka zostałam upodlona, upokorzona i sponiewierana.Moja fobia znów sięgnęła zenitu. 

Nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć. Mnie i moich dziwactw z tym związanych.
Żeby uniknąć "przerwania dobrej passy" <w postaci oczywiście braku wymiotów>, od dziecka robię różne dziwne rzeczy... Łączy się to ściśle z liczbami. Gdy myję zęby, płuczę jamę ustną do 3 razy, zawsze. Gdy się myję, wyciskam gąbkę do siedmiu, następnie mydlę mydłem z każdej strony, po bokach też, dopiero później na gąbkę nakładam żel pod prysznic. Poziom głośności w tv, lub radiu nie może wynosić 13. Zawsze przed snem ustawiam odpowiednią głośność <na tv 5, na dekoderze 2, co raje razem 7>. Sprawdzam powyższe ustawienia na telewizorze do trzech razy. Tabletki popijam zawsze do 7 łyków. Na dobranoc daję buziaka mężowi do 7. Mam ustalone sekwencje przedmiotów i gdy są nierówno, muszę je ustawić na swoje miejsce. Jest cała masa takich rzeczy ale i tak już wiecie, że jestem mega świrem, więc nie będę się pogrążać. ;)

Dodatkowo moją obsesją jest sprawdzanie dat ważności, konsystencji jedzenia. Nie jem w miejscach publicznych i z niepewnych źródeł. Ogarnia mnie obrzydzenie, gdy widzę osobę jedzącą np. chipsy w autobusie <od razu mam przed oczami miliony bakterii wędrujące z dłoni do ust>. 
Prawdziwa jazda zaczyna się w okresach przejściowych jesień/zima i zima/wiosna, gdy jest wysyp gryp żołądkowych. Wtedy paranoja jest jeszcze większa. Klamki w aptece to moja zmora. Otwieram drzwi łokciami, a gdy do niej wchodzę, wtulam twarz w kurtkę, lub szalik. To samo dzieje się w autobusie, gdy przechodzę obok przedszkola, lub jakiegokolwiek innego przechodnia, który idzie "niebezpiecznie blisko".

Jeśli chodzi o jedzenie, to tutaj jest ogromny problem. Podejrzewam, że duży uraz jest tutaj wyniesiony z domu rodzinnego.
Po pierwsze:obiad był czasem, gdy wszyscy się spotykaliśmy, było wtedy najwięcej wrzasków, kłótni, sprzeczek i docinków. Były wywlekane złe oceny, zachowanie. Rodzice się kłócili, babcia dogryzała... Atmosfera była taka, że siekierę można było zawieszać.

Po drugie:od dziecka byłam niejadkiem. Z tego powodu często spędzałam nad talerzem zimnej zupy nawet 4-5 godzin. Siostra sadzała mnie na dwumetrowej szafie i straszyła, że jak nie zjem, to mnie tam zostawi i spadnę. Mówiono mi, że jak nie zjem określonej ilości posiłku to będzie mi ono wepchnięte do gardła trzonkiem od tłuczka do ziemniaków.

U mnie w domu panował i panuje kult jedzenia. Nikt z apetytem kłopotów nie miał, a ja z racji, że jadłam mniej i nie byłam w stanie wmusić w siebie tak dużych porcji jak brat, byłam karana. Wyzywano mnie od zgniłków, gnid i innych. Często mówiono mi, że mam "żreć, bo zdechnę w końcu", "czemu nie mogę być taka normalna jak mój brat i jeść po ludzku",itd. Muszę tutaj też nadmienić, że moja mama gotowała bardzo ciężko, tłusto i mięsnie, z tego tytułu często bolał mnie po prostu brzuch i tym bardziej jeść nie chciałam. I koło się zamykało.
Trwało to od moich najmłodszych lat, niezmiennie do czasu mojej wyprowadzki...

Mój uraz do obiadów trwa do dzisiaj. Gdy się wyprowadziłam, zupełnie odrzuciłam zupy na wywarach mięsnych, dużo gotuję zup-kremów <bardzo odpowiada mi ta konsystencja, być może dlatego, że jest inna niż w domu>, gotuję ogólnie lżej, ograniczyłam mięso. Ale mimo wszystko mam w sobie odruchy psa Pawłowa. Nienawidzę jeść przy stole. Najczęściej siadam na kanapie z nogami podciągniętymi pod brodę, przed włączonym tv i w takiej pozycji jem. Nie znoszę być obserwowana podczas jedzenia, nienawidzę komentarzy na temat porcji jakie nakładam, gdy nałoży mi porcję ktoś inny, niż ja sama ZAWSZE coś zostawię na talerzu. Dlaczego? Myślę, że dlatego, że w domu zawsze mama nakładała i gdy mówiłam "dosyć", waliła 2 razy więcej ze słynnym hasłem "żryj gnido!".

I tak to wszystko... Wszystko po kolei złożyło się chyba na tą fobię. A daje ona o sobie znać codziennie. Przy każdym posiłku. A przy obiadach najgorzej. Często mam napady paniki po obiedzie. Męczy mnie to i drażni jak cholera, bo nie chcę tak się czuć. Przychodzi samo... Jako chyba taki durny odruch obronny.

Na dziś kończę, bo dużo mnie kosztuje pisanie tego postu... Jest to dla mnie ciężki i wstydliwy temat...

9 komentarzy:

  1. Kochana, nie ma czego się wstydzić, prawie każdy jakieś fobie ma, niektórzy mniej uciążliwe. W jedną fobię wpędziła mnie moja mama, notabene psychiatra i internista, nieustannie diagnozowała u mnie śmiertelne choroby, podczas obiadu nagle macała mi węzły szyjne( ziarnica), jak nie założyłam ciepłych majtek miałam wykład o dializach itp. Dlatego panicznie boję się chorować, zaraz mam raka, duszę się, padaczka i udar w jednym. Mam też fobię roślinną, za nic nie dotknę bluszczu, nie usiądę pod palmą, najbardziej przerażają mnie sukulenty typu agawa,też orchidee, anturium i rózne dziwne kwiaty. Tak więc widzisz, nie jesteś sama!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo Ci dziękuję za te słowa... Czuję się jak dziwoląg i jakoś dodaje mi otuchy myśl, że nie jestem sama. Oczywiście wolałabym, żeby nikt lęków i fobii nie miał ale wiesz co mam na myśli... W kupie raźniej. ;) :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo, że raźniej!
      Świat się zmienia, kiedyś wizyta u psychiatry była czymś wstydliwym, teraz jest to normalne i dobrze!

      Usuń
    2. Właśnie też to chcę uświadamiać na blogu, że psychiatra to taki sam lekarz jak dentysta i nie ma czego się bać. :)

      Usuń
  3. Oj, bardzo trudne, skomplikowane to, o czym piszesz. Jednak nie są to wcale tematy wstydliwe, bo coraz więcej osób boryka się z różnymi fobiami, strachem, lękami...
    Twoje pisanie uświadomi tym, którzy zajrzą do Ciebie, ze warto pójść do lekarza. I tak jak pisze Repo, to żaden wstyd iść do psychiatry, do terapeuty. To nie te czasy, ze ludzi z problemami wytykali palcami, dzisiaj inaczej patrzy sie na dolegliwości, o których piszesz.
    A to pisanie na blogu to może i Tobie samej pomoże w jakimś stopniu, bo takie "wygadanie się" czasem jest swoistą autoterapią. Ja nieraz czuję ulgę, kiedy "wywalę " z siebie to, co mi leży na wątrobie. Jakoś mi lżej wtedy:)
    Miłego dnia i dobrego nastroju!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo za te słowa! :)
      Pozdrawiam cieplutko :)

      Usuń
    2. I poznasz fajnych ludzi:p

      Usuń
    3. O wlasnie i posmiejesz sie! To taka odskocznia od codziennosci:)

      Usuń