środa, 27 września 2017

27. września. Jak obrażamy, to obrażajmy chociaż sprawiedliwie!

Ale syfiste były te ostatnie dni u mnie...
Kilka spraw się mega pogmatwało, posrało i ogólnie popieprzyło. Nie miałam z tego powodu wybornego nastroju ale jakoś starałam się nie popadać w rozpacz, bo nie miałam i tak wpływu żadnego na to co się dzieje.
Wojtek jednak gorzej to znosił. Witał mnie od kilku dni z miną srającego kota na pustyni. Zero rozmów jakiś konstruktywnych, oczy wlepione w laptop, lub w tv. Jakiekolwiek moje pytania kwitował za każdym razem tak samo:

-Coś się stało?
-Nic
-Przecież widzę, że coś jest nie tak. W pracy ok?
-Ok.
-Dlaczego jesteś smutny?
-NIE WMAWIAJ MI, ŻE JESTEM SMUTNY! Denerwuje mnie to!
-To może powiesz co się dzieje?
-Nic! Przestań mnie męczyć! Nic się nie stało! Jest ok!

I na tym rozmowa się kończyła. Wiecznie zamyślony, niezadowolony, z miną, jakby miał cofkę na mój widok. Milutko, nie ma co. Ale doszłam do wniosku, że przetrwam.
Trudno, próbowałam, jasnowidzem nie jestem, prosić o atencje też się nie będę. Niech se milczy.
I tak milczeliśmy.
Czwartek, piątek, sobota, niedziela, poniedziałek, wtorek...
Tutaj niesamowicie różnimy się charakterami. Mnie do kurwicy nagłej doprowadzało takie milczenie całymi dniami. Wychodziłam kiedyś z siebie, płakałam, schizowałam, spierdzielałam demonstracyjnie z domu, nakręcałam się, traciłam apetyt, dostawałam skrętów żołądka.
Ja jestem charakterem, który lubi od razu wyrzucić co leży na wątrobie. Wolę się wydrzeć, wybuchnąć, przekląć. Ciśnienie zaraz mi opada i oczyszcza się atmosfera. Podczas milczenia, napięcie kumuluje się i pęcznieje jak balon.
Wojtek natomiast jest totalnie inny. Dla niego krzyk, to brak szacunku, on potrzebuje swoje przemilczeć, przeanalizować, sam ze swoimi myślami. Trwa to zazwyczaj kilka dni.
Chyba już nauczyłam się luzować przy takich akcjach. Zajęło mi to ponad 8 lat ale zdystansowałam się w końcu. W chwilach milczącej refleksji, która trwa kilka dni po prostu znajduję sobie zajęcie, nie szaleję, nie robię histerii. Czekam. Ten typ tak ma.

Ostatnio jednak sprawę pokomplikował fakt, że w czasie naszych cichych dni, w sobotę pojechaliśmy na imprezę rodzinną do teściów. Byli oni, ciotka od kota, druga ciotka, kuzynostwo. Ciężko w przypadku naszej pary nie wyczuć stęchłej atmosfery.
No ale nic... trza przetrwać!
Ooo jakże było miło od progu zostać przywitanym słowami mamy:

-Ojej! Aleś ty ZNOWU wychudła!

Później zaczęła się litania wszystkich dookoła.

-Rany jaka jesteś sucha!
-Odchudzasz się? Chyba z kości na ości.
-Ale chudzielec z ciebie.
-Takie te nóżki masz już jak zapałki.
-Nawet objąć nie ma czego.
-Przytyj.
-Jedz więcej.

Itd.
Doszło do tego, że czułam jak wszyscy tylko zerkają ile sobie na talerz nakładam i czy też nie chowam do kieszeni tego co nałożyłam. Kurwa!
Napięcie we mnie rosło ale spoko... Tylko spokój mógł mnie uratować.
Mój spokój jednak nie wytrzymał, jak zaraz po skończonym obiedzie ciocia przy wszystkich znów zaczęła temat mojej chudości.
W duchu liczyłam do dziesięciu i siliłam się na sztuczny uśmiech. W pewnym momencie usłyszałam:

"...wiesz, zrobiła się z ciebie taka glista".

...
Dalszego przebiegu rozmowy nawet nie pamiętam, bo poczułam jak zalewa mnie gorąco wkurwienia od środka. Zrobiłam baaardzo głęboki wdech i syknęłam:

-Bardzo mi miło, że tak mnie nazywasz ciociu. Doprawdy, niesamowicie to jest miłe.

Po chwili odeszłam od stołu. Nie dać się sprowokować... nie dać się sprowokować...
Żeby wszystko było jasne. Ciocia jest dobrą osobą, lubię ją i ona lubi mnie. Niestety subtelności w niektórych kwestiach nie ma za grosz. Potrafi przypierdolić jak chory w nocnik. Wobec wszystkich, także nie jestem specjalnie "wyróżniona" w tej kwestii. Każdemu dowali w czuły punkt. Jest miłą, mądrą i życzliwą osobą, serio! Może to kwestia wieku, dziwaczenia na starość, trudnego życia małżeńskiego, braku akceptacji...
Nie miałam ochoty wchodzić w utarczki słowne. Tym bardziej, że byłam u rodziny Wojtka w gościach, osoby starsze, szacunek, te sprawy. Wobec swojej rodziny nie mam oporów ale tutaj jednak czuję się niezręcznie.
Reakcja Wojtka?
No wybronił mnie jak lwica broniąca swych młodych:

-Wcale nie jest glistą...

Kropka. ;D

Po jakiś 30 minutach ciocia się zrehabilitowała i podeszła do mnie z przeprosinami, że ona często coś chlapnie bez zastanowienia, że nie chciała mi robić przykrości.
Powiedziałam, że spoko ale że takie uwagi nie są miłe i żeby na przyszłość troszkę bardziej uważała co mówi, bo robi drugiej osobie przykrość.
W ciągu wieczora jeszcze kilka razy (jak nie kilkanaście) przewinął się temat mojej chudości i "żebym się już nie odchudzała, bo już wyglądam niezdrowo" (jak grochem o ścianę szły moje słowa, że się wcale NIE ODCHUDZAM.

Tylko kuzynka zachowała się w porządku. Na stronie, delikatnie zapytała, czy wszystko ok, czy czymś się stresuję, bo wyszczuplałam. I takie coś jest ok! Ale nie jakieś takie gadki do porzygu, na forum wszystkich! No w kółko te same frazesy, powtarzające się jak widoki z Disnaylandu.
Miałam ochotę stanąć na środku i krzyknąć:

Zejdźcie ze mnie! Znajdźcie sobie inny obiekt rozmów! Może nie uwierzycie, ale ja mam w domu lustro do kurwy nędzy! Nawet dwa! WIEM JAK WYGLĄDAM! Wiem, że schudłam! I nie, nie jest to efekt diety, treningów z Chodakowską, ani anoreksji, tylko (jak wszyscy zgromadzeni doskonale wiecie) nerwicy lękowej! Nadal leczę się psychiatrycznie, grzecznie zażywam leki. Dziękuję za troskę ale takimi tekstami, tylko jeszcze bardziej deptacie moje poczucie własnej wartości! Takie uwagi serio mi nie pomagają! Wręcz przeciwnie!

Swoją drogą, dlaczego ludzie tak łatwo rzucają teksty w stylu chudzielec, kościotrup, anorektyczka, pajęczak, przeciągnięty przez ruszta w Auschwitz, zgniłek, gnida, czy już wspomniana glista?
Zastanawiam się czemu w takim razie jest taki pobłażliwy stosunek do ludzi puszystych? Większość nic nie powie, bo nie wypada, bo może chory, bo może hormony, może zajada smutki. Ja proponuję taką samą odwagę słowną wobec osób przy kości.
Widzisz i mówisz: ty grubasie, świnio, spaślaku, wielorybie, szafo pięciodrzwiowa, tłuściochu, pączku, nie żryj tyle, jedz mniej, schudnij.
Nie kumam tego! To są takie same obraźliwe sformułowania! I bolą tak samo! Wiem, że wychudłam, widzę to i też nie jestem z tego powodu zachwycona ale nie jest mi super łatwo. Adaptacja w pracy, problemy, niedogadywanie się z mężem, odstawianie relanium. To wszystko jest dla mnie trudne! Wiem, że są dużo cięższe problemy na tej ziemi ale dla mnie moje są ważne. Dodatkowo nie wyrzucam ich naokoło, nie obciążam nimi innych, nie żalę się, nie rozpaczam nad swym losem, tylko usiłuję sobie radzić i nie poddawać. Różnie mi to wychodzi ale próbuję! A że moja psychika nie wydala i odreagowuje mniejszym apetytem, czy większym spalaniem kalorii? Przepraszam! No błagam o wybaczenie, że urażam czyjeś poczucie estetyki!

Ech... i dziwić się, że unikam coraz bardziej rodzinnych meetingów... Ciągle jest ten sam temat. Na dzień dobry wita mnie, zamiast "co słychać", to "o Jezu, ty ZNOWU schudłaś". Nikt nie dopytuje o powód. Wiedzą lepiej - odchudzam się! Nawet zaprzeczać nie muszę, bo wiedzą lepiej. Odchudzam się i już! Kij, że mam nerwicę. Od tego się nie chudnie... a może chudnie?... Eee, nieee! Odchudza się!
Wiem, że często te teksty wynikają z troski ale moja kuzynka jest żywym dowodem na to, że da się subtelnie i delikatnie zwrócić uwagę na problem i zapytać co się dzieje. No i umiar! Nie trzeba mnie wyzywać 100x w ciągu 3 godzinnego spotkania od chudzielców i źle wyglądających. Na prawdę chce mi się już rzygać tymi tekstami. :/

piątek, 22 września 2017

22. września. To nie fair! Tak się nie robi! :(

Ojej, w końcu piątek.
Piąteczek.
Piątunio!

Maciuś ząbkuje i jestem wymięknięta totalnie. Dużo noszenia, cierpliwości, podchodów, pocieszania, uspokajania... Kiedyś się dziwiłam, jak kobita siedząca w domu z dzieckiem może mówić, że jest zmęczona. Żałuję, że tak pomyślałam z całego serca i przepraszam! Biję się w piersi! ;)
Do tego coś tam mamie małego upiorę, rozwieszę, rozładuję zmywarę, ogarnę w kuchni... Póki co czuję się bardzo dobrze tam. Codziennie dostaję smsa z podziękowaniami. Bardzo mi z tego powodu miło i... aż chce się tam przyjeżdżać! Dla moich uszu miłe słowo jest niczym miód, a jak widzę że ktoś mnie chwali, docenia, to już jestem na serio mega podbudowana. Mam z tego dużą radość. Martyna (mama Maćka) nie "kazała" mi tych rzeczy ogarniać. Była mowa o ogólnym ogarnięciu chaosu po dziecku, zabawki, itd. ale ja jestem podobna do niej pod względem pedanterii i robię trochę więcej. Zwyczajnie się lepiej czuję jak jest czysto, poza tym ona ma dzięki temu więcej czasu po pracy dla młodego.
Cieszę się, że już weekend. Jestem zmęczona, napieprza mnie kręgosłup i ręce...

A teraz zmiana tematu.

***
Ostatnio doszła mnie informacja, która spowodowała u mnie ogromne wkurwienie. Nie mam na to innych słów.
Siostra teściowej od kilkunastu lat ma kota. Przygarnęła znajdę lata temu, kotka. 2 lata temu ciocia przejściowo zamieszkała u mamy i kota przetransportowała ze sobą z innego miasta.
Później syn, który jest na emigracji wyciągnął ją do siebie do pracy. Kot został PRZEJŚCIOWO u mamy, ciocia zarzekała się, że kota weźmie, jak tam się jej sytuacja z mieszkaniem ustabilizuje. Tak się stabilizowała 3 miesiące. 2 tygodnie temu wróciła na jakiś czas do Polski, uregulować swoje sprawy i jest problem...
Teściowie mają swojego kota, do tego tego od cioci. Niedawno zamienili mieszkanie z większego na mniejsze i pojawił się problem. Okazało się, że tata ma astmę i ostrą alergię na koty. O ile na większym metrażu objawy nie były jednoznaczne i bardziej przypominały niedoleczoną infekcję, to na mniejszym zrobiło się ciężko.:/ Kociaka rodziców przejmie siostra Wojtka, problem jest z drugim...
Ciotce się nagle odwidziało. Kot faktycznie jest wiekowy, schorowany, ma lekko niesprawne łapki tylne, coraz słabiej je... Ona postawiła na nim krzyżyk. Zaczęła zamulać, że kot transportu nie przeżyje, że jednak go nie weźmie, itd.
No ja pierdolę!
Nikt tej kotki nie chce wziąć! Moi rodzice nie dadzą rady, mają psa, który by ją zszarpał, jedna siostra Wojtka nie chce, druga bierze kota teściów i dwóch nie chcą, moja siostra nie chce... My nie damy rady, mimo najszczerszych chęci. No nie ma szans. Mamy niecałe 25 metrów, jeden pokoik, maleńką łazienkę, no i 2 świnki morskie. Bała bym się o nie. :(
Jak się o tym dowiedziałam od mamy, to pierwsze moje pytanie było, co zamierza z tym ciotka zrobić. Okazało się, że najpewniej odda ją do schroniska.

Jak we mnie w tym momencie zawrzało! Mieć kota kilkanaście lat! Na dobre i złe. Miziać, kiziać, przytulać, dbać (chyba) i nagle, gdy przyszła smutna starość, oddać! Pozbyć się problemu.
No nie spodziewałam się... Od razu wybuchnęłam, czy one sobie zdają sprawę z kilku faktów:

1. jak wyglądają schroniska?
2. kotki nikt nie zaadoptuje z racji na wiek, choroby, ciężki charakter (jest nieprzewidywalna, czasem ni z tego, ni z owego umie drapnąć lub ugryźć), tym samym nie nadając się do innych zwierząt, czy dzieci
3. przeżyje kolejny szok, kolejną przeprowadzkę, opuszczenie przez właścicielkę
4. na 99% zostanie zwyczajnie uśpiona, bo tak właśnie robi się w schroniskach z takimi zwierzakami (przynajmniej u nas tak jest). Wiem, bo chciałam być wolontariuszką i znałam kilka osób, właśnie z wolontariatu
5. szczerze wątpię, żeby masowo uśmiercali takie starsze zwierzaki humanitarnie (1. zastrzyk powinien być uspokajający/usypiający, 2. zatrzymujący akcję serca, to tak w teorii, w praktyce podejrzewam, że oszczędza się na lekach i czasie)

Jak można tak skreślić wieloletniego przyjaciela? Zostawić, skazać na cierpienie? Na śmierć?
Sorry za mocne słowa ale dla mnie to jest podłość! Miałam wiele zwierzaków ale żadnego się nie pozbyłam. Owszem, uśpiłam. Ale tylko dlatego, żeby zaoszczędzić cierpienia, bo sytuacja była totalnie beznadziejna i mimo żmudnych oraz kosztownych terapii u weterynarzy, efektów nie było widać, było tylko gorzej, nie było nadziei na powrót do zdrowia, czy przeżycie. Zwierzak już umierał i jedyne co pozostawało, to pomóc mu spokojnie zasnąć. Był wtedy w moich objęciach. Głaskałam, uspokajałam, tuliłam i WIDZIAŁAM co weterynarz robi. Był zastrzyk usypiający i później uśmiercający. Nie widziałam cierpienia na pyszczku, chociaż wiem, że pewności w tej kwestii nie mogę mieć. Wiem tylko, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy, żeby małemu, bezbronnemu stworzonku pomóc i nie opuściłam go.

Decydując się na zwierzaka, decydujemy się na choroby, koszta z nimi związane, humory, obowiązki... Nie tylko na chwilowe głaskanie i ukojenie swoich smutków.
Dojść do mnie nie może, że starsza kobieta może tak bezdusznie podejść do sprawy. Nie umiem tego tematu przetrawić.
Jeszcze będę dopytywać... Może ktoś się znajdzie, żeby ją uratować. Jeśli nie, to zadzwonię do naszego weterynarza (czasem przygarnia zwierzaki, znajduje im domy), może on coś doradzi. Może wystawię ogłoszenia. Nie wiem! Nie chcę pozwolić na tak okrutną mękę psychiczną i śmierć.

Jeśli macie sumienie, NIGDY w ten sposób nie postępujcie i 1 000 000 razy przemyślcie decyzje o posiadaniu zwierząt. 

Moje dwie świnki przekroczyły swoją "startową" cenę już kilkukrotnie. Jeśli będzie trzeba, będę bez wahania "inwestować" w nie nadal. Kosztem nowych butów, bo stare dziurawe, kosmetyków, czy jedzenia. Jak nie będę mieć kasy, pożyczę. Nie widzę innego wyjścia! Nie wyobrażam sobie postąpić inaczej!

sobota, 16 września 2017

16. września. Płomienna miłość.

A cóż u mnie?
Zabiegany czas ogólnie. Czy dobry?
Chyba nie bardzo.

*
Pewne sprawy ułożyły się źle.
Usiłowaliśmy załatwić pewną sprawę, nazwijmy to urzędową. Bardzo ważną dla nas. On się cieszył, myślał, że będzie wszystko cacy i pójdzie jak po maśle. Wkurzał się na mnie, że ja nie okazuję żadnych pozytywnych emocji, byłam obojętna kompletnie. A ja po prostu czułam, że nic z tego nie będzie. Że sprawa pójdzie nie po naszej myśli. Skąd to wiedziałam? Nie wiem. Zwyczajnie "czułam".
Nic się na głos nie odzywałam, bo zaraz zostałabym zbesztana, żem pesymistka, ale swoje sobie myślałam i udawać entuzjazmu nie potrafiłam.
Przed wczoraj dowiedzieliśmy się formalnie, że chuj bombki strzelił.
Nie byłam zaskoczona... Wojtek niestety tak. No co ja poradzę, że wiedziałam?...
Nie znoszę tych moich przeczuć. Tak bardzo chciałabym się mylić!

Od bardzo dawna mam dziwne jazdy. Już kilkukrotnie zdarzało mi się "wyczuć" śmierć, chorobę, coś złego.
Możecie wierzyć lub nie...
Mieliśmy taką bliską sąsiadkę. Od czasów jak byłam w łonie matki, pocieszała ją, że będzie wszystko dobrze z ciążą, żeby się nie zamartwiać.
Gdy się urodziłam i przechodziłam żółtaczkę niemowlęcą, mama ją odwiedziła. Miał miejsce wtedy kultowy dialog, który jest często powtarzany na imprezach rodzinnych. Mama ze mną w wózeczku, pokazuje mnie owej sąsiadce i mówi:
-Co to z tego dziecka będzie... Pani zobaczy jakie pomarszczone, żółte, chude....
-Niech się pani nic nie martwi! Będzie dobrze.
-Ale to już moje trzecie i żadne takie nie było...
-Dziecko, ja odchowałam piątkę i mówię Pani,  o to to będzie kurwa, najpiękniejsze! 

Ja dorosłam, pani się coraz mocniej starzała...
Pewnego dnia coś mnie obudziło rano, były wakacje i zaskoczona byłam taką pobudką, bo potrafiłam spać do południa. Coś mnie jednak w środku targało. Niepokój i myśli o tej sąsiadce. Mimo, że bardzo rzadko ją widywałam i była to relacja oparta na serdecznym uśmiechu i powiedzeniu sobie "dzień dobry". Sympatyczna staruszka, ot tyle.
Nagle usłyszałam na dole telefon. Zanim mama odłożyła słuchawkę, ja zbiegłam po schodach i zapytałam kto umarł? Okazało się, że właśnie ona.

Podobnych, jeszcze gorszych sytuacji doświadczałam ale nie chcę zostać zwyzywana od nawiedzonych. ;)
Tak tylko chciałam nawiązać do tych moich przeczuć.

**
Pracuję i daję radę. Bywa ciężko ale trenuję swoją cierpliwość. Gadam ze sobą w duchu, liczę do 10, jak nie pomaga, to do 100. Do tysiąca jeszcze nie było potrzeby liczyć. ;)

Z moimi rodzicami kontakt baaardzo znikomy. Nie są nawet wtajemniczeni w to, że pracuję.
Jak zaczynałam karierę w zawodzie niani, to moja mama w panikę wpadała.
-Jezu! TY do DZIECKA?! Przecież ty się nie nadajesz!
-Tu trzeba odpowiedzialności! Ty sama jesteś jak dziecko z tymi swoimi dziwactwami!
-Boisz się tego rzygania jak diabeł święconej wody. A ty wiesz, że dzieci rzygają na potęgę?!
-Daj sobie spokój z tą robotą!
-A co ty zrobisz jak mały ci się zadławi? A jak on ci UMRZE?! Będziesz umiała ratować? 

I tak dalej... I tak dalej...
Dlatego zrozumcie moje powody milczenia w temacie.
Maciek (mój podopieczny) póki co żyje. W piątek przycięłam mu szyję zamkiem kurtki, a w zeszłym tygodniu rozwalił sobie wargę o krzesełko do karmienia, no ale życie. Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. Ciężko, żeby roczne dziecko nie miało siniaków. Chyba, że na szelkach bym go trzymała, bo skubany nawet w kojcu umie stworzyć niebezpieczną sytuację . ;P
Polubiliśmy się od samego początku. Jest bardzo wesołym, pogodnym dzieckiem. Rozpieszczonym jak dziadowski bicz ale ustawiam go troszeczkę. Dużo tłumaczę, rozmawiam, tulę, rozśmieszam, zabawiam, karmię, przewijam, głaszczę, usypiam... Nie znęcam się, nie krzyczę, nie frustruję, nie szarpię, ani nie biję.

***
Z nowości, to męża mego wysłano w delegacje 3 dniową. Cicho liczyłam na silniejsze bicie serca, tęskne smsy, namiętny powrót... Przed ślubem pierdolca dostawaliśmy po dniu niewidzenia. W końcu to nasza pierwsza TAKA rozłąka od ponad 4 lat!
Oj, za dużo się naogladałam romansideł, stanowczo za dużo...
Ani ckliwych rozstań nie było, ani lawiny smsów (3-4 dziennie), ani rozdzierającej serce pustki, ani płaczu w poduszkę.
Pojechał, wrócił i tyle.
Ech... gdzie ta dawna szalona miłość się podziała? Gdzie ten ogień?
Czy to normalne po 8,5 latach związku? Już? Serio? A te wszystkie romantyczne postacie, gdzie miłość płomienna i szaleńcza do śmierci?
Jestem zawiedziona.
Życie, to nie jest jednak bajka, ani M jak miłość.

***
Co tam jeszcze... umarła mi rosiczka. Minuta ciszy dla kolejnego kwiatka w mojej kanciapie. Kurwa, nic tu nie przeżyje! Kaktus zdechł, geranium ledwo zipie, o innych kwiatkach nie wspominając.
A tak o france dbałam. Muchy jej nawet łapałam! Orgazmu dostawałam na każdy nowy listek-paszczkę.
No i co?

Dobrze, że świnki jeszcze dyszą.

****
Ooo! I u fryzjera byłam! Wyszłam ruda. Miał być miodowy blond i o ile w świetle salonu dało się to podciągnąć pod blond (a może to siła perswazji fryzjerki?...), to jak wróciłam do domu resztki nadziei poooszły... Jestem ruda! Aaa... walić to. Byłam już pasemkowa, byłam platynowa, byłam jasna blondynka, byłam ciemna blondynka, miodowa, jasnobrązowa, to teraz jestem ruda!

*****
A dziś nie wiem po czym i nie wiem dlaczego dopadł mnie gigantyczny rozstrój brzucha. No myślałam, że mnie rozerwie. Cała jama brzuszna mnie tak bolała, że aż mi się słabo robiło. Od żołądka, po dół brzucha. Skurcze okropne, sraka jeszcze gorsza. Na szczęście dość szybko się uspokoiło. Ale strachu się najadłam, panika była, trzęsiawki też(a co jeśli będę RZYYYGAAAAĆ?!, a jak to jelitówka?, a jak się zatrułam?). Żałosny ze mnie człowieczek...
Ogólnie sobota zmarnowana, przegniłam ją w łóżku, opieprzając się perfidnie.
Ja po jednej stronie łóżka z laptopem, a Wojtek po drugiej.
Wspominałam już o naszej ognistej miłości? Ach tak, wspominałam. ;P

******
Jedyna rzecz konstruktywna jaką zrobiłam, to ten post. Nie miałam wcześniej weny, a posty zapchajdziury nie są w moim stylu. Nie lubię robić niczego na siłę.
Stresy miałam z tą pracą, z Wojtkiem też kilka stanów zapalnych było, trudno mi czas znaleźć i w ogóle się ogarnąć.
Może w końcu uda mi się ogarnąć?

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

28. sierpnia. Aktualizacja wagowa. Gorzki "sukces"...


Porównanie cyferkowe:

13. maja 2017
Waga:
60.02
Wymiary:
talia: 74 cm
biust: 90 cm
biodra: 93
udo: 55 cm
ramię: 28 cm

28. sierpnia 2017
Waga:
51,00
Wymiary:
talia: 64 cm
biust: 81 cm
biodra: 88 cm
udo: 50 cm
ramię: 26 cm

Porównanie zdjęć:





Tak wyglądam obecnie.
Czy jest to efekt morderczych ćwiczeń? 
A może super-fit-eko-diety?
Nie... Ani jedno, ani drugie.
To zasługa jebanej nerwicy. 
Każdy kęs rośnie mi w gardle, mdłości, sraka i bóle brzucha.

Ostatnio dopadła mnie jakaś jebana kumulacja.
Z Wojtkiem dupianie (nie pamiętam kiedy ostatnio płakałam, baaardzo dawno temu. On doprowadził mnie do wybuchu płaczu w 10 minut. Brawo!)
Relacje z mamą tragiczne (dziś podczas rozmowy ze szwagierką znów wybuchnęłam niekontrolowanym wyciem do słuchawki. Szloch i spazmy kilkunastominutowe. Żal...)
Stresuję się nową pracą (to jest bardzo łagodnie powiedziane).

Nie mogę patrzeć na jedzenie. Wczoraj zjadłam coś na kształt obiadu. Niedługo potem pojawił się okrutny ból brzucha. Pot setny mnie zlał, mroczki przed oczami, myślałam że okres mnie złapał, bo ten ból był jakby od "spraw kobiecych", ale jebitny strasznie. Poleciałam do łazienki i dostałam mega sensacji kiblowych. Lało się ze mnie. Znów zlał mnie zimny pot i poczułam, że odlatuję. Resztką sił zadzwoniłam do Wojtka, żeby do mnie przyszedł, bo mdleję (był na polu ale nie miałam siły wołać, bo byliśmy u jego siostry w domu). Przyleciał, jakoś mnie "poratował" i raczej sprawę olał. Później jeszcze godzinę leżałam z dreszczami i bólem. Dojechaliśmy do domu i znów sranie na trzecie drzewo, ale bez tego pierońskiego bólu, tyle dobrze...

Dziś jestem słaba jak gówno, jedną maluśką bułkę z miodem męczyłam ze 3 godziny.
Znów musimy jechać do rodziców (na samą myśl konfrontacji z mamunią mnie spina). 
A jutro do pracy...
Ja pierdolę... 

Dobijcie mnie!

Jakże aktualne... :(

piątek, 18 sierpnia 2017

18. sierpnia. Kocham go i jednocześnie nie lubię...

Czy da się kogoś jednocześnie kochać i nie lubić jako człowieka?
Da się...

Zawsze robiłam wielkie oczy, gdy moja mama zaraz po rozmowie telefonicznej z przyrodnią siostrą rzucała słuchawką i waliła tekstem:

-Rany, jak ona mnie wkurwia! No ale jest moją siostrą i kocham ją... Bo w końcu to siostra i kochać muszę.

Po latach wiem co miała na myśli, choć wolałabym nie wiedzieć.

Moje relacje z bratem w zasadzie od zawsze były średnie.
Moja siostra jest od niego 17 lat starsza, rodzice zapragnęli 2. dziecka, syna. Był planowany, wyczekiwany, wychuchany. Gdy pojawił się na świat wszyscy zwariowali.
SYN! WNUK! CHŁOPAK!
Zdrowy, grubiutki, różowiutki. Ósmy cud świata.
I tak sobie rósł i rosło jego ego od najmłodszych lat.
On był na piedestale. Najmądrzejszy, najpiękniejszy, najsłodszy, pięknie jedzący. Naj!

A tu nagle wpadka ze mną. Ciąża przepłakana, pełna wątpliwości, mieszanych uczuć.
I ja... Chuda, szara, pomarszczona. Intruz w oczach starszego brata.

Od zawsze byłam w jego cieniu. Byłam porównywana...

-Zobacz na Mateusza! Same 5 w szkole, a ty?! Taki matoł jesteś!
-Jakoś Mateusz je wszystko ładnie, a ty to taka gnida, zgniłek zielony. Nie zeżresz nic! Zdechniesz z głodu! On sam wszystko pięknie je, a z tobą to wiecznie cyrki z tym jedzeniem!
-Mateusz ma tylu znajomych, kumpli, a ty to taki jakiś odludek jesteś.
-Zobacz ile on ma zainteresowań! A ty nic tylko w tych durnotach się zaczytujesz (chodziło o książki fantasy).
-Z Mateuszem to nie ma takich problemów jak z tobą!

Itd., itp.

Brat był już od wczesnego dzieciństwa zupełnie inny ode mnie.
Przebojowy, pewny siebie, roztaczający swój czar na lewo i prawo, skupiał wszystkich uwagę na sobie. Przez pierwsze lata był też mega synusiem mamusi. Wysrać się jej nie dawał, był jak rzep do niej uczepiony.
Ja taka nie byłam. Zawsze byłam gdzieś z boku, na drugim planie. Nie chciałam nikogo sobą absorbować. Poza tym nikt specjalnie nie miał na to czasu, ani ochoty.
Zachwyty były nie nade mną, ale nad nim.

Całe długie lata chciałam żeby mnie zauważył, bawił się ze mną, troszczył jak o młodszą siostrę, dbał. Nic z tych rzeczy! Z kuzynem i kuzynką mnie odrzucali, obgadywali, naśmiewali ze mnie. Gdy kuzyn mocno mnie poturbował (konkretnie zrobił mi z mordy galaretę, celowo wjeżdżając taczkami ze mną na pokładzie w wielką, zardzewiałą beczkę ze smołą), on nawet nie stanął w mojej obronie. Nie lubił mnie, a ja swoją natarczywością, tylko tą niechęć potęgowałam.

Nasze relacje na kilka lat się polepszyły, gdy... zaczęłam palić!
Dziwne co?
Jak ja się z tego obrotu sprawy ucieszyłam! Gadaliśmy wtedy ze sobą, spędzaliśmy te kilka minut razem. Nawet nie wiecie ile mi radości to dawało. Wpadał do domu i od progu mojego pokoju rzucał:

-Hej! Idziemy na faję?

Przed spaniem też zawsze papierosek, po śniadaniu, po obiedzie, wieczorami...
To było miłe... na prawdę miłe. Te chwile spędzone razem.

I wiecie kiedy się skończyło?
Jak rzuciłam palenie...
Długo nie mogłam skojarzyć tych faktów. Bo jak to? Przez głupie fajki? Ano tak...
Pamiętam jak rzucałam, to jeszcze wpadał czasem i namawiał mnie na papierosa. Że i tak się złamię, że on też rzucał miliony razy, że mi się nie uda.
Kilka tygodni był stały dialog:

-Masz szluga jakiegoś?
-Nie mam, bo nie palę.
-Weź nie piernicz. Na pewno masz jakiegoś skitranego na czarną godzinę.
-NIE MAM.
-A dorzucisz mi piątkę? Bo brakuje mi na ramę?
-Nie mam.
-Aaa pierdolisz!
-NIE PALĘ I NIE BĘDĘ CI DAWAĆ NA FAJKI! Coś ty ocipiał?
-A to spierdalaj!

Później przestał się w ogóle odzywać. Ani cześć, ani co słychać, ani pocałuj mnie w dupę. Uwierzyć nie mogłam, że ta cała nasza "więź" oparta była na wspólnym jaraniu papierosów! Na żebraniu ode mnie fajek i wiecznych ściep na nową paczkę. No mój mały rozumek nie był w stanie tego przyjąć!

Później wyprowadziłam się z domu. I kontakt jest ale tak naprawdę go nie ma. On dzwoni WYŁĄCZNIE wtedy, jak ma jakiś interes. Jak trzeba go gdzieś odwieźć, wydrukować coś, załatwić, pożyczyć. NIGDY, przez te 4 lata, które mieszkam poza domem, powtarzam NIGDY nie zadzwonił, ani nie napisał durnego smsa z zapytaniem co słychać, jak się czuję, czy wszystko ok, czy czegoś nie potrzebuję, że może się spotkamy. Ni chuchu. Ja przez pewien czas zapraszałam, starałam się żeby te nasze relacje były OK. Zwłaszcza, że ojciec to mnie obwiniał o to, że między nami jest jak jest.

-No Mateusz jest jaki jest. Nie zmienisz go. Ale POWINNAŚ starać się, żeby te kontakty były dobre między wami. Przecież jesteście rodzeństwem!

I tak się starałam, ale bezowocnie. Bo do tanga trzeba dwojga. A jego nie interesuje nikt, oprócz jego czubka nosa i ewentualnie jego kumpli. Na rodzinę ma wyjebane. Dosłownie.
Do mojej siostry również odzywa się jedynie, gdy czegoś potrzebuje.
Rodziców traktuje jak służbę. Mimo, że są w podeszłym wieku, nie pomaga im w niczym.
Nie kosi trawy, nie dokłada się do utrzymania auta taty, którym jeździ, potrafi nawet tacie zostawić pusty bak. Oczywiście nie sprząta, tylko robi to mama. Mama też sprząta mu w pokoju i na piętrze, pierze, prasuje, gotuje, itd.
Delikatnie zaznaczę, że mój brat niedawno skończył 31 lat i pracuje w korpo. I tutaj mówię o tym nie bez przyczyny, bo jeśli chodzi o dokładanie się do utrzymania domu, dokłada się tyle samo, co ja gdy w nim mieszkałam, a zarabiałam kilkukrotnie razy mniej od niego. Dodatkowo zawsze kupowałam coś do domu. Czy to jedzenie, które zawsze wyżerał, czy chemię, czy coś dla rodziców. On nie kupi NIC. Niezła sprawiedliwość, co?
Spłaca też na pół z rodzicami kredyt, który wzięli na remont dachu i zrobienie dla niego na piętrze łazienki oraz podłóg na dole. No ale hellloł! Dom po śmierci rodziców, plus działka są jego!

Bardzo długo zastanawiałam się co robię nie tak, że tak to się między nami układa. Już mi przeszło. Z siostrą mam dobre relacje, bardzo dobre nawet, mimo 20 lat różnicy. Z rodzicami jest poprawnie. Ze wszystkimi w rodzinie Wojtka mam relacje poprawne lub bardzo bliskie. Ze znajomymi męża też się dogaduję. No więc problem nie tkwi we mnie, tylko w nim!
Odpuściłam tą walkę z wiatrakami, tym bardziej, że zachowuje się lekceważąco w stosunku do mojego męża. To że mnie zlewa ciepłym moczem-ok, przywykłam ale takiego stosunku wobec osoby, która jest dla mnie najważniejszą w życiu już nie zdzierżę. Wykorzystywał niejednokrotnie jego dobre serce ale i tutaj w końcu się miarka przebrała.
Poza tym gdy przyjeżdżamy do domu, to bardzo często nawet nie zaszczyca nas swoją obecnością, tylko siedzi u siebie na górze przed kompem i ewentualnie, czasami, słysząc że się zbieramy już, schodził ze swoim sławnym już teksem:
-To już jedziecie?

Przy wspólnych obiadach to samo. Naje się, zapali cygaretkę lub fajkę (taką prawdziwą, drewnianą, niczym Gandalf, to takie oryginalne i oldskulowe), nasmrodzi, mimo że setki razy prosiłam, żeby wychodził zapalić do innego pomieszczenia, bo nam to przeszkadza, i nara! Ewakuacja na górę. Zaznaczę w tym miejscu, że nie bywamy tam jakoś przesadnie często. Średnio raz na miesiąc.

Porażają mnie jak różne może być rodzeństwo wychowywane w tym samym domu, pod tym samym dachem, przez tych samych ludzi. Rodzeństwo, które dzielą zaledwie 3 lata różnicy.

On: gruboskórny, narcyz, pozorant, bardzo pewny siebie, zarozumiały, piekielnie inteligentny, manipulant, egocentryk, skąpiec, egoista, zarozumialec, człowiek fałszywy i snobistyczny, nieokazujący czułości, ciepła.
i ja: empatyczna, zamknięta w sobie, szczera do bólu, lubiąca dawać innym prezenty i wsparcie, altruistka, wrażliwiec straszny, niepewna siebie, zakompleksiona, łaknąca każdy przejaw sympatii i akceptacji.
Całkowicie dwa różne bieguny.
Zupełnie inni ludzie.
Skrajności.
Jak to możliwe?..

czwartek, 17 sierpnia 2017

17. sierpnia. Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz Mu o swoich planach.

Rany ile mnie tu nie było...
A ile się w tym czasie działo.


*
Miałam wielkie plany już od kilku miesięcy odnośnie zrobienia czegoś w swoim życiu. Popierdolenie (fobie, nerwice i inne depresje) zmusiło mnie do zmiany trybu życia o 180 stopni. Pracowałam dorywczo ale to było mało dorobkowe, no nie oszukujmy się.
Czułam się jak niedorozwój, kula u nogi i utrzymanka.
Doszłam do wniosku, że podejmę się nauki od września. Takie studium, po którym miałabym tytuł technika masażu.
Łapki mam podobno zwinne, delikatne, a jednocześnie silne, tematy medyczne ciekawiły mnie od dziecka, wszyscy twierdzą, żem empatyczna. Sądzę, że spełniłabym się w tym.
Wahałam się, bo byłoby to w trybie dziennym (niestety tryb zaoczny kosztuje i to niemało, poza tym jak się czegoś nauczyć to już porządnie). Wojtek bardzo pochwalał mój pomysł. Ogólnie wszyscy byli bardzo za. Ja się wahałam no bo kasy by z tego nie było i to przez 2 lata. Z tej strony jest lipa.
No ale klamka zapadła.
Zaczynałam kompletować dokumenty, czytać, dociekać... Byłam zdecydowana.

Nagle bach! Telefon! Od września praca. 3/4 etatu, w charakterze opiekunki dla rocznego dziecka. No i co tu robić? Była burza mózgów, bo Wojtek nawet słyszeć o tym nie chciał, ale wyjaśniłam, że kasa się przyda (zwłaszcza na naszym obecnym etapie życia), że to może taki znak z góry i trzeba wykorzystać nadarzającą się okazję.

Zdecydowałam się.

Byłam już na kilku "zapoznawczych" dniach i wypadło dobrze.

Mam masę obaw, czy dam radę, czy się nadaję, jak to będzie, ale nie dowiem się póki nie spróbuję. Jako opiekunka pracowałam już 2 razy, więc doświadczenie mam ale zawsze obawy są (przynajmniej u mnie).

Potrzebuję odzyskać swoją niezależność finansową (oczywiście złudną, bo kasy przepieprzać nie zamierzam ;)).

**
Mam zamiar w końcu przedstawić Wam swoją aktualizację wagową, bo baaardzo dużo się w tej kwestii zmieniło.
Tak z grubsza mówiąc, to przestałam tak świrować, jak świrowałam, bo zdaję sobie sprawę, że u mnie jest cienka granica i pojawia się jadłowstręt.
Staram się nie jeść syfów, nie kupować słodyczy ale w gościach, czy od czasu do czasu sobie nie odmówię.
Ostatnimi czasy mam zresztą kłopoty z apetytem z racji upałów, których mam już serdecznie dosyć i nerwów.
Ćwiczenia zawiesiłam, bo zwyczajnie brakuje mi czasu i ochoty (30-38 stopni w mieszkaniu nie zachęca), a gdy temperatura na jeden dzień odpuści i mam chwilę wolną, to usiłuję w domu sprzątnąć, lub poprasować.

Dziś może uda mi się Wojciecha namówić na małą sesję zdjęciową, to Wam zrobię aktualizację. Mimo przerwy ćwiczeniowej, jakieś tam mięśnie zostały. ;P

***
3 tygodnie byłam też częstą bywalczynią u mojej siostry, bo złapała półpaśca i bidula wychodzić z domu nie mogła. Połowę wakacji przesiedziała w domu, no ale co zrobić. Mam nadzieję, że chociaż trochę jej ten czas umiliłam.
Chcąc jej pomóc w kosmicznym świądzie, powiedziałam, żeby sobie hydroksyzynę łyknęła (2 lekarzy potwierdziło, że moje zalecenie było słuszne, żeby nie było!). Po godzinie siostra mi napisała smsa, że prawie umarła w Rossmanie, tak jej się słabo robiło. A mówiłam... bierzesz hydroksyzynę i siedzisz na dupie przed tv, a nie na zakupy idziesz. No ale wtedy jeszcze diagnozy nie było, myśleliśmy, że to jakieś uczulenie, lub inny grzyb z basenu.
Zdziwiła mnie jej reakcja, bo dałam 25 mg wzięła, a ja nawet i 100 łykałam i prócz lekkiego przymulenia nic mi nie było. A ta po 25 ledwo do domu wróciła i spała jak zabita do wieczora. ;D Stwierdziła, że pierdoli, woli się zadrapać i tego zmulacza nie brać i że jestem jakimś weteranem, że mnie te prochy wszystkie jeszcze nie uśpiły na amen. ;P

****
Antonito super wrócił do formy, zajada, piszczy na dźwięk otwieranej lodówki, bryka i dokazuje Kropce. Ma już daaawno ściągnięte szwy i nic nowego mu nie wyrosło nigdzie. :)
Zagoiło się jak to mówią, jak na psie. ;D












*****
...i tak mi się przykro zrobiło na wieść o śmierci Chester`a .
Kurcze od lat tak lubię Linkin Park, tyle mam wspomnień związanych z ich muzyką.
Szkoda. Wielka szkoda... :(



******
Co tam jeszcze się działo...
No jeszcze się działo ale to Wam napiszę następnym razem. :)
Wybaczcie mi proszę nieobecność.
Poprawię się! :*

Łapcie parę zdjęć przeprosiny! ;)

Foty z działeczki u teściów:






I nowy członek rodziny, który mam nadzieję, że zje nam choć trochę tych przeklętych, fruwających diabelstw (moli). Skurwiele zalęgły się gdzieś u sąsiadów i cały budynek ma teraz nowych lokatorów. :/



Wybaczycie?...

wtorek, 18 lipca 2017

18 lipca. Fryzjer! :)

Teściówa namówiła mnie na miodowy kolorek włosów i w zasadzie... jest ładnie! :)
Fryzjerka trochę pojechała z krótkością i pierwsze słowa Wojtka jak mnie zobaczył, to:

-Ooo, jaki ładny chłopczyk!

;D To mówi samo za siebie. Ale włosy troszkę podrosną i będzie cacy. Tzn. jest OK ale mogła mnie ciut mniej opitolić. :)
Mamunia-Teściowa też zadowolona ze swojej metamorfozy. No, przynajmniej mi się nie przyznała, że jest coś nie tak. :)

Lubię siebie w krótkiej fryzurze.
Zawsze dopasowywałam się do otoczenia, chciałam wtapiać się w tłum, być niezauważalna. Rodzina wpajała nam z siostrą, że włosy to atrybut kobiecości.

-Nie macie cycków, zgrabnych nóg, ale włosy macie chociaż ładne. 
-Brzydko wam będzie w krótkich. 
-Do krótkich to trzeba mieć ładną twarz. 
-Nie farbuj! Zniszczysz włosy! Będziesz żałować!
-Nie tnij! Będzie ci brzydko! 

Tak nam mówiono... Ale w wieku 27 lat, w momencie rzutu depresji miałam dość. Chciałam radykalnej zmiany. Z gęstych, długich włosów, zrobiłam krótkie cięcie. Szok!
Najlepsze, że moja 20 lat starsza siostra też poszła w moje ślady i z całe życie długich ścięła na krótko. ;P
No i tak od roku mam krótkie.
Czasem tęskno patrzę na dziewczyny z długimi, ale zaraz sobie przypominam, że ja swoje i tak w 99% nosiłam w bardzo ciasnym kucyku, ulizane do tyłu. Suszenie zajmowało mi 30 minut, a każde wstanie z łóżka kończyło się efektem jakby piorun mnie poraził w głowę. Prostowanie to kolejne 30-40 minut było.
Teraz suszenie zajmuje mi 1,5 minuty, ułożenie do 3 minut max. Prostownica? Od wielkiego dzwonu, a przeprostowanie zajmuje mi około minuty.
Wygoda ogromna!
Czasem tylko tak sobie myślę, czy nadal podobam się temu mojemu Wojtkowi jeszcze...

Dla zainteresowanych, prosiątko żyje, ma się dobrze! Jutro ostatni dzień lekarstw!!!
Juuuupiiii!!! ;D
Aaa, no i dziś też poćwiczyłam. Jestem wielka normalnie. ;)

Ooo i jeszcze jedno. Na YT obserwuję młodziutką dziewczynę Wiktorię (link do jej kanału). Zmaga się ona z zaburzeniami psychicznymi. Mądrze prawi i podoba mi się jej kontent.
Dołączyłam nawet do jej nowej akcji.
Bardzo słuszna idea!



poniedziałek, 17 lipca 2017

17 lipca. Powrót do ćwiczeń.

Dziś się w końcu zmobilizowałam i poćwiczyłam. :)
O dziwo całkiem nieźle mi poszło.
Szok! Moje samopoczucie idzie w górę po tym wysiłku fizycznym. Chyba faktycznie coś jest w tych endorfinach po treningowych.

Mały pacjent ma się dobrze, jedynie zabrakło mi probiotyku. Była pewna niejasność w instrukcji jaką dostałam od pani weterynarz, bo antybiotyk mam świniakowi 2x dziennie podawać, więc logiczne mi się wydawało, że podaję probiotyk też 2x. No i tak podawałam, a tu zonk! Zabrakło. Z rana dzwoniłam do najbliższego weterynarza i na szczęście okazało się, że miał na stanie ten lek. Poszłam i oczywiście oprócz probiotyku kupiłam karmy, bo były w dobrej cenie i babkę lancetowatą, bo świniaki ją uwielbiają. ;P
Syropek przeciwbólowy dzisiaj był ostatni dzień. Dzisiaj jeszcze raz muszę wmusić w Antonita antybiotyk i od jutra jeszcze tylko 2 dni zostaną. A później czekamy na poniedziałek i ściąganie szwów.

Wariat świnkowy jestem, ja wiem... ale co poradzę? ;)

Aaa... jutro z teściową z rana idziemy do fryzjera. Będzie się działo! :D

niedziela, 16 lipca 2017

15 i 16 lipca. Co nowego.

Maluszek ma się na serio dobrze! :)
W dniu zabiegu był osowiały, oczka jakby zapłakane, nastroszony, przysypiał na siedząco... Obraz nędzy i rozpaczy. Wczoraj rano już było dużo lepiej. Ma apetyt, pije sporo, bryka, zaczepia Kropkę.
Nie widzę, żeby coś go bolało. 
Probiotyk smakuje mu bardzo! Oblizuje się na wszystkie strony. ;D Gorzej z syropkiem przeciwbólowym. Troszkę muszę wpychać, ale też pije. Koszmar jest natomiast z antybiotykiem. Cuchnie to paskudnie i musi być równie ohydne w smaku, bo Antonito broni się rękami, nogami i zębami przed tym czymś. Wyrywa się, wypluwa, pręży ciałko, łapakami chce "wyjąć" zawartość strzykawki z pyszczka. No ale lekarz zalecił, to podaję.
Troszkę dużo tych leków ale mam zaufanie do tej weterynarz i nie będę nic cudować w dawkowaniu na własną rękę.

Proszę, oto mała fotorelacja z wczoraj. :)

Leki i zalecenia, a po prawej moja rozpiska, żeby się nie pomylić i monitorować wagę (taaak, wieeem, jestem walnięta;D):

Przygotowanie pacjenta do podania leku: ;)


 

Foch po podaniu antybiotyku:

Specjalistycznie dobrana dieta dla rekonwalescenta ;D:
















Jeszcze mały update odnośnie mojej diety. Udało mi się schudnąć ale odpuściłam z ćwiczeniami.
Mam zamiar w najbliższym czasie do nich powrócić, bo dobrze się czułam ćwicząc. 
Co do diety. Nadal nie słodzę, unikam słodyczy ale gdy jest okazja, to sobie nie odmawiam. ;) Na jakieś chrupki też się skuszę, np. "duszki" ;). Chipsów ostatnio trochę zjadłam ale odbijało mi się nimi okropnie. SYF to jest przez wielkie S!
Jem, nie liczę kalorii, nie popadam w paranoję i według mnie bilans jest zachowany! :)
Moje porównanie też będzie ale muszę męża zmolestować do zrobienia mi zdjęć. ;D

Miłej niedzieli Kochani! :*

piątek, 14 lipca 2017

14. lipca Niech już będzie z górki.

Antonito miał dziś tą operację/zabieg. Jak zwał, tak zwał. 
Rano podjadł sobie nic nieświadomy biedaczek, załadowałam go w transporter i zawiozłam do weta (nie znoszę podróży MPK, chamstwo i nieuprzejmość ludzka mnie powalają:/).
Zabieg miał być o 14:15. Zawiozłam małego jak najpóźniej się dało, żeby nie był długo sam niepotrzebnie.
Po 15tej zadzwoniła pani weterynarz i powiedziała, że wszystko się udało, że to był kaszak, histopatologii nie trzeba robić i już się pomalutku wybudza.
Kamień z serca!
O 19tej przyjechaliśmy po pacjenta, otrzymaliśmy kartę informacyjną, leki które będę podawać... Sporo tego, mam nadzieję, że brzuszek się nie zbuntuje. :/ Bida ma kilka szwów i sreberko na szybsze gojenie. Maleństwo strasznie przymulone... Mało się rusza, coś tam podjada ale niewiele i ma takie smutne oczka. :( No smutno mi jak widzę, że nie najlepiej się czuje, a ja nie mam jak pomóc. 
Za 10 dni mamy jechać na ściągnięcie szwów.
Całe szczęście Kropka nie zaczepia jej, nie interesuje się ranką. Jedynie podpierdziela Antoniemu co smaczniejsze kawałki. 
Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej...
Szkoda zwierzaczka. :(

Dziękuję Wam za wszystkie zaciśnięte kciuki! 
Teraz równie mocno je trzymajcie za powrót do zdrowia i polepszenie apetytu. ;)





czwartek, 13 lipca 2017

13 lipca. Nie umiem się odnaleźć.

Odkąd wróciliśmy z tej Szwajcarii, jakoś totalnie wybiłam się z rytmu. Ja mam mózg o budowie cepa. Jak tylko coś się "zaburzy", wkradnie się jakiś chaos, inność, to czuję się jak dziecko we mgle.
Dziwne, jak na stosunkowo młodą osobę.

Opuściłam się z prasowaniem. Sterta rosła i rosła i rosła... A to źle się czułam, a to za gorąco, a to u teściowej pomagałam, a to za późno i mąż chciał spać. Zawsze coś. Dziś już zakasałam rękawy i całe dziadostwo sprasowałam. Z ponad 5 godzin mi to zajęło.

Wczoraj dodatkowo się zmartwiłam, bo głaszcząc Antonita wyczułam u niego sporą gule między łopatkami. :(
Ostrzygłam go w tym miejscu, obejrzałam... Nie było tego! Codziennie prosiaki głaszczę i na pewno tego nie było! Momentalnie mnie zmroziło, bo jedna z moich świnek zmarła na raka i też zaczęło się od takiego guza,z tymże na brzuszku. Zostało to wycięte, niestety przy badaniu kontrolnym wet coś ucisnął i po tej wizycie świnka zmarła. Albo coś zapieprzył i doszło do wylewu pod wpływem nacisku, albo zrobiły się przerzuty, które pod wpływem ucisku pękły. Ledwie ją do domu przywiozłam i zaczęła się pokładać, piszczeć... ;( Nie chciałam robić sekcji, bo co by to zmieniło? Po prostu już się u gościa więcej nie pojawiłam.
Od razu spanikowana stwierdziłam, że jutro umawiam się do weta (było już po 21, inaczej zadzwoniłabym od razu). Wojtek stwierdził, że jak zwykle dramatyzuję. Że może go coś ugryzło, a może Kropka go dziabnęła i że może do jutra zniknie (taaa... jasne!).
Oczywiście nie zniknęło, więc z rana umówiłam się na wizytę. Po 17tej przyjęła nas pani doktor, obejrzała i stwierdziła, że najprawdopodobniej jest to kaszak. Trzeba usunąć chirurgicznie. Im szybciej, tym lepiej. Jutro jadę z małym koło południa, wieczorem ma być już "do odbioru".
Mówiłam lekarce, że jak ja mogłam nie zauważyć, ale uspokoiła mnie, że to dziadostwo potrafi się pojawić z dnia na dzień i nie ma w tym mojej winy. Że najpewniej nie jest to nowotwór złośliwy, ale jeśli guz wzbudzi jej podejrzenia, to trzeba będzie go zbadać histopatologicznie.
Powiem szczerze... stresuję się!
Narkoza, to zawsze ryzyko u gryzoni, później antybiotyki, które świnki też nie najlepiej znoszą (biegunki, wzdęcia, brak apetytu). Nie chcę nawet myśleć co będzie, jeśli... :(

Proszę, trzymajcie kciuki za Antonita. Jutro po 14tej będzie mieć operację. Na szczęście na noc już będzie z nami, bo inaczej bym oka nie zmrużyła. :(

Boję się... :(

czwartek, 6 lipca 2017

6 lipca. Patologia. ;)

***
Śniadanie:
3 kanapeczki z masłem i miodem
herbata żurawinowa z łyżeczką miodu

Przekąska:
jogurt
ok. 5 kawałków czekolady (nie liczyłam, sama znikała ;))

Obiad:
zupa koperkowa z marchewką i ziemniakami
kurczak duszony z cebulką, ziemniaki z masełkiem ubijane

Przekąska:
kilka daktyli
Pluszzz witaminki ;)

Kolacja:
2 małe kromeczki z masłem i szynką
***

W końcu się zmobilizowałam i poćwiczyłam! Normalnie tak mi się nie chciało, że szok. 
Muszę w końcu ruszyć pupę i stworzyć post o mojej metamorfozie ćwiczeniowo-dietowej. W końcu obiecałam! ;)

Rozleniwiłam się ostatnimi czasy... I z żołądkiem jakoś tak gorzej. Pobolewa.

Wczoraj mieliśmy akcję, dziwną dosyć. Ja przeżywam takie sytuacje, bo zaraz mi się wspomnienia uruchamiają.

Żeby naświetlić sytuację, muszę sprostować w jakim budynku mieszkamy.
Jest to niby kamienica. No właśnie, niby... Tak na prawdę to dwupiętrowy budynek podzielony na niewielkie mieszkania, kawalerki. Późniejsi właściciele "zaadoptowali" piwnice (tak, piwnice) i poddasze (na którym mamy zaszczyt mieszkać;)). Jest to lipa jak sam chooooj. Kanalizacja stara i niedostosowana zupełnie do takiej ilości mieszkańców. Wali z rur szambem, pan szambelan często opróżnia studzienkę przy budynku. Nawet nie wiecie jakie to bezcenne uczucie, siedzieć ukiszonym w 35 stopniach i czuć gówniane zapachy z dołu. Pyyycha...
Ciekawe nuty zapachowe wydzielają się również w czasie i tuż przed deszczem. Swąd zgnilizny jest bardzo charakterystyczny i idealnie przewiduje zbliżające się opady (wiarygodniejsze niż prognoza pogody na TVNie).
 Mieszkania są w ogólnie stanie złym. Brak odpowiedniej izolacji, stare okna (pamiętacie zapewne akcję z urąbanym oknem?), rozpadające się kabiny prysznicowe, cieknący bojler, odpadające farby, tynki, krany, sprzęty typu pralka, lodówka, płyta elektryczna starsze ode mnie. No miód malina. 
Nam i tak oberwało się największe i najlepsze mieszkanie. Niedługo stuknie nam tutaj 3 latka.

Ja tam nie narzekam. Jesteśmy sami, niezależni, odcięci od rodzinki, mamy ubikację, wodę, kaloryfery. Nie mam wygórowanych standardów. Do różnych przygód staram się podchodzić z humorem, aczkolwiek czasem człowiek boi się coś dotknąć, żeby się nie rozpadło. :P

Najciekawszą kwestią są tutejsi mieszkańcy. Połowa z nich to osoby, które dostały je z socjalu.
Na parterze mieszka starsza para z 18 letnim synem, z którego robią ciptoka, żeby móc ciągnąć na niego zasiłki. Facet jest nerwowy i ma chyba problem alkoholowy. Ona jest prostą ale poczciwą kobieciną. Czasem podrzuci nam jakieś warzywa z darów, urwie trawę z cmentarza dla świnek, zagada... Wietrzy wszędzie sensację, lubi poplotkować ale gdyby coś się działo na pewno by pomogli i ona i on.
Obok wprowadziło się małżeństwo z córką w wieku na oko gimnazjalnym, która ma imponujące predyspozycje do bycia społeczniarą roku. Jest totalnie bez obciachu. My gdzieś wychodzimy, a ta bez pardonu otwiera okno na oścież, ręce na parapet i się lampi jak ciele na malowane wrota. Gapi się jak w telewizor, wzrokiem nieskalanym inteligencją.
Jest jeszcze jedno mieszkanie na parterze i też chyba jakiś pan tam mieszka ale specjalnie go nie kojarzę, a jak kogoś nie kojarzę, to dobrze o nim świadczy. ;D
W piwnicach rotacja mieszkańców jest ogromna, do nas nie docierały nigdy jakieś niepokojące dźwięki, no ale my na samej górze, także ten... Ale ponoć było tam już wszystko. Kurestwo, narkotyki, złodziejstwo, awantury, chlanie, bijatyki. Już nawet nie liczę ilu ludzi tam się przewinęło.
Na 1. piętrze mieszka starsze małżeństwo. Ona jest zasuszona i bardzo znerwicowana. On alkoholik, uwielbiający puszczać głośno discopolo. Czasem się głośniej posprzeczają, ale spoko. Nieszkodliwi. ;)
Obok mieszka para, trochę starsza od nas. Sądzę, że są byłymi narkomanami, przynajmniej on wygląda mi na opiatowca. Ona znerwicowana bardzo, schorowana. On hazardzista i jakby mu 5 klepki brakowało. Często wpadał pożyczyć korek do wina, bo "do obiadu" chcieli się napić (rozwalał mnie na łopaty tym tekstem;D). Czasem mają głośniejszą sprzeczkę ale z rzadka. Nieszkodliwi.
Pozostałych mieszkańców 1. piętra nie kojarzę.
I pozostaje nasze piętro. Mieszka tu pani "pielęgniarka" ale nie za bardzo wierzę, że nią jest. Ubiera się, maluje, wygląda i zachowuje jak prostytutka. Poza tym zawsze ma "nocne dyżury". ZAWSZE. Ogólnie jest niesympatyczna. Ale nieszkodliwa.
W 2. mieszkaniu mieszka Kasia. Bardzo miła i fajna dziewczyna. Nie znamy się dobrze. Takie "cześć", "cześć", "co słychać". Perełka wśród tutejszych mieszkańców. ;)
I od niedawna mieszka jeszcze jakiś chłopek roztropek. Od jakiegoś czasu ktoś trzaska drzwiami, ale to tak, że aż wszystko podskakuję. Nie było tego, więc to ten gościu.
Wczoraj tak się tłukł w tej kanciapie, że szok! Po chwili pojawiły się krzyki, płacz jakiejś dziewczyny, jeszcze głośniejsze trzaskanie, wyzwiska.
Zerknęłam co się dzieje, ale po chwili koleś wyszedł z mieszkania na korytarz i zaczął dzwonić na policję. Po okraszonym w łacinę dialogu dało się usłyszeć, że ona mu "zajebała patelnią", a on ją "kopnął w nogę". Przyjechała policja, pogadała z jednym, drugim. Okazało się, że laska nieletnia. Pogotowie po nią przyjechało, bo tamten chłopak nagadał policji, że jest niezrównoważona psychicznie (cholera, ja też jestem! sami psychole w tej kamienicy!;)). Kolesiowi ani tej dziewczynie nic się nie stało, ot taka kłótnia.
I słuchajcie co najlepsze!
Dziś koło południa ktoś zaczął napitalać domofonem. I tak przez pół godziny! W końcu ktoś wpuścił... tą laskę z wczorajszej akcji! Jak gdyby nigdy nic przyszła z siateczką, z zakupami. Jeszcze gościa opierdoliła, że jej nie chciał otworzyć (jednak w znacznie łagodniejszej formie, niż wczorajszego wieczoru, patelnia w ruch nie poszła;D).

Im dłużej tu mieszkam, tym bardziej jestem zszokowana poziomem zagęszczenia patoli tu panującej na metr kwadratowy.
Pamiętajcie... To co tu napisałam to telegraficzny skrót. Kwiatków jest znacznie, znaaacznieee więcej. ;)

Śpijcie dobrze kochani i nie okładajcie patelniami. ;P

Motywację wcięło! :(

Powiem Wam, że kicha coś jest...
Po powrocie z wyjazdu szwajcarskiego ćwiczyłam raz. RAZ! Masakra...
Jeżdżę do mamy i pomagam w przygotowaniu mieszkania do ich przeprowadzki. W jednym dniu było szykowanie do malowania i malowanie, w następnych kładzenie tapety... Oj, z tym kładzeniem tapety to był debiut. ;D

Tyle ściany utargałam. Resztę dotargała mama. ;)

Wojtek miał baaardzo optymistyczne podejście.
-Spooooko! Co to za filozofia! 3 godziny na taką jedną ścianę to maks!
-Ale to jest dość długa ściana...
-Oj tam! Mówię Ci, że 3 godziny stykną. Co z ciebie taka pesymistka?
-Raczej realistka...

Małżonek obejrzał na youtube kilka filmików "jak położyć tapetę" i gitara! Zaprogramowany niczym Neo z Matrixa! 
Z tymże niekoniecznie... ;P

Etap początkowy.
Zaczęliśmy przed 11. Skończyliśmy przed 23. :D
Tapetowanie okazało się nie taką prostą czynnością, zwłaszcza jak się ma teściową perfekcjonistkę i wszystko musi być od linijki.;)
Daliśmy radę w trójkę, a jakże! Ale zdecydowanie zaliczam to do niełatwych wyzwań. ;)

Etap końcowy. Aż się ściemnić zdążyło.;)
















Przedwczoraj zaczęłyśmy już z mamą akcję sprzątanie. Niestety moje dłonie na agresywną chemię reagują fatalnie... Skóra z wewnętrznej strony dłoni złaziła, a na palcach (najbardziej ujebliwe miejsca, bo na zgięciach), między palcami schodziła, pękała, jadziła się i swędziała... Swędziała jak jasna cholera. 
Już po powrocie ze Szwajcarii zaczęło mi to wyrzucać na łapach, ale po tych porządkach to koszmar jest. :/ Wczorajszy dzień przełaziłam wysmarowana maścią sterydową, w plastrach i rękawiczkach lateksowych. Na szczęście pomogło. A jutro znów jedziemy z mamą ogarniać. 


Mam nadzieję, że znajdę dziś moc i motywację do poćwiczenia. Za długą labę sobie zrobiłam i coraz trudniej mi się znowu wdrożyć. :/

środa, 28 czerwca 2017

Mini wakacje. :) UWAGA! Dużo zdjęć!!! (bardzo dużo;P)

Zaprosiła nas rodzina Wojtka do Szwajcarii. Oczywiście pełen sponsoring z ich strony, bo my bidoki jesteśmy, wzięliśmy jedynie "kieszonkowe". Zabolało wypłacanie franków, oj zabolało...;P.
Wyjazd (a właściwie wylot), mieliśmy zabukowany od ponad miesiąca ale odwlekałam tą myśl. Potwornie się bałam... 
Wszystkiego! Lotu, nowego miejsca, zatruć... Udawało mi się odwlekać lęki na ostatnią chwilę.
Nagle na 2 dni przed wyjazdu dostałam bóli brzucha, nie mogłam nic przełknąć. Miałam ochotę zniknąć. Cudem nie uciekłam sprzed lotniska.

Do mojego zestawu anty wymiotnego zapakowałam:
*Aviomarin
*Metoclopramidum
*Hydrozyzynę
*opaski Sea-Band (totalne placebo i 3 dychy jak psu w dupę ;P)
*gumy do żucia

Przed wyjazdem na lotnisko, dostałam ataku paniki, zrobiło mi się słabo. Wojtek dzielnie mnie uspokajał, ale dzielnie starałam się swoją histerię chować w sobie.
O dziwo, gdy już na lotnisko dotarliśmy ogarnął mnie całkowity luz! Za to gdy mi luz wjechał, to panikować zaczął Wojtek! ;D Że który terminal, jaki gate, że się spóźnimy, że bagaże pójdą na inny pokład. Role się odwróciły i teraz to ja uspokajałam mojego małżonka. 
Dwa świry się dobrały! ;P 

Żadnych uspokajaczy nie brałam. Wcześniej leciałam do Dublina na kilka dni (też do siostry Wojtka ;D) i bez Aviomarinu i innych uspokajaczy nie wsiadłabym do samolotu. Tym razem bałam się mniej i postanowiłam, że dam radę na trzeźwo (opaski niby anty rzyganiowe się nie liczą, bo guzik dały! ;)). W samolocie tylko od razu sprawdziłam, czy jest torebeczka na wymiociny i stwierdziłam, że jest ale kompletnie nietrwała! Dziadostwo! Jeszcze bardziej mnie to zmotywowało do nie popuszczania górnego zwieracza. ;D

Na miejscu dzieciaki mnie zaabsorbowały, napięty grafik nie dawał czasu na czarne myśli, a kuchnia szwagierki była tak smaczna i leciutka, że no cud miód. :)
Ich starsza córeczka mnie rozczulała. Taki słodki rzep. :) Wszędzie ze mną chciała być. Ze mną się kąpać, ze mną jechać z tyłu w aucie, ze mną do basenu, koło mnie siedzieć przy stole, ze mną zasypiać... Milion razy usłyszałam "kocham cię", mała, ciepła rączka wciąż ściskała moją, uściskom i całusom nie było końca. Jakie to było cudowne. Ja w domu takiej miłości nie zaznałam. W ostatnim dniu już czułam się troszkę przytłoczona ale to chyba naturalne ;). Po prostu nie jestem przyzwyczajona do takich czułości i to w takim wymiarze godzinowym. :D

Aha, dieta i ćwiczenia zawieszone na czas wyjazdu. Może od jutra znów zastartuję, bo dziś coś słabo mi poszło (na wyjeździe nawet dawałam radę, bo jadłam stosunkowo niewiele i lekko). Za to dzisiaj zeżarłam całą tabliczkę czekolady szwajcarskiej i lody u mojej siostry (odbieraliśmy świneczki).

Uff, rozpisałam się. 
Teraz przechodzimy do zdjęć!
Było przepięknie!!! :)))

Chmurki jak wata cukrowa. 

Zachód słońca ponad chmurami.

...i... 



Ach... 

Górki...

Mućka! ;)

Nawet siostrzeniec Wojtka ma świnki morskie! ;D


Zurich

Ścianka wspinaczkowa z moją przylepą. :)

I znów górki.

I jezioro.

Jak tam było pięknie...




I znów widok na Zurich.


wtorek, 20 czerwca 2017

20 czerwca. Zrywanie ściany.

***
Śniadanie:
1,5 kanapki z masłem, serkiem i dżemem
herbata owocowa

Przekąska:
1/2 banana
wafle kukurydziane
ananas suszony

Obiad:
ryż z jogurtem

Przekąska:
cola zero

Kolacja:
1/2 kanapki z serkiem i dżemem
wafle kukurydziane
***

Ufff... Ciężki dzień. 
Gorąco, duszno...
No ale większą część ściany zerwałam (stara farba była wybrzuszona i nic by z niej nie było, wątpię czy w ogóle by przyjęła nową warstwę), jutro to na pewno skończę. Bolą rączki, oj bolą... ;)

Zaczęłam nowy zestaw ćwiczeń, zaraz lecę się kąpać i spaaaaać. :)
Fajnie się tak porządnie styrać od czasu do czasu. Tylko mogło by być ciut chłodniej, bo ciężko będzie się dziś zasypiać. 22:45, a u nas 28 stopni. I tak się mocno "schłodziło", bo było podobno 36. Maaasaaakraaa!:D

poniedziałek, 19 czerwca 2017

19 czerwca. Koniec pierwszej serii ćwiczeń!!! ;D

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem, serkiem i dżemem
herbata owocowa

Przekąska:
jabłko
kisiel truskawkowy

Obiad:
zupa na żeberku z warzywami i koperkiem
schab duszony z ryżem i żurawiną + pomidor

Przekąska:
kilka paluszków
6 kostek gorzkiej czekolady

Kolacja:
jogurt jogobella
***


Jeee! Dziś skończyłam pierwszy etap treningów! Było już tego tyle, że miałam dość. W dodatku upał u nas niemiłosierny (30 stopni, to już niezbyt komfortowo się robi). Ale dałam radę.
Dziś miałam wrzucić zdjęcia i podsumowanie ale zrobię to chyba w środę. 
Jutro w planach mam jechać do teściowej i pomagać jej w malowaniu mieszkania. Szykuje się pracowity dzień.

niedziela, 18 czerwca 2017

18 czerwca. Co za zmuła...

***
Śniadanie:
1,5 kromki z masłem + 1,5 parówki + ketchup i majonez
herbata owocowa + łyżeczka ksylitolu

Przekąska:
wafle kukurydziane
cappucino

Obiad:
zupa na żeberku z warzywami i koperkiem
schab duszony z ryżem i żurawiną

Kolacja:
jogurt jogobella
***


Znowu nie ćwiczyłam.
Dalej przeżywam utratę 20 złotych.
Już w głowie snuję plany, że nie kupię sobie tego i tamtego za karę. Besztam się, że jestem bezmyślna. Wstyd mi.

Miałam przez tą durną sytuację zjebany cały dzień! Uwierzycie?! To hasło "zjebałaś" siedzi mi w głowie jak jakiś kat. 

Zmuła straszna. Od rana ziewałam, oczy mi się zamykały, kipiałam w wyrze. Chyba coś z ciśnieniem się popierdzieliło. Po obiedzie padłam jak mucha na 1,5 godziny i zasnęłam. Nie pamiętam kiedy ostatnio zdarzyło mi się zasnąć w dzień. Nie lubię takich drzemek. Później się budzę, nie wiem jaki dzień, czy to rano, czy noc, jestem rozmemłana i oczywiście w nocy zasnąć nie mogę. 

Biorę sobie do siebie Wasze komentarze odnoszące się do ilości jedzenia i staram się jeść więcej. Wiedziałam jak będzie, dlatego chcę cały czas wypisywać posiłki, żeby mieć kontrolę i obserwować sytuację. Rok temu o tej porze już nie jadłam praktycznie nic, nie miałam mocy na nic, słabłam. Byłam u kresu sił, byłam w trakcie rzucania pracy... Było tak bardzo, bardzo źle. Nie chcę tego znów przeżywać. 
Za każdym razem jest ten sam schemat. Już od prawie 10 lat. 

1) Zaostrzenie fobii, Nerwica sięga zenitu. Przestaję jeść. Pogłębia się depresja. Tracę siły. Przestaję mieć siłę na jakąkolwiek aktywność (nie mówię tu o porannym joggingu, a np. o umyciu się, czy zrobieniu herbaty). Pojawiają się myśli samobójcze.
2) Trafiam do psychiatry.
3) Zaczynam brać leki. Czuję się jeszcze gorzej.
4) Leki zaczynają działać prędzej, lub później. Czasem trzeba jedne zastępować drugimi, modyfikować dawki.
5) Potem jest względnie dobrze.
6) Zaczynam odstawiać. Skutki odstawienne znów dają w dupę.
7) Po kilku miesiącach wracam do punktu 1.

Co za syf...

~~~

Mam dziś jakiś gorszy dzień. Jakaś taka niewydarzona się czuję i w myślach mam moją mamę, zadającą mi kilka lat temu pytanie...
Pamiętam to jak dziś.

Byłam w strasznym dole. Do ślubu zostało kilka dni. Ataki paniki kilka razy dziennie. Wizja przeprowadzki. 

Nie dam rady... Nie podołam... Boję się...

Rodzice o coś się znów kłócili, a ja trzęsąca się jak galareta, targana drgawkami, przerażona, z silnym atakiem paniki usiadłam na ławce przed domem, podwinęłam kolana pod brodę, rękami objęłam nogi i kiwałam się jak dziecko z chorobą sierocą. Miliony złych myśli kotłowały się w mojej głowie.

Niedobrze mi. Będę rzygać? Jak to będzie? Przecież oni mają rację! Ze mną nie da się żyć! Po co ja mu zawracam głowę? Będę rzygać? Nie chcę tu już mieszkać. Nie chcę tu być. Nie chcę rzygać. Niech mnie ktoś przytuli. Tak po prostu. Błagam. Niech ktoś mi obieca, że nie będę rzygać. Ale ja jestem głupia. Żałosna. Lepiej gdyby mnie nie było. Po co takie zjeby się w ogóle rodzą? Nienawidzę siebie. Niedobrze mi. Ja nie chcę nikomu marnować życia. A przecież zmarnuję... Nie będę rzygać? Niech mi ktoś obieca, że nie będę... Błagam...

Mama wyszła z domu, zerknęła na mnie.

-A tobie co się ZNOWU dzieje?
-Boję się...
-Czego?
-Niedobrze mi... Mamo, boję się...
-No tak! Bo nie żresz! Żołądek masz już kwasami przeżarty pewnie! Nie żryj dalej! Sama na własne życzenie to masz! Bo ci się odchudzać zachciało! Odgrzać ci obiad?
-Nie chcę.... Tak bardzo mi niedobrze. Boję się....
-To co mam zrobić? Po pogotowie zadzwonię. Jezu, tobie zawsze coś się musi dziać!
-Nie, nie dzwoń. Może posiedź ze mną chwilę?

Usiadła... Po chwili westchnęła.

-Ech, po kim ty jesteś taka niedorobiona... Przecież wszyscy w rodzinie są normalni... W co ten Wojtek się pakuje?...
-Dziękuję mamo... Dokładnie na takie słowa pociechy teraz czekałam.
-No ale co? Prawdę mówię!
-Tak... wiem. Wiesz co? Proszę, zostaw mnie samą. PROSZĘ...

Gardło boleśnie mi się ścisnęło. Oczy napłynęły łzami. Ale nie chciałam przy niej płakać.
Wstała i zostawiła mnie, mamrocząc coś pod nosem. 
Gardło ścisnęło się jeszcze bardziej. Z oczu popłynęły łzy. Broda mocno zadrżała. Usta wygięły w podkowę...

Minęły prawie 4 lata od tamtej sytuacji. A ja ją pamiętam doskonale. 
To bardzo boli...
A wystarczyło tak niewiele. Pogłaskać chociaż. Powiedzieć, że będzie dobrze. Nie oskarżać znowu. Nie krzyczeć. Czy to naprawdę tak wiele?...

Przysięgam, że ja nie wymyśliłam sobie ani nerwicy, ani tej durnej fobii, ani depresji. Wstydzę się tego. Niestety w pewnym momencie nie ma już się siły udawać, kumulować emocji w środku. To wychodzi samo. Atak paniki po prostu się pojawia. Podczas czytania, oglądania filmu, w wannie. Serce zaczyna łomotać, robi się ciemno przed oczami, mdło, niedobrze, brzuch boli, dopada biegunka, każdy kawałek ciała coraz mocniej drży wbrew woli. 
Nikt kto nie jest masochistą, nie chciałby tego przechodzić, zapewniam.