piątek, 18 sierpnia 2017

18. sierpnia. Kocham go i jednocześnie nie lubię...

Czy da się kogoś jednocześnie kochać i nie lubić jako człowieka?
Da się...

Zawsze robiłam wielkie oczy, gdy moja mama zaraz po rozmowie telefonicznej z przyrodnią siostrą rzucała słuchawką i waliła tekstem:

-Rany, jak ona mnie wkurwia! No ale jest moją siostrą i kocham ją... Bo w końcu to siostra i kochać muszę.

Po latach wiem co miała na myśli, choć wolałabym nie wiedzieć.

Moje relacje z bratem w zasadzie od zawsze były średnie.
Moja siostra jest od niego 17 lat starsza, rodzice zapragnęli 2. dziecka, syna. Był planowany, wyczekiwany, wychuchany. Gdy pojawił się na świat wszyscy zwariowali.
SYN! WNUK! CHŁOPAK!
Zdrowy, grubiutki, różowiutki. Ósmy cud świata.
I tak sobie rósł i rosło jego ego od najmłodszych lat.
On był na piedestale. Najmądrzejszy, najpiękniejszy, najsłodszy, pięknie jedzący. Naj!

A tu nagle wpadka ze mną. Ciąża przepłakana, pełna wątpliwości, mieszanych uczuć.
I ja... Chuda, szara, pomarszczona. Intruz w oczach starszego brata.

Od zawsze byłam w jego cieniu. Byłam porównywana...

-Zobacz na Mateusza! Same 5 w szkole, a ty?! Taki matoł jesteś!
-Jakoś Mateusz je wszystko ładnie, a ty to taka gnida, zgniłek zielony. Nie zeżresz nic! Zdechniesz z głodu! On sam wszystko pięknie je, a z tobą to wiecznie cyrki z tym jedzeniem!
-Mateusz ma tylu znajomych, kumpli, a ty to taki jakiś odludek jesteś.
-Zobacz ile on ma zainteresowań! A ty nic tylko w tych durnotach się zaczytujesz (chodziło o książki fantasy).
-Z Mateuszem to nie ma takich problemów jak z tobą!

Itd., itp.

Brat był już od wczesnego dzieciństwa zupełnie inny ode mnie.
Przebojowy, pewny siebie, roztaczający swój czar na lewo i prawo, skupiał wszystkich uwagę na sobie. Przez pierwsze lata był też mega synusiem mamusi. Wysrać się jej nie dawał, był jak rzep do niej uczepiony.
Ja taka nie byłam. Zawsze byłam gdzieś z boku, na drugim planie. Nie chciałam nikogo sobą absorbować. Poza tym nikt specjalnie nie miał na to czasu, ani ochoty.
Zachwyty były nie nade mną, ale nad nim.

Całe długie lata chciałam żeby mnie zauważył, bawił się ze mną, troszczył jak o młodszą siostrę, dbał. Nic z tych rzeczy! Z kuzynem i kuzynką mnie odrzucali, obgadywali, naśmiewali ze mnie. Gdy kuzyn mocno mnie poturbował (konkretnie zrobił mi z mordy galaretę, celowo wjeżdżając taczkami ze mną na pokładzie w wielką, zardzewiałą beczkę ze smołą), on nawet nie stanął w mojej obronie. Nie lubił mnie, a ja swoją natarczywością, tylko tą niechęć potęgowałam.

Nasze relacje na kilka lat się polepszyły, gdy... zaczęłam palić!
Dziwne co?
Jak ja się z tego obrotu sprawy ucieszyłam! Gadaliśmy wtedy ze sobą, spędzaliśmy te kilka minut razem. Nawet nie wiecie ile mi radości to dawało. Wpadał do domu i od progu mojego pokoju rzucał:

-Hej! Idziemy na faję?

Przed spaniem też zawsze papierosek, po śniadaniu, po obiedzie, wieczorami...
To było miłe... na prawdę miłe. Te chwile spędzone razem.

I wiecie kiedy się skończyło?
Jak rzuciłam palenie...
Długo nie mogłam skojarzyć tych faktów. Bo jak to? Przez głupie fajki? Ano tak...
Pamiętam jak rzucałam, to jeszcze wpadał czasem i namawiał mnie na papierosa. Że i tak się złamię, że on też rzucał miliony razy, że mi się nie uda.
Kilka tygodni był stały dialog:

-Masz szluga jakiegoś?
-Nie mam, bo nie palę.
-Weź nie piernicz. Na pewno masz jakiegoś skitranego na czarną godzinę.
-NIE MAM.
-A dorzucisz mi piątkę? Bo brakuje mi na ramę?
-Nie mam.
-Aaa pierdolisz!
-NIE PALĘ I NIE BĘDĘ CI DAWAĆ NA FAJKI! Coś ty ocipiał?
-A to spierdalaj!

Później przestał się w ogóle odzywać. Ani cześć, ani co słychać, ani pocałuj mnie w dupę. Uwierzyć nie mogłam, że ta cała nasza "więź" oparta była na wspólnym jaraniu papierosów! Na żebraniu ode mnie fajek i wiecznych ściep na nową paczkę. No mój mały rozumek nie był w stanie tego przyjąć!

Później wyprowadziłam się z domu. I kontakt jest ale tak naprawdę go nie ma. On dzwoni WYŁĄCZNIE wtedy, jak ma jakiś interes. Jak trzeba go gdzieś odwieźć, wydrukować coś, załatwić, pożyczyć. NIGDY, przez te 4 lata, które mieszkam poza domem, powtarzam NIGDY nie zadzwonił, ani nie napisał durnego smsa z zapytaniem co słychać, jak się czuję, czy wszystko ok, czy czegoś nie potrzebuję, że może się spotkamy. Ni chuchu. Ja przez pewien czas zapraszałam, starałam się żeby te nasze relacje były OK. Zwłaszcza, że ojciec to mnie obwiniał o to, że między nami jest jak jest.

-No Mateusz jest jaki jest. Nie zmienisz go. Ale POWINNAŚ starać się, żeby te kontakty były dobre między wami. Przecież jesteście rodzeństwem!

I tak się starałam, ale bezowocnie. Bo do tanga trzeba dwojga. A jego nie interesuje nikt, oprócz jego czubka nosa i ewentualnie jego kumpli. Na rodzinę ma wyjebane. Dosłownie.
Do mojej siostry również odzywa się jedynie, gdy czegoś potrzebuje.
Rodziców traktuje jak służbę. Mimo, że są w podeszłym wieku, nie pomaga im w niczym.
Nie kosi trawy, nie dokłada się do utrzymania auta taty, którym jeździ, potrafi nawet tacie zostawić pusty bak. Oczywiście nie sprząta, tylko robi to mama. Mama też sprząta mu w pokoju i na piętrze, pierze, prasuje, gotuje, itd.
Delikatnie zaznaczę, że mój brat niedawno skończył 31 lat i pracuje w korpo. I tutaj mówię o tym nie bez przyczyny, bo jeśli chodzi o dokładanie się do utrzymania domu, dokłada się tyle samo, co ja gdy w nim mieszkałam, a zarabiałam kilkukrotnie razy mniej od niego. Dodatkowo zawsze kupowałam coś do domu. Czy to jedzenie, które zawsze wyżerał, czy chemię, czy coś dla rodziców. On nie kupi NIC. Niezła sprawiedliwość, co?
Spłaca też na pół z rodzicami kredyt, który wzięli na remont dachu i zrobienie dla niego na piętrze łazienki oraz podłóg na dole. No ale hellloł! Dom po śmierci rodziców, plus działka są jego!

Bardzo długo zastanawiałam się co robię nie tak, że tak to się między nami układa. Już mi przeszło. Z siostrą mam dobre relacje, bardzo dobre nawet, mimo 20 lat różnicy. Z rodzicami jest poprawnie. Ze wszystkimi w rodzinie Wojtka mam relacje poprawne lub bardzo bliskie. Ze znajomymi męża też się dogaduję. No więc problem nie tkwi we mnie, tylko w nim!
Odpuściłam tą walkę z wiatrakami, tym bardziej, że zachowuje się lekceważąco w stosunku do mojego męża. To że mnie zlewa ciepłym moczem-ok, przywykłam ale takiego stosunku wobec osoby, która jest dla mnie najważniejszą w życiu już nie zdzierżę. Wykorzystywał niejednokrotnie jego dobre serce ale i tutaj w końcu się miarka przebrała.
Poza tym gdy przyjeżdżamy do domu, to bardzo często nawet nie zaszczyca nas swoją obecnością, tylko siedzi u siebie na górze przed kompem i ewentualnie, czasami, słysząc że się zbieramy już, schodził ze swoim sławnym już teksem:
-To już jedziecie?

Przy wspólnych obiadach to samo. Naje się, zapali cygaretkę lub fajkę (taką prawdziwą, drewnianą, niczym Gandalf, to takie oryginalne i oldskulowe), nasmrodzi, mimo że setki razy prosiłam, żeby wychodził zapalić do innego pomieszczenia, bo nam to przeszkadza, i nara! Ewakuacja na górę. Zaznaczę w tym miejscu, że nie bywamy tam jakoś przesadnie często. Średnio raz na miesiąc.

Porażają mnie jak różne może być rodzeństwo wychowywane w tym samym domu, pod tym samym dachem, przez tych samych ludzi. Rodzeństwo, które dzielą zaledwie 3 lata różnicy.

On: gruboskórny, narcyz, pozorant, bardzo pewny siebie, zarozumiały, piekielnie inteligentny, manipulant, egocentryk, skąpiec, egoista, zarozumialec, człowiek fałszywy i snobistyczny, nieokazujący czułości, ciepła.
i ja: empatyczna, zamknięta w sobie, szczera do bólu, lubiąca dawać innym prezenty i wsparcie, altruistka, wrażliwiec straszny, niepewna siebie, zakompleksiona, łaknąca każdy przejaw sympatii i akceptacji.
Całkowicie dwa różne bieguny.
Zupełnie inni ludzie.
Skrajności.
Jak to możliwe?..

czwartek, 17 sierpnia 2017

17. sierpnia. Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz Mu o swoich planach.

Rany ile mnie tu nie było...
A ile się w tym czasie działo.


*
Miałam wielkie plany już od kilku miesięcy odnośnie zrobienia czegoś w swoim życiu. Popierdolenie (fobie, nerwice i inne depresje) zmusiło mnie do zmiany trybu życia o 180 stopni. Pracowałam dorywczo ale to było mało dorobkowe, no nie oszukujmy się.
Czułam się jak niedorozwój, kula u nogi i utrzymanka.
Doszłam do wniosku, że podejmę się nauki od września. Takie studium, po którym miałabym tytuł technika masażu.
Łapki mam podobno zwinne, delikatne, a jednocześnie silne, tematy medyczne ciekawiły mnie od dziecka, wszyscy twierdzą, żem empatyczna. Sądzę, że spełniłabym się w tym.
Wahałam się, bo byłoby to w trybie dziennym (niestety tryb zaoczny kosztuje i to niemało, poza tym jak się czegoś nauczyć to już porządnie). Wojtek bardzo pochwalał mój pomysł. Ogólnie wszyscy byli bardzo za. Ja się wahałam no bo kasy by z tego nie było i to przez 2 lata. Z tej strony jest lipa.
No ale klamka zapadła.
Zaczynałam kompletować dokumenty, czytać, dociekać... Byłam zdecydowana.

Nagle bach! Telefon! Od września praca. 3/4 etatu, w charakterze opiekunki dla rocznego dziecka. No i co tu robić? Była burza mózgów, bo Wojtek nawet słyszeć o tym nie chciał, ale wyjaśniłam, że kasa się przyda (zwłaszcza na naszym obecnym etapie życia), że to może taki znak z góry i trzeba wykorzystać nadarzającą się okazję.

Zdecydowałam się.

Byłam już na kilku "zapoznawczych" dniach i wypadło dobrze.

Mam masę obaw, czy dam radę, czy się nadaję, jak to będzie, ale nie dowiem się póki nie spróbuję. Jako opiekunka pracowałam już 2 razy, więc doświadczenie mam ale zawsze obawy są (przynajmniej u mnie).

Potrzebuję odzyskać swoją niezależność finansową (oczywiście złudną, bo kasy przepieprzać nie zamierzam ;)).

**
Mam zamiar w końcu przedstawić Wam swoją aktualizację wagową, bo baaardzo dużo się w tej kwestii zmieniło.
Tak z grubsza mówiąc, to przestałam tak świrować, jak świrowałam, bo zdaję sobie sprawę, że u mnie jest cienka granica i pojawia się jadłowstręt.
Staram się nie jeść syfów, nie kupować słodyczy ale w gościach, czy od czasu do czasu sobie nie odmówię.
Ostatnimi czasy mam zresztą kłopoty z apetytem z racji upałów, których mam już serdecznie dosyć i nerwów.
Ćwiczenia zawiesiłam, bo zwyczajnie brakuje mi czasu i ochoty (30-38 stopni w mieszkaniu nie zachęca), a gdy temperatura na jeden dzień odpuści i mam chwilę wolną, to usiłuję w domu sprzątnąć, lub poprasować.

Dziś może uda mi się Wojciecha namówić na małą sesję zdjęciową, to Wam zrobię aktualizację. Mimo przerwy ćwiczeniowej, jakieś tam mięśnie zostały. ;P

***
3 tygodnie byłam też częstą bywalczynią u mojej siostry, bo złapała półpaśca i bidula wychodzić z domu nie mogła. Połowę wakacji przesiedziała w domu, no ale co zrobić. Mam nadzieję, że chociaż trochę jej ten czas umiliłam.
Chcąc jej pomóc w kosmicznym świądzie, powiedziałam, żeby sobie hydroksyzynę łyknęła (2 lekarzy potwierdziło, że moje zalecenie było słuszne, żeby nie było!). Po godzinie siostra mi napisała smsa, że prawie umarła w Rossmanie, tak jej się słabo robiło. A mówiłam... bierzesz hydroksyzynę i siedzisz na dupie przed tv, a nie na zakupy idziesz. No ale wtedy jeszcze diagnozy nie było, myśleliśmy, że to jakieś uczulenie, lub inny grzyb z basenu.
Zdziwiła mnie jej reakcja, bo dałam 25 mg wzięła, a ja nawet i 100 łykałam i prócz lekkiego przymulenia nic mi nie było. A ta po 25 ledwo do domu wróciła i spała jak zabita do wieczora. ;D Stwierdziła, że pierdoli, woli się zadrapać i tego zmulacza nie brać i że jestem jakimś weteranem, że mnie te prochy wszystkie jeszcze nie uśpiły na amen. ;P

****
Antonito super wrócił do formy, zajada, piszczy na dźwięk otwieranej lodówki, bryka i dokazuje Kropce. Ma już daaawno ściągnięte szwy i nic nowego mu nie wyrosło nigdzie. :)
Zagoiło się jak to mówią, jak na psie. ;D












*****
...i tak mi się przykro zrobiło na wieść o śmierci Chester`a .
Kurcze od lat tak lubię Linkin Park, tyle mam wspomnień związanych z ich muzyką.
Szkoda. Wielka szkoda... :(



******
Co tam jeszcze się działo...
No jeszcze się działo ale to Wam napiszę następnym razem. :)
Wybaczcie mi proszę nieobecność.
Poprawię się! :*

Łapcie parę zdjęć przeprosiny! ;)

Foty z działeczki u teściów:






I nowy członek rodziny, który mam nadzieję, że zje nam choć trochę tych przeklętych, fruwających diabelstw (moli). Skurwiele zalęgły się gdzieś u sąsiadów i cały budynek ma teraz nowych lokatorów. :/



Wybaczycie?...

wtorek, 18 lipca 2017

18 lipca. Fryzjer! :)

Teściówa namówiła mnie na miodowy kolorek włosów i w zasadzie... jest ładnie! :)
Fryzjerka trochę pojechała z krótkością i pierwsze słowa Wojtka jak mnie zobaczył, to:

-Ooo, jaki ładny chłopczyk!

;D To mówi samo za siebie. Ale włosy troszkę podrosną i będzie cacy. Tzn. jest OK ale mogła mnie ciut mniej opitolić. :)
Mamunia-Teściowa też zadowolona ze swojej metamorfozy. No, przynajmniej mi się nie przyznała, że jest coś nie tak. :)

Lubię siebie w krótkiej fryzurze.
Zawsze dopasowywałam się do otoczenia, chciałam wtapiać się w tłum, być niezauważalna. Rodzina wpajała nam z siostrą, że włosy to atrybut kobiecości.

-Nie macie cycków, zgrabnych nóg, ale włosy macie chociaż ładne. 
-Brzydko wam będzie w krótkich. 
-Do krótkich to trzeba mieć ładną twarz. 
-Nie farbuj! Zniszczysz włosy! Będziesz żałować!
-Nie tnij! Będzie ci brzydko! 

Tak nam mówiono... Ale w wieku 27 lat, w momencie rzutu depresji miałam dość. Chciałam radykalnej zmiany. Z gęstych, długich włosów, zrobiłam krótkie cięcie. Szok!
Najlepsze, że moja 20 lat starsza siostra też poszła w moje ślady i z całe życie długich ścięła na krótko. ;P
No i tak od roku mam krótkie.
Czasem tęskno patrzę na dziewczyny z długimi, ale zaraz sobie przypominam, że ja swoje i tak w 99% nosiłam w bardzo ciasnym kucyku, ulizane do tyłu. Suszenie zajmowało mi 30 minut, a każde wstanie z łóżka kończyło się efektem jakby piorun mnie poraził w głowę. Prostowanie to kolejne 30-40 minut było.
Teraz suszenie zajmuje mi 1,5 minuty, ułożenie do 3 minut max. Prostownica? Od wielkiego dzwonu, a przeprostowanie zajmuje mi około minuty.
Wygoda ogromna!
Czasem tylko tak sobie myślę, czy nadal podobam się temu mojemu Wojtkowi jeszcze...

Dla zainteresowanych, prosiątko żyje, ma się dobrze! Jutro ostatni dzień lekarstw!!!
Juuuupiiii!!! ;D
Aaa, no i dziś też poćwiczyłam. Jestem wielka normalnie. ;)

Ooo i jeszcze jedno. Na YT obserwuję młodziutką dziewczynę Wiktorię (link do jej kanału). Zmaga się ona z zaburzeniami psychicznymi. Mądrze prawi i podoba mi się jej kontent.
Dołączyłam nawet do jej nowej akcji.
Bardzo słuszna idea!



poniedziałek, 17 lipca 2017

17 lipca. Powrót do ćwiczeń.

Dziś się w końcu zmobilizowałam i poćwiczyłam. :)
O dziwo całkiem nieźle mi poszło.
Szok! Moje samopoczucie idzie w górę po tym wysiłku fizycznym. Chyba faktycznie coś jest w tych endorfinach po treningowych.

Mały pacjent ma się dobrze, jedynie zabrakło mi probiotyku. Była pewna niejasność w instrukcji jaką dostałam od pani weterynarz, bo antybiotyk mam świniakowi 2x dziennie podawać, więc logiczne mi się wydawało, że podaję probiotyk też 2x. No i tak podawałam, a tu zonk! Zabrakło. Z rana dzwoniłam do najbliższego weterynarza i na szczęście okazało się, że miał na stanie ten lek. Poszłam i oczywiście oprócz probiotyku kupiłam karmy, bo były w dobrej cenie i babkę lancetowatą, bo świniaki ją uwielbiają. ;P
Syropek przeciwbólowy dzisiaj był ostatni dzień. Dzisiaj jeszcze raz muszę wmusić w Antonita antybiotyk i od jutra jeszcze tylko 2 dni zostaną. A później czekamy na poniedziałek i ściąganie szwów.

Wariat świnkowy jestem, ja wiem... ale co poradzę? ;)

Aaa... jutro z teściową z rana idziemy do fryzjera. Będzie się działo! :D

niedziela, 16 lipca 2017

15 i 16 lipca. Co nowego.

Maluszek ma się na serio dobrze! :)
W dniu zabiegu był osowiały, oczka jakby zapłakane, nastroszony, przysypiał na siedząco... Obraz nędzy i rozpaczy. Wczoraj rano już było dużo lepiej. Ma apetyt, pije sporo, bryka, zaczepia Kropkę.
Nie widzę, żeby coś go bolało. 
Probiotyk smakuje mu bardzo! Oblizuje się na wszystkie strony. ;D Gorzej z syropkiem przeciwbólowym. Troszkę muszę wpychać, ale też pije. Koszmar jest natomiast z antybiotykiem. Cuchnie to paskudnie i musi być równie ohydne w smaku, bo Antonito broni się rękami, nogami i zębami przed tym czymś. Wyrywa się, wypluwa, pręży ciałko, łapakami chce "wyjąć" zawartość strzykawki z pyszczka. No ale lekarz zalecił, to podaję.
Troszkę dużo tych leków ale mam zaufanie do tej weterynarz i nie będę nic cudować w dawkowaniu na własną rękę.

Proszę, oto mała fotorelacja z wczoraj. :)

Leki i zalecenia, a po prawej moja rozpiska, żeby się nie pomylić i monitorować wagę (taaak, wieeem, jestem walnięta;D):

Przygotowanie pacjenta do podania leku: ;)


 

Foch po podaniu antybiotyku:

Specjalistycznie dobrana dieta dla rekonwalescenta ;D:
















Jeszcze mały update odnośnie mojej diety. Udało mi się schudnąć ale odpuściłam z ćwiczeniami.
Mam zamiar w najbliższym czasie do nich powrócić, bo dobrze się czułam ćwicząc. 
Co do diety. Nadal nie słodzę, unikam słodyczy ale gdy jest okazja, to sobie nie odmawiam. ;) Na jakieś chrupki też się skuszę, np. "duszki" ;). Chipsów ostatnio trochę zjadłam ale odbijało mi się nimi okropnie. SYF to jest przez wielkie S!
Jem, nie liczę kalorii, nie popadam w paranoję i według mnie bilans jest zachowany! :)
Moje porównanie też będzie ale muszę męża zmolestować do zrobienia mi zdjęć. ;D

Miłej niedzieli Kochani! :*

piątek, 14 lipca 2017

14. lipca Niech już będzie z górki.

Antonito miał dziś tą operację/zabieg. Jak zwał, tak zwał. 
Rano podjadł sobie nic nieświadomy biedaczek, załadowałam go w transporter i zawiozłam do weta (nie znoszę podróży MPK, chamstwo i nieuprzejmość ludzka mnie powalają:/).
Zabieg miał być o 14:15. Zawiozłam małego jak najpóźniej się dało, żeby nie był długo sam niepotrzebnie.
Po 15tej zadzwoniła pani weterynarz i powiedziała, że wszystko się udało, że to był kaszak, histopatologii nie trzeba robić i już się pomalutku wybudza.
Kamień z serca!
O 19tej przyjechaliśmy po pacjenta, otrzymaliśmy kartę informacyjną, leki które będę podawać... Sporo tego, mam nadzieję, że brzuszek się nie zbuntuje. :/ Bida ma kilka szwów i sreberko na szybsze gojenie. Maleństwo strasznie przymulone... Mało się rusza, coś tam podjada ale niewiele i ma takie smutne oczka. :( No smutno mi jak widzę, że nie najlepiej się czuje, a ja nie mam jak pomóc. 
Za 10 dni mamy jechać na ściągnięcie szwów.
Całe szczęście Kropka nie zaczepia jej, nie interesuje się ranką. Jedynie podpierdziela Antoniemu co smaczniejsze kawałki. 
Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej...
Szkoda zwierzaczka. :(

Dziękuję Wam za wszystkie zaciśnięte kciuki! 
Teraz równie mocno je trzymajcie za powrót do zdrowia i polepszenie apetytu. ;)





czwartek, 13 lipca 2017

13 lipca. Nie umiem się odnaleźć.

Odkąd wróciliśmy z tej Szwajcarii, jakoś totalnie wybiłam się z rytmu. Ja mam mózg o budowie cepa. Jak tylko coś się "zaburzy", wkradnie się jakiś chaos, inność, to czuję się jak dziecko we mgle.
Dziwne, jak na stosunkowo młodą osobę.

Opuściłam się z prasowaniem. Sterta rosła i rosła i rosła... A to źle się czułam, a to za gorąco, a to u teściowej pomagałam, a to za późno i mąż chciał spać. Zawsze coś. Dziś już zakasałam rękawy i całe dziadostwo sprasowałam. Z ponad 5 godzin mi to zajęło.

Wczoraj dodatkowo się zmartwiłam, bo głaszcząc Antonita wyczułam u niego sporą gule między łopatkami. :(
Ostrzygłam go w tym miejscu, obejrzałam... Nie było tego! Codziennie prosiaki głaszczę i na pewno tego nie było! Momentalnie mnie zmroziło, bo jedna z moich świnek zmarła na raka i też zaczęło się od takiego guza,z tymże na brzuszku. Zostało to wycięte, niestety przy badaniu kontrolnym wet coś ucisnął i po tej wizycie świnka zmarła. Albo coś zapieprzył i doszło do wylewu pod wpływem nacisku, albo zrobiły się przerzuty, które pod wpływem ucisku pękły. Ledwie ją do domu przywiozłam i zaczęła się pokładać, piszczeć... ;( Nie chciałam robić sekcji, bo co by to zmieniło? Po prostu już się u gościa więcej nie pojawiłam.
Od razu spanikowana stwierdziłam, że jutro umawiam się do weta (było już po 21, inaczej zadzwoniłabym od razu). Wojtek stwierdził, że jak zwykle dramatyzuję. Że może go coś ugryzło, a może Kropka go dziabnęła i że może do jutra zniknie (taaa... jasne!).
Oczywiście nie zniknęło, więc z rana umówiłam się na wizytę. Po 17tej przyjęła nas pani doktor, obejrzała i stwierdziła, że najprawdopodobniej jest to kaszak. Trzeba usunąć chirurgicznie. Im szybciej, tym lepiej. Jutro jadę z małym koło południa, wieczorem ma być już "do odbioru".
Mówiłam lekarce, że jak ja mogłam nie zauważyć, ale uspokoiła mnie, że to dziadostwo potrafi się pojawić z dnia na dzień i nie ma w tym mojej winy. Że najpewniej nie jest to nowotwór złośliwy, ale jeśli guz wzbudzi jej podejrzenia, to trzeba będzie go zbadać histopatologicznie.
Powiem szczerze... stresuję się!
Narkoza, to zawsze ryzyko u gryzoni, później antybiotyki, które świnki też nie najlepiej znoszą (biegunki, wzdęcia, brak apetytu). Nie chcę nawet myśleć co będzie, jeśli... :(

Proszę, trzymajcie kciuki za Antonita. Jutro po 14tej będzie mieć operację. Na szczęście na noc już będzie z nami, bo inaczej bym oka nie zmrużyła. :(

Boję się... :(

czwartek, 6 lipca 2017

6 lipca. Patologia. ;)

***
Śniadanie:
3 kanapeczki z masłem i miodem
herbata żurawinowa z łyżeczką miodu

Przekąska:
jogurt
ok. 5 kawałków czekolady (nie liczyłam, sama znikała ;))

Obiad:
zupa koperkowa z marchewką i ziemniakami
kurczak duszony z cebulką, ziemniaki z masełkiem ubijane

Przekąska:
kilka daktyli
Pluszzz witaminki ;)

Kolacja:
2 małe kromeczki z masłem i szynką
***

W końcu się zmobilizowałam i poćwiczyłam! Normalnie tak mi się nie chciało, że szok. 
Muszę w końcu ruszyć pupę i stworzyć post o mojej metamorfozie ćwiczeniowo-dietowej. W końcu obiecałam! ;)

Rozleniwiłam się ostatnimi czasy... I z żołądkiem jakoś tak gorzej. Pobolewa.

Wczoraj mieliśmy akcję, dziwną dosyć. Ja przeżywam takie sytuacje, bo zaraz mi się wspomnienia uruchamiają.

Żeby naświetlić sytuację, muszę sprostować w jakim budynku mieszkamy.
Jest to niby kamienica. No właśnie, niby... Tak na prawdę to dwupiętrowy budynek podzielony na niewielkie mieszkania, kawalerki. Późniejsi właściciele "zaadoptowali" piwnice (tak, piwnice) i poddasze (na którym mamy zaszczyt mieszkać;)). Jest to lipa jak sam chooooj. Kanalizacja stara i niedostosowana zupełnie do takiej ilości mieszkańców. Wali z rur szambem, pan szambelan często opróżnia studzienkę przy budynku. Nawet nie wiecie jakie to bezcenne uczucie, siedzieć ukiszonym w 35 stopniach i czuć gówniane zapachy z dołu. Pyyycha...
Ciekawe nuty zapachowe wydzielają się również w czasie i tuż przed deszczem. Swąd zgnilizny jest bardzo charakterystyczny i idealnie przewiduje zbliżające się opady (wiarygodniejsze niż prognoza pogody na TVNie).
 Mieszkania są w ogólnie stanie złym. Brak odpowiedniej izolacji, stare okna (pamiętacie zapewne akcję z urąbanym oknem?), rozpadające się kabiny prysznicowe, cieknący bojler, odpadające farby, tynki, krany, sprzęty typu pralka, lodówka, płyta elektryczna starsze ode mnie. No miód malina. 
Nam i tak oberwało się największe i najlepsze mieszkanie. Niedługo stuknie nam tutaj 3 latka.

Ja tam nie narzekam. Jesteśmy sami, niezależni, odcięci od rodzinki, mamy ubikację, wodę, kaloryfery. Nie mam wygórowanych standardów. Do różnych przygód staram się podchodzić z humorem, aczkolwiek czasem człowiek boi się coś dotknąć, żeby się nie rozpadło. :P

Najciekawszą kwestią są tutejsi mieszkańcy. Połowa z nich to osoby, które dostały je z socjalu.
Na parterze mieszka starsza para z 18 letnim synem, z którego robią ciptoka, żeby móc ciągnąć na niego zasiłki. Facet jest nerwowy i ma chyba problem alkoholowy. Ona jest prostą ale poczciwą kobieciną. Czasem podrzuci nam jakieś warzywa z darów, urwie trawę z cmentarza dla świnek, zagada... Wietrzy wszędzie sensację, lubi poplotkować ale gdyby coś się działo na pewno by pomogli i ona i on.
Obok wprowadziło się małżeństwo z córką w wieku na oko gimnazjalnym, która ma imponujące predyspozycje do bycia społeczniarą roku. Jest totalnie bez obciachu. My gdzieś wychodzimy, a ta bez pardonu otwiera okno na oścież, ręce na parapet i się lampi jak ciele na malowane wrota. Gapi się jak w telewizor, wzrokiem nieskalanym inteligencją.
Jest jeszcze jedno mieszkanie na parterze i też chyba jakiś pan tam mieszka ale specjalnie go nie kojarzę, a jak kogoś nie kojarzę, to dobrze o nim świadczy. ;D
W piwnicach rotacja mieszkańców jest ogromna, do nas nie docierały nigdy jakieś niepokojące dźwięki, no ale my na samej górze, także ten... Ale ponoć było tam już wszystko. Kurestwo, narkotyki, złodziejstwo, awantury, chlanie, bijatyki. Już nawet nie liczę ilu ludzi tam się przewinęło.
Na 1. piętrze mieszka starsze małżeństwo. Ona jest zasuszona i bardzo znerwicowana. On alkoholik, uwielbiający puszczać głośno discopolo. Czasem się głośniej posprzeczają, ale spoko. Nieszkodliwi. ;)
Obok mieszka para, trochę starsza od nas. Sądzę, że są byłymi narkomanami, przynajmniej on wygląda mi na opiatowca. Ona znerwicowana bardzo, schorowana. On hazardzista i jakby mu 5 klepki brakowało. Często wpadał pożyczyć korek do wina, bo "do obiadu" chcieli się napić (rozwalał mnie na łopaty tym tekstem;D). Czasem mają głośniejszą sprzeczkę ale z rzadka. Nieszkodliwi.
Pozostałych mieszkańców 1. piętra nie kojarzę.
I pozostaje nasze piętro. Mieszka tu pani "pielęgniarka" ale nie za bardzo wierzę, że nią jest. Ubiera się, maluje, wygląda i zachowuje jak prostytutka. Poza tym zawsze ma "nocne dyżury". ZAWSZE. Ogólnie jest niesympatyczna. Ale nieszkodliwa.
W 2. mieszkaniu mieszka Kasia. Bardzo miła i fajna dziewczyna. Nie znamy się dobrze. Takie "cześć", "cześć", "co słychać". Perełka wśród tutejszych mieszkańców. ;)
I od niedawna mieszka jeszcze jakiś chłopek roztropek. Od jakiegoś czasu ktoś trzaska drzwiami, ale to tak, że aż wszystko podskakuję. Nie było tego, więc to ten gościu.
Wczoraj tak się tłukł w tej kanciapie, że szok! Po chwili pojawiły się krzyki, płacz jakiejś dziewczyny, jeszcze głośniejsze trzaskanie, wyzwiska.
Zerknęłam co się dzieje, ale po chwili koleś wyszedł z mieszkania na korytarz i zaczął dzwonić na policję. Po okraszonym w łacinę dialogu dało się usłyszeć, że ona mu "zajebała patelnią", a on ją "kopnął w nogę". Przyjechała policja, pogadała z jednym, drugim. Okazało się, że laska nieletnia. Pogotowie po nią przyjechało, bo tamten chłopak nagadał policji, że jest niezrównoważona psychicznie (cholera, ja też jestem! sami psychole w tej kamienicy!;)). Kolesiowi ani tej dziewczynie nic się nie stało, ot taka kłótnia.
I słuchajcie co najlepsze!
Dziś koło południa ktoś zaczął napitalać domofonem. I tak przez pół godziny! W końcu ktoś wpuścił... tą laskę z wczorajszej akcji! Jak gdyby nigdy nic przyszła z siateczką, z zakupami. Jeszcze gościa opierdoliła, że jej nie chciał otworzyć (jednak w znacznie łagodniejszej formie, niż wczorajszego wieczoru, patelnia w ruch nie poszła;D).

Im dłużej tu mieszkam, tym bardziej jestem zszokowana poziomem zagęszczenia patoli tu panującej na metr kwadratowy.
Pamiętajcie... To co tu napisałam to telegraficzny skrót. Kwiatków jest znacznie, znaaacznieee więcej. ;)

Śpijcie dobrze kochani i nie okładajcie patelniami. ;P

Motywację wcięło! :(

Powiem Wam, że kicha coś jest...
Po powrocie z wyjazdu szwajcarskiego ćwiczyłam raz. RAZ! Masakra...
Jeżdżę do mamy i pomagam w przygotowaniu mieszkania do ich przeprowadzki. W jednym dniu było szykowanie do malowania i malowanie, w następnych kładzenie tapety... Oj, z tym kładzeniem tapety to był debiut. ;D

Tyle ściany utargałam. Resztę dotargała mama. ;)

Wojtek miał baaardzo optymistyczne podejście.
-Spooooko! Co to za filozofia! 3 godziny na taką jedną ścianę to maks!
-Ale to jest dość długa ściana...
-Oj tam! Mówię Ci, że 3 godziny stykną. Co z ciebie taka pesymistka?
-Raczej realistka...

Małżonek obejrzał na youtube kilka filmików "jak położyć tapetę" i gitara! Zaprogramowany niczym Neo z Matrixa! 
Z tymże niekoniecznie... ;P

Etap początkowy.
Zaczęliśmy przed 11. Skończyliśmy przed 23. :D
Tapetowanie okazało się nie taką prostą czynnością, zwłaszcza jak się ma teściową perfekcjonistkę i wszystko musi być od linijki.;)
Daliśmy radę w trójkę, a jakże! Ale zdecydowanie zaliczam to do niełatwych wyzwań. ;)

Etap końcowy. Aż się ściemnić zdążyło.;)
















Przedwczoraj zaczęłyśmy już z mamą akcję sprzątanie. Niestety moje dłonie na agresywną chemię reagują fatalnie... Skóra z wewnętrznej strony dłoni złaziła, a na palcach (najbardziej ujebliwe miejsca, bo na zgięciach), między palcami schodziła, pękała, jadziła się i swędziała... Swędziała jak jasna cholera. 
Już po powrocie ze Szwajcarii zaczęło mi to wyrzucać na łapach, ale po tych porządkach to koszmar jest. :/ Wczorajszy dzień przełaziłam wysmarowana maścią sterydową, w plastrach i rękawiczkach lateksowych. Na szczęście pomogło. A jutro znów jedziemy z mamą ogarniać. 


Mam nadzieję, że znajdę dziś moc i motywację do poćwiczenia. Za długą labę sobie zrobiłam i coraz trudniej mi się znowu wdrożyć. :/

środa, 28 czerwca 2017

Mini wakacje. :) UWAGA! Dużo zdjęć!!! (bardzo dużo;P)

Zaprosiła nas rodzina Wojtka do Szwajcarii. Oczywiście pełen sponsoring z ich strony, bo my bidoki jesteśmy, wzięliśmy jedynie "kieszonkowe". Zabolało wypłacanie franków, oj zabolało...;P.
Wyjazd (a właściwie wylot), mieliśmy zabukowany od ponad miesiąca ale odwlekałam tą myśl. Potwornie się bałam... 
Wszystkiego! Lotu, nowego miejsca, zatruć... Udawało mi się odwlekać lęki na ostatnią chwilę.
Nagle na 2 dni przed wyjazdu dostałam bóli brzucha, nie mogłam nic przełknąć. Miałam ochotę zniknąć. Cudem nie uciekłam sprzed lotniska.

Do mojego zestawu anty wymiotnego zapakowałam:
*Aviomarin
*Metoclopramidum
*Hydrozyzynę
*opaski Sea-Band (totalne placebo i 3 dychy jak psu w dupę ;P)
*gumy do żucia

Przed wyjazdem na lotnisko, dostałam ataku paniki, zrobiło mi się słabo. Wojtek dzielnie mnie uspokajał, ale dzielnie starałam się swoją histerię chować w sobie.
O dziwo, gdy już na lotnisko dotarliśmy ogarnął mnie całkowity luz! Za to gdy mi luz wjechał, to panikować zaczął Wojtek! ;D Że który terminal, jaki gate, że się spóźnimy, że bagaże pójdą na inny pokład. Role się odwróciły i teraz to ja uspokajałam mojego małżonka. 
Dwa świry się dobrały! ;P 

Żadnych uspokajaczy nie brałam. Wcześniej leciałam do Dublina na kilka dni (też do siostry Wojtka ;D) i bez Aviomarinu i innych uspokajaczy nie wsiadłabym do samolotu. Tym razem bałam się mniej i postanowiłam, że dam radę na trzeźwo (opaski niby anty rzyganiowe się nie liczą, bo guzik dały! ;)). W samolocie tylko od razu sprawdziłam, czy jest torebeczka na wymiociny i stwierdziłam, że jest ale kompletnie nietrwała! Dziadostwo! Jeszcze bardziej mnie to zmotywowało do nie popuszczania górnego zwieracza. ;D

Na miejscu dzieciaki mnie zaabsorbowały, napięty grafik nie dawał czasu na czarne myśli, a kuchnia szwagierki była tak smaczna i leciutka, że no cud miód. :)
Ich starsza córeczka mnie rozczulała. Taki słodki rzep. :) Wszędzie ze mną chciała być. Ze mną się kąpać, ze mną jechać z tyłu w aucie, ze mną do basenu, koło mnie siedzieć przy stole, ze mną zasypiać... Milion razy usłyszałam "kocham cię", mała, ciepła rączka wciąż ściskała moją, uściskom i całusom nie było końca. Jakie to było cudowne. Ja w domu takiej miłości nie zaznałam. W ostatnim dniu już czułam się troszkę przytłoczona ale to chyba naturalne ;). Po prostu nie jestem przyzwyczajona do takich czułości i to w takim wymiarze godzinowym. :D

Aha, dieta i ćwiczenia zawieszone na czas wyjazdu. Może od jutra znów zastartuję, bo dziś coś słabo mi poszło (na wyjeździe nawet dawałam radę, bo jadłam stosunkowo niewiele i lekko). Za to dzisiaj zeżarłam całą tabliczkę czekolady szwajcarskiej i lody u mojej siostry (odbieraliśmy świneczki).

Uff, rozpisałam się. 
Teraz przechodzimy do zdjęć!
Było przepięknie!!! :)))

Chmurki jak wata cukrowa. 

Zachód słońca ponad chmurami.

...i... 



Ach... 

Górki...

Mućka! ;)

Nawet siostrzeniec Wojtka ma świnki morskie! ;D


Zurich

Ścianka wspinaczkowa z moją przylepą. :)

I znów górki.

I jezioro.

Jak tam było pięknie...




I znów widok na Zurich.


wtorek, 20 czerwca 2017

20 czerwca. Zrywanie ściany.

***
Śniadanie:
1,5 kanapki z masłem, serkiem i dżemem
herbata owocowa

Przekąska:
1/2 banana
wafle kukurydziane
ananas suszony

Obiad:
ryż z jogurtem

Przekąska:
cola zero

Kolacja:
1/2 kanapki z serkiem i dżemem
wafle kukurydziane
***

Ufff... Ciężki dzień. 
Gorąco, duszno...
No ale większą część ściany zerwałam (stara farba była wybrzuszona i nic by z niej nie było, wątpię czy w ogóle by przyjęła nową warstwę), jutro to na pewno skończę. Bolą rączki, oj bolą... ;)

Zaczęłam nowy zestaw ćwiczeń, zaraz lecę się kąpać i spaaaaać. :)
Fajnie się tak porządnie styrać od czasu do czasu. Tylko mogło by być ciut chłodniej, bo ciężko będzie się dziś zasypiać. 22:45, a u nas 28 stopni. I tak się mocno "schłodziło", bo było podobno 36. Maaasaaakraaa!:D

poniedziałek, 19 czerwca 2017

19 czerwca. Koniec pierwszej serii ćwiczeń!!! ;D

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem, serkiem i dżemem
herbata owocowa

Przekąska:
jabłko
kisiel truskawkowy

Obiad:
zupa na żeberku z warzywami i koperkiem
schab duszony z ryżem i żurawiną + pomidor

Przekąska:
kilka paluszków
6 kostek gorzkiej czekolady

Kolacja:
jogurt jogobella
***


Jeee! Dziś skończyłam pierwszy etap treningów! Było już tego tyle, że miałam dość. W dodatku upał u nas niemiłosierny (30 stopni, to już niezbyt komfortowo się robi). Ale dałam radę.
Dziś miałam wrzucić zdjęcia i podsumowanie ale zrobię to chyba w środę. 
Jutro w planach mam jechać do teściowej i pomagać jej w malowaniu mieszkania. Szykuje się pracowity dzień.

niedziela, 18 czerwca 2017

18 czerwca. Co za zmuła...

***
Śniadanie:
1,5 kromki z masłem + 1,5 parówki + ketchup i majonez
herbata owocowa + łyżeczka ksylitolu

Przekąska:
wafle kukurydziane
cappucino

Obiad:
zupa na żeberku z warzywami i koperkiem
schab duszony z ryżem i żurawiną

Kolacja:
jogurt jogobella
***


Znowu nie ćwiczyłam.
Dalej przeżywam utratę 20 złotych.
Już w głowie snuję plany, że nie kupię sobie tego i tamtego za karę. Besztam się, że jestem bezmyślna. Wstyd mi.

Miałam przez tą durną sytuację zjebany cały dzień! Uwierzycie?! To hasło "zjebałaś" siedzi mi w głowie jak jakiś kat. 

Zmuła straszna. Od rana ziewałam, oczy mi się zamykały, kipiałam w wyrze. Chyba coś z ciśnieniem się popierdzieliło. Po obiedzie padłam jak mucha na 1,5 godziny i zasnęłam. Nie pamiętam kiedy ostatnio zdarzyło mi się zasnąć w dzień. Nie lubię takich drzemek. Później się budzę, nie wiem jaki dzień, czy to rano, czy noc, jestem rozmemłana i oczywiście w nocy zasnąć nie mogę. 

Biorę sobie do siebie Wasze komentarze odnoszące się do ilości jedzenia i staram się jeść więcej. Wiedziałam jak będzie, dlatego chcę cały czas wypisywać posiłki, żeby mieć kontrolę i obserwować sytuację. Rok temu o tej porze już nie jadłam praktycznie nic, nie miałam mocy na nic, słabłam. Byłam u kresu sił, byłam w trakcie rzucania pracy... Było tak bardzo, bardzo źle. Nie chcę tego znów przeżywać. 
Za każdym razem jest ten sam schemat. Już od prawie 10 lat. 

1) Zaostrzenie fobii, Nerwica sięga zenitu. Przestaję jeść. Pogłębia się depresja. Tracę siły. Przestaję mieć siłę na jakąkolwiek aktywność (nie mówię tu o porannym joggingu, a np. o umyciu się, czy zrobieniu herbaty). Pojawiają się myśli samobójcze.
2) Trafiam do psychiatry.
3) Zaczynam brać leki. Czuję się jeszcze gorzej.
4) Leki zaczynają działać prędzej, lub później. Czasem trzeba jedne zastępować drugimi, modyfikować dawki.
5) Potem jest względnie dobrze.
6) Zaczynam odstawiać. Skutki odstawienne znów dają w dupę.
7) Po kilku miesiącach wracam do punktu 1.

Co za syf...

~~~

Mam dziś jakiś gorszy dzień. Jakaś taka niewydarzona się czuję i w myślach mam moją mamę, zadającą mi kilka lat temu pytanie...
Pamiętam to jak dziś.

Byłam w strasznym dole. Do ślubu zostało kilka dni. Ataki paniki kilka razy dziennie. Wizja przeprowadzki. 

Nie dam rady... Nie podołam... Boję się...

Rodzice o coś się znów kłócili, a ja trzęsąca się jak galareta, targana drgawkami, przerażona, z silnym atakiem paniki usiadłam na ławce przed domem, podwinęłam kolana pod brodę, rękami objęłam nogi i kiwałam się jak dziecko z chorobą sierocą. Miliony złych myśli kotłowały się w mojej głowie.

Niedobrze mi. Będę rzygać? Jak to będzie? Przecież oni mają rację! Ze mną nie da się żyć! Po co ja mu zawracam głowę? Będę rzygać? Nie chcę tu już mieszkać. Nie chcę tu być. Nie chcę rzygać. Niech mnie ktoś przytuli. Tak po prostu. Błagam. Niech ktoś mi obieca, że nie będę rzygać. Ale ja jestem głupia. Żałosna. Lepiej gdyby mnie nie było. Po co takie zjeby się w ogóle rodzą? Nienawidzę siebie. Niedobrze mi. Ja nie chcę nikomu marnować życia. A przecież zmarnuję... Nie będę rzygać? Niech mi ktoś obieca, że nie będę... Błagam...

Mama wyszła z domu, zerknęła na mnie.

-A tobie co się ZNOWU dzieje?
-Boję się...
-Czego?
-Niedobrze mi... Mamo, boję się...
-No tak! Bo nie żresz! Żołądek masz już kwasami przeżarty pewnie! Nie żryj dalej! Sama na własne życzenie to masz! Bo ci się odchudzać zachciało! Odgrzać ci obiad?
-Nie chcę.... Tak bardzo mi niedobrze. Boję się....
-To co mam zrobić? Po pogotowie zadzwonię. Jezu, tobie zawsze coś się musi dziać!
-Nie, nie dzwoń. Może posiedź ze mną chwilę?

Usiadła... Po chwili westchnęła.

-Ech, po kim ty jesteś taka niedorobiona... Przecież wszyscy w rodzinie są normalni... W co ten Wojtek się pakuje?...
-Dziękuję mamo... Dokładnie na takie słowa pociechy teraz czekałam.
-No ale co? Prawdę mówię!
-Tak... wiem. Wiesz co? Proszę, zostaw mnie samą. PROSZĘ...

Gardło boleśnie mi się ścisnęło. Oczy napłynęły łzami. Ale nie chciałam przy niej płakać.
Wstała i zostawiła mnie, mamrocząc coś pod nosem. 
Gardło ścisnęło się jeszcze bardziej. Z oczu popłynęły łzy. Broda mocno zadrżała. Usta wygięły w podkowę...

Minęły prawie 4 lata od tamtej sytuacji. A ja ją pamiętam doskonale. 
To bardzo boli...
A wystarczyło tak niewiele. Pogłaskać chociaż. Powiedzieć, że będzie dobrze. Nie oskarżać znowu. Nie krzyczeć. Czy to naprawdę tak wiele?...

Przysięgam, że ja nie wymyśliłam sobie ani nerwicy, ani tej durnej fobii, ani depresji. Wstydzę się tego. Niestety w pewnym momencie nie ma już się siły udawać, kumulować emocji w środku. To wychodzi samo. Atak paniki po prostu się pojawia. Podczas czytania, oglądania filmu, w wannie. Serce zaczyna łomotać, robi się ciemno przed oczami, mdło, niedobrze, brzuch boli, dopada biegunka, każdy kawałek ciała coraz mocniej drży wbrew woli. 
Nikt kto nie jest masochistą, nie chciałby tego przechodzić, zapewniam.

sobota, 17 czerwca 2017

17 czerwca. Akcja malowanie. Zjebałam.

***
Śniadanie:
1,5 kanapki z masłem, serkiem Almette + jajko na twardo
herbata owocowa z łyżeczką ksylitolu

Przekąska:
banan
figi suszone
wafle kukurydziane

Obiad:
ranty z pizzy (dużo rantów;))

Przekąska:
banan

Kolacja:
3 kromki z masłem, szynką i pomidorem
***

Pojechaliśmy do mamy, bo urządza remont w mieszkaniu. Pomagaliśmy malować, a raczej Wojtek. Ja obklejałam drzwi, listwy, ściągałam spruszynki pozostałe po malowaniu wałkiem... Bałam się malować, żeby nie porobić smug, nie spieprzyć czegoś. Pod koniec odważyłam się pomalować wnękę na lodówkę. ;D Niezła jestem, nie? ;PP

Ale dojebałam z pizzą. Zamówiliśmy ją na obiad i złożyliśmy się na nią. Na kupce była kasa z drobnymi. Pytam teściowej czy odliczone, powiedziała, że tak. Zerknęłam na drobniaki, zapłaciłam. Dużo później przypomniałam sobie, że było jakieś zamieszanie przy składce i było dane o 2 dychy więcej. Okazało się, że nikt tej kasy nie odłożył i zapłaciłam gościowi za dużo o te 2 dychy. Oczywiście nie zwrócił mi, a ja durna nie sprawdziłam...
Przeżywam to jak żaba okres. JAK MOGŁAM nie przeliczyć?! Mąż krótko zreasumował:

-Zjebałaś! TY płaciłaś, TY miałaś pieniądze w rękach, TY nie przeliczyłaś. No ale trudno. Stało się.

Zjebałam... ech. Nie chodzi tu o to że jestem jakimś dusigroszem, po prostu jestem na siebie bardzo zła. No bo jak mogłam nie przeliczyć?

Nie ćwiczyłam...

piątek, 16 czerwca 2017

16 czerwca.


***
Śniadanie:
2 kromki z masłem, serkiem Almette i dżemem

Przekąska:
3 (TRZY) krówki!!!

Obiad:
zupa krem z cukinii
młoda kapustka niezasmażana

Przekąska:
daktyle suszone
chrupki kukurydziane

Kolacja:
2 wafle ryżowe z serkiem Almette i dżemem
elektrolity
***


Dziś byłam dorobić trochę grosza, więc było lekkie kardio pod górkę. ;P 
Pogoda nie sprzyjała, mokra trawa po dupę, spodnie przemoczone, buty przemoczone. No ale dla tego klimatu warto!



Niedawno poćwiczyłam i muszę się przestawić na poranną gimnastykę, bo wieczorami średnio mi idzie. Jestem jak przeżuta i wypluta z pięć razy. Jeśli to według twórców aplikacji jest poziom POCZĄTKUJĄCY, to ja nie chcę wiedzieć jak wygląda w ich mniemaniu poziom zaawansowany.;D
Niech ktoś za mnie weźmie prysznic... Proooooszęęęę... Tak mi się strasznie nie chce... ;)


Zgrzeszyłam... zjadłam 3 krówki... Ach, ta słaba silna wola. ;)

czwartek, 15 czerwca 2017

15 czerwca. Powrót do ćwiczeń.


***
Śniadanie:
2 kromki z masłem i dżemem

Przekąska:
batonik musli

Obiad:
zupa krem z cukinii
makaron z sosem pomidorowym

Przekąska:
jabłko
***

Nie rozumiem swojej logiki. Wiem, że mam czas, wiem że powinnam od rana zacząć sprzątać, że mam przeprasować parę rzeczy, że trzeba poćwiczyć. I co w związku z tym? No i nic, gniję w łóżku do 10-11. ;D
Ależ ja jestem przekorna. :P
Po południu mąż pojechał na wycieczkę rowerową, a ja w tym czasie wybłyszczyłam mieszkanie, zrobiłam pranie i poćwiczyłam. Cieszę się, bo nawet nie miałam problemów z kondychą.

Byle do przodu! 


środa, 14 czerwca 2017

13 i 14 czerwca. No opitalam się jednym słowem!

Wczoraj bidnie było z jedzeniem jakoś... Aż mi wstyd pisać ile zjadłam. No niestety ale jak nie mam apetytu podkręcanego sztucznie to nie jest łatwo.
"Zapominam" o jedzeniu. Nie wiem, jakiś mam problem z tym...
Jeszcze przy okresie mam jakieś takie dziwne smaki. Wszystko wydaje mi się metaliczne i gorzkie. Zrobiłam wczoraj zupę brokułową. Jemy ją i mówię do Wojtka:

-Ej, dziwna ta zupa...
-Ale czemu dziwna? 
-No jakoś tak smakuje nie bardzo...
-No ale jak?!
-Dziwnie... Gorzka jest.
-GORZKA? Co ty opowiadasz! Normalna zupa!

Zaczęłam brodzić łyżką w tej zupie coraz mozolniej, jeszcze dla pewności zjadłam trochę. Aż mnie otrzepało! Serio dziwnie mi smakowała!
Efekt był taki, że dziś spuściłam ją w kiblu i zrobiłam cukiniową. Tak się zastanawiam czy ta brokułowa była faktycznie dziwna, czy mam tak zjechane smaki podczas okresu.
DZIWNA sprawa ogólnie, nieprawdaż? ;D

A dziś sprawa przedstawiała się tak:

***
Śniadanie:
2 kromki z masłem i tuńczykiem

Obiad:
zupa krem z cukinii
makaron z sosem pomidorowym

Przekąska:
jakiś batonik musli

Przekąska:
4 wafle kukurydziane z masłem i tuńczykiem
figa, morele suszone
***

Nie może być tak, że opuszczam się w postach, bo mnie to demotywuje!
Blog uzależnia moi drodzy!
Mobilizuje do ćwiczeń, do regularnego jedzenia.
Chwilunia przerwy (bo okres, mdłości, brak mocy na cokolwiek) i już jestem do tyłu!
Ćwiczenia odpuściłam, bo dziś jeszcze nie czułam się w pełni sił ale jutro uderzam do boju! :)
A Wy nie uciekajcie jeszcze ode mnie. To tylko chwila słabości była. :P

Już niedługo update ze zdjęciami i moim stanem po pierwszym miesiącu ćwiczeń i diety! Sama jestem ciekawa jak to będzie wyglądało. ;)

poniedziałek, 12 czerwca 2017

11 i 12 czerwca. Nerwówka i zdychanko.

Wczoraj jadłam bardzo marnie. Mdliło mnie cały dzień, było mi słabo. Aż wstyd pisać ile ja zjadłam... Spuśćmy na to zasłonę milczenia i przejdźmy do dnia dzisiejszego.

***
Śniadanie:
2 kromki chleba z masłem i dżemem

Przekąska:
ananas suszony

Obiad:
ryba na parze z frytkami pieczonymi bez tłuszczu

Przekąska/kolacja:
figi suszone
kilka herbatników
***

Jak widać dziś też rewelacji nie ma ale jest lepiej niż wczoraj. :/

Od 3 dni nie ćwiczę, bo czuję że mam przeforsowany organizm i stąd te zaburzenia z miesiączką. I chyba dobrze to wydedukowałam, bo dziś mnie dopadło ale tak fest. Ból okropny, słabienie, mdłości i sranie z bólu. Ech i za czym ja tak "tęskniłam"? 

Bardzo uważamy z mężem, żeby nie było wpadki ale stres mam zawsze jak się spóźnia dłużej. A tu była dłuższa przerwa i zaczęłam  schizować. Bo w końcu nie ma 100% skutecznej metody anty? A jeśli jednak wpadliśmy? Leki przecież biorę! A jak zaszkodzą dziecku? No szczyt nieodpowiedzialności! O ja głupia! Koniec z tym! Celibat! Itd.

Na szczęście dostałam i jestem już spokojniejsza (chociaż sponiewierało mnie ostro). 
W necie wielokrotnie się spotykałam ze stwierdzeniem różnych lasek, że wysiłek fizyczny niweluje bolesność brzucha. Yhm... To ja jestem jakaś chyba nietypowa, bo mnie napitala tak samo! A te, które gonią do treningów w czasie "tych dni"... Oj dziewuszki, weszłybyście w moją skórę na ten dzień i byśmy pogadały wtedy o aktywności fizycznej (dystans z lóżka do wc zdaje się być maratonem!).

Za bardzo poszalałam z tymi zmianami. Za szybko, za dużo na raz, zbyt intensywnie.
Chyba trzeba zwolnić troszeczkę.

niedziela, 11 czerwca 2017

10 czerwca.

***
Śniadanie:
2 kromki chleba+1,5 parówki

Przekąska:
ananas suszony

Obiad:
zupa pomidorowa z ryżem
leczo+1 kromka chleba

Przekąska/kolacja:
2 pieczone ziemniaki
sałata+oliwa z oliwek+bazylia+pomidor+rzodkiewka+ogórek
szparag (niedobre to!)

Przekąska:
3 figi suszone
1/2 szklanki coli zero (to już ostatnia, ufff...)
***


Byliśmy dziś u teściów i siostry męża. Fajniutko było. ;)
Nie ćwiczyłam, bo średnio było kiedy. 
Okresu dalej nie ma. Aż test zrobiłam. Negatywny.
Jestem trochę padnięta, bo pogoda wariuje, pełnia podkuwia i źle śpię po ostawieniu mirty. Dziś miałam pobudkę o 5.00. :/I w takich wypadkach mieszkanie w mikro kawalerce jest niekomfortowe, Wojtek ma zajęczy sen i nie chcąc go obudzić, musiałam się mocno pogimnastykować. Mysz od kompa kitrałam pod kołdrą i poduszką, żeby nie klikała za głośno. ;P

piątek, 9 czerwca 2017

9 czerwca.

***
Śniadanie:
1,5 kromki chleba z ketchupem
2 jajca na twardo z pieprzem i solą

Przekąska:
morele suszone
kilka herbatników

Obiad:
zupa pomidorowa z ryżem
leczo+1 kromka chleba

Przekąska:
3/4 jabłka
Pluszzzzz Multiwitamina
szklanka Coli Zero (trza to wypić, a z imprezy ostatniej zostało)

Kolacja:
2 wafle ryżowe z dżemem niskosłodzonym
***

Dzisiaj tak strasznie mi się nie chciało ćwiczyć... Dopiero wieczorem się zebrałam i ruszyłam dupę. Małżonek był zdziwiony ile zestawów i powtórzeń zrobiłam. Ćwiczenia zajmują mi ponad godzinę i to taki wycisk jest, że hej! 

A okresu jak nie było, tak nie ma. Ech... a jutro akurat jedziemy na grilla. Zakład, że jutro mnie dopadnie? ;)

Kijowy mam dziś humor, nie wiem o co mi chodzi... Czyżby osławiony PMS? ;P 
Bez mocy coś jestem. Szok, że się zmobilizowałam i ten trening odhaczyłam. 

Teraz prysznic i łóżeczko...

Dobranoc! :)

czwartek, 8 czerwca 2017

8 czerwca.

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem i szynką

Przekąska:
szklanka Coli Zero
banan
7 herbatników

Obiad:
zupa pomidorowa z ryżem
frytki pieczone w kobiwarze, bez dodatkowego tłuszczu, solone

Kolacja:
3 wafle ryżowe z dżemem porzeczkowym
banan
***


Poćwiczone... Jednak brzuch się zdecydować nie może. Rano bolał i już myślałam, że coś z tego będzie, a tu lipa. Podejrzewałam, że po ćwiczeniach się zacznie ale nic. Nie wiem co to tak się wlecze. :/

Byliśmy na chwilę u moich rodziców, załatwiliśmy pewną sprawę pomyślnie, także jestem zadowolona. Jedynie tata mnie denerwował, bo gapił się na mnie i "podśmiechiwał" ze mnie cały czas. Pytałam o co mu chodzi, to znów się śmiał i twierdził, że o nic. Taaa, jakbym go nie znała, to bym to kupiła. Jak mnie takie coś wkurza! Jak coś mu nie pasi, to niech powie wprost, a nie jakieś głupie uśmieszki robi. Niezręcznie mi, bo czuję jego wzrok na sobie, a jak już na niego spojrzę, to widzę ten szydzący uśmiech. :/

I taki ogólnie dzień. Z jednej strony dobry, z drugiej średni...

środa, 7 czerwca 2017

7 czerwca.

***
Śniadanie:
3 małe kanapki z masłem i dżemem niskosłodzonym

Przekąska:
morele suszone
3 wafle ryżowe
mały banan
kisiel Słodka Chwila

Obiad:
zupa krem z warzyw
2 pulpety z ziemniakami

Przekąska:
biszkopty 80 g

Kolacja:
3/4 jabłka
***

Matko jakie ja mam dzisiaj ssanie na żarcie. Szok! 
Brzuch pobolewa ale póki co nic więcej. Nie lubię gdy mi się "te dni" spóźniają. Robię się tykającą, wiecznie głodną, popuchniętą zołzą:/

W tv od rana trąbili dziś o jakimś dniu seksu, czy coś? Ja pierdzielę, czego to ludzie nie wymyślą. Dzień bez stanika, dzień seksu, dzień kota... No na serio komuś się bardzo nudzić musiało.

Nie ćwiczyłam, bo aplikacja zaleciła dziś odpoczynek ale sama nie wiem, czy dobrze zrobiłam, bo jak jutro mi się w końcu ten brzuch rozhula, to szczerze wątpię czy będę w stanie się ruszyć dalej niż do kibla. Ale nie, nie nastawiam się negatywnie! A nuż w tym miesiącu nie będzie napitalać? (och, słodka naiwności...)

Także tego ten... ja dziś chyba nastroju do uczczenia Dnia Seksu nie posiadam. Wybacz mi Geniuszu, który owe Święto wymyśliłeś. ;D

wtorek, 6 czerwca 2017

6 czerwca.

***
Śniadanie:
1,5 kanapki z masłem i tuńczykiem
7-8 herbatników (głód przed okresowy;P)

Przekąska:
morele suszone
Litorsal
"zdrowe" chipsy wielozbożowe z ziołami
3/4 wielkiego jabłka
Cappucino+łyżeczka kawy rozpuszczalnej (BEZ cukru;))

Obiad:
zupa krem z warzyw
2 pulpety z ziemniakami

Przekąska:
80 g biszkoptów
cola zero 1 szklanka

Kolacja:
pozostała 1/4 jabłka-giganta ;)
***


Poćwiczyłam! Ale jest coraz ciężej. Coraz więcej powtórzeń, coraz dłużej...
Okropny dziś zaduch. Po co wyjeżdżać za granicę, jak mamy tropiki tu, w Polsce? Bezpieczniej, a i klątwy faraona się nie złapie.;P Pamiętam jak moja siostra cieszyła się z wyjazdu do Turcji. Planowała go z rok czasu, pojechała na 2 tygodnie. Z czego tydzień spędziła albo "na", albo "nad" kiblem. Blech... ;)

Ale mam dziś wyrzuty sumienia z powody tych herbatników, chipsów i biszkoptów... Złamałam się! Ja jednak nie mogę mieć słodyczy w domu.

Nawet zupkę dziś skleciłam, mimo że nie miałam za bardzo z czego. Co jak co, umiem sklecić coś z niczego. :D Wzięłam zmęczoną pietruszkę, kawałek selera, kilka ziemniaczków, małą cebulę, doprawiłam, trochę masła, zblendowałam i tadam! Zupa krem gotowa! 

Byłam też u pani psychiatry. Jest bardzo powoli ale lepiej. Leczenie trwa już prawie rok. Strasznie ciężko było mi się wygrzebać z tego doła psychicznego. Jak sobie przypomnę w jakim stanie byłam... Koszmar.
Wolę nie myśleć o odstawianiu leków. Zresztą i tak najdalej po roku mam kolejny nawrót i znowu jestem w punkcie wyjścia. I znów wchodzenie na leki, znów uboki. Aaa, nie będę teraz o tym myśleć! Szkoda psuć sobie humor.

Nadchodzi burza.
Lubię ten powiew świeżości, zapach ozonu, wiatr, błyski, grzmoty... 

poniedziałek, 5 czerwca 2017

5 czerwca.

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem i szynką

Przekąska: 
kilka suszonych moreli
kisiel Słodka Chwila
30 gram "zdrowych" wielozbożowych chrupek

Obiad:
trochę zupy
pulpety wieprzowe w sosie warzywnym
ziemniaki młode

Kolacja: 
2 kanapki z masłem i dżemem (niskosłodzonym)
***


Poćwiczyłam, wymęczyłam się, ugotowałam kuleczki mięsne, a wieczorem byliśmy u teściowej.
U mnie w końcu się uspokoiło i śpię normalnie. Nie ścina mnie tak jak po mirtazapinie, ale zasypiam, wilczego głodu już nie ma, zawrotów głowy też nie, lęki dzięki Bogu nie są większe, niż zwykle. Wydaje mi się, że najgorsze minęło. ;)

niedziela, 4 czerwca 2017

4 czerwca.

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem, szynką i ogórkiem konserwowym

Przekąska:
Litorsal
3 figi suszone

Obiad:
zupa koperkowa
2 ranty z pizzy ;P
makaron z sosem serowym

Przekąska:
chrupki kukurydziane
winogrona
cola zero 1,5 szklanki

Kolacja:
jabłko
***

Ćwiczenia odbębnione.;)

Smętna i parna ta niedziela...

Zakiełkowała mi w głowie myśl, że może by tak spróbować zapuścić włosy?... Już trochę odrosły od ostatniej wizyty u fryzjerki i może nie ścinać jednak?
A co tam! Spróbuję! Szczerze powiem, że trochę mi tęskno za dłuższymi włosami. Niedawno minie rok od pierwszego ostrego, krótkiego ścięcia. ;)

sobota, 3 czerwca 2017

3 czerwca. Nie ma lekko...

*** 
Śniadanie:
2 kanapki z masłem i miodem

Przekąska:
bananowy jogurt Jogobella
mango suszone
Litorsal
3 figi suszone

Obiad:
zupa koperkowa
makaron z kurczakiem i sosem serowym

Przekąska:
winogrona
chrupki ryżowe

Kolacja:
kilka rantów z pizzy ;P
szklanka coli zero
***

Noc miałam cudną... Zgodnie z sugestią pani doktor zażyłam hydroxyzynę na wieczór. Podbiłam też nasenny z 1 tabletki na 1,5, bo poprzedniej nocy miałam straszne kłopoty z zaśnięciem.
Miałam nadzieję, że hydro chociaż trochę mnie uśpi ale gdzie tam. Jakoś jednak zasnęłam koło 23:30. Niestety o 3 rano już było po spaniu. No za nic nie mogłam usnąć. Źle mi było w nerwy, przewracałam się z boku na bok... o 4tej zjadłam "śniadanie".
Udało mi się zasnąć koło 7mej i zdrzemnęłam do 8:30.

Zmięta jestem okropnie ale dokończyłam prasowanie, poćwiczyłam (ile się przy tym kurw sypało, to głowa mała). Musiałam sobie co chwilę przerwy robić, bo słabłam. Grunt, że jakoś dałam radę. ;)

Na wtorek jestem umówiona do pani psychiatry.
Zdaję sobie sprawę, że jeszcze kilka dni będzie mnie tak męczyć. Grunt, że już mnie nie mdli i nie mam zawrotów głowy. Słabawa jestem, no ale co się dziwić? Wczoraj jeść nie mogłam, co chwilę na kibel ganiałam, śpię bardzo kiepsko.
Oby mi się z tym spaniem uregulowało...

Dziś przyszli koledzy Wojtka do nas. Obejrzeliśmy mecz, a teraz chłopaki ciupią na xboxie. ;)
A ja wtykam zapałki między powieki i próbuję trzymać poziom. :P