poniedziałek, 30 stycznia 2017

Złośliwość rzeczy martwych...

Dzisiaj moja nerwica bawiła się ze mną wprost wspaniale.
Rano wstałam z mocnym postanowieniem pościągania ozdób świątecznych z okien i choinki. Natchnęła mnie do tego Rybeńka swoim postem.
Więc pościągałam nalepki z okien, rozebrałam choinkę, poskładałam wszystko do siatki, schowałam, upchnęłam i zabrałam się za mycie baaardzo pobrudzonych okien.

Z racji, że mieszkamy na poddaszu w wiekowej i wysłużonej kamieniczce, mamy równie wiekowe i wysłużone drewniane okna dachowe <eufemizmy są tu przeze mnie używane celowo, aczkolwiek  nie wiem czy uda mi się w tej, jakże poprawnej oraz kulturalnej formie dotrwać do końca postu>.
Jedno z tychże okien od około pół roku, a nawet dłużej zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Zacinało się, nie chciało domykać, było nieszczelne i tak dalej... O jakże wielkie było dziś moje wkur..., przepraszam, ZADZIWIENIE, gdy otwierając to okno po prostu strzeliło ono w poprzek, konkretniej rama. Szok... Zamknąć już go się nie dało, zawias powykrzywiany. 1,5 godziny się męczyłam i mocowałam, wypuszczając z ust takie bluzgi, że sama byłam zszokowana, że takowe znam. Nie powiem, niektóre były bardzo wyszukane.
Napisałam do męża smsa, prosiaki dałam w cieplejsze miejsce, klatkę opatuliłam kocem, sama owinęłam się w szal i klnąc pod nosem zaczęłam wertować internet w poszukiwaniu speca od okien dachowych.
Mąż jak zwykle napisał, że spoko, żebym się nie denerwowała, że coś tam zaradzi jak wróci...
Yhm... Zaradzi...
Jak wrócił i zobaczył z jego ust wypłynęło bardzo soczyste:

-O kurwa... Nie myślałem, że będzie aż tak źle...

Na oględziny problemu zaprosiliśmy sąsiada z dołu. Niestety prócz kolejnych epitetów nie przyniosło to żadnego rezultatu. Stwierdził, że "przesrane" i tyle. Pod wpływem ich oględzin palpitacyjnych wymroziło się w mieszkaniu jeszcze bardziej.
Obdzwoniliśmy po fachowcach, niestety nikt po ciemku robił nie będzie - wiadomo. Dopiero jutro może coś uda się załatwić. Wstępny, telefoniczny rachunek spowodował ostre podwyższenie ciśnienia. Około 500 zł robocizny + okno jakieś minimum 1 000 zł. Mało się nie przewróciłam... Skąd? Jak? Matko skąd my taką kasę weźmiemy?

W wakacje spadła szafka w kuchni, tłukąc do imentu 90% naszych naczyń. Spadła jeszcze na Wojtka. Na szczęście w porę odskoczył i skończyło się tylko na rozciętej wardze oraz siniaku.
Dosłownie tydzień temu wymieniliśmy kabinę prysznicową, bo obecna była zagrzybiała, przerdzewiała, popękana, nieszczelna i rozpadająca się. Około 450 zł poszło się... bujać <tak, znów zgrabnie wpleciony eufemizm>.

Żołądek mam w gardle, ręce mi się telepią i szlag mnie jasny chce trafić na to nasze gniazdko cudowne.
Jebana rozpadlina...
Sorry, ale już silić się na ładne sformułowania nie mam siły. Jestem wściekła. Na siebie, bo mogłam dziś tych okien nie tykać, na tą ruderę, na brak pieniędzy...
Sra się moi mili, oj sra równo...
Nie pozostało nam nic innego niż "domknąć" okno na ile się da i je uszczelnić czym się da. Masakra...

Jak patrzę na swoje świneczki, to zazdroszczę im tego jak mają wszystko w dupie. Byle ciepło, byle żarło było, hamak wisiał i jest git. Ech, jak im do szczęścia niewiele potrzeba... W następnym wcieleniu chcę być świnką morską!
ŻĄDAM TEGO OFICJALNIE!

Życzcie nam, żebyśmy nie zamarzli dziś w nocy i pod poduszką znaleźli 1 500,-.
Pan prezenter zapowiadał -12 stopni. Będzie pizgać złem.
Fantazja...

-Czyli mówisz, że okno się było zjebało?

-Cholera... no to poważna sprawa...

-Ej! Grubasie! Pańcia mówi, że okno popełniło samobójstwo!
-Żarcie mamy? 

-Czekaj, sprawdzę... Mamy!
-No to walić...
-No w sumie to racja...
Walić.
Niech się człowieki martwią.





















niedziela, 29 stycznia 2017

Spacer niedzielny. :)

Mąż osiągnął dziś poziom Mistrz! Udało mu się wyciągnąć mnie na spacer, choć marudziłam strasznie. ;)

Smoooog na dworzeeee... 
Nieee chce mi się... 
Późnieeeeeej...

Menda mendząca ze mnie straszna - przyznaję, ale w końcu poszliśmy i fajnie było. Jednak słoneczko ma na mnie dobry wpływ. :)

Zostawiam Was ze zdjęciami z wyprawy i życzę miłej niedzieli! :) :*










sobota, 28 stycznia 2017

Przyjaźnie.

Zazdrość to uczucie, które towarzyszyło mi od zawsze.
Od dziecka byłam zazdrosna.
Najpierw o to, że babcia kocha brata, a mnie nie lubi.
O to że tata jest miły i dobry dla brata, a na mnie krzyczy i odpycha od siebie.
O to, że wszyscy zachwycają się bratem, jego inteligencją, humorem, elokwencją, urokiem osobistym, a mną nie. Gdy nieudolnie próbowałam być "podobna" do brata, wychodziło to źle i żałośnie.
Byłam zazdrosna o to, że mojego brata lubi nasze kuzynostwo, a mnie odtrąca. Nie bawili się ze mną, odsuwali się ode mnie, za plecami spiskowali, wyśmiewali... A on zamiast bronić młodszą siostrę, godził się na to i wręcz nastawiał innych przeciwko mnie. Czułam się jak czarna owca.

Później w czasie podstawówki byłam zazdrosna o koleżanki.
Okropnie angażowałam się w "przyjaźnie" i chciałam mieć drugą osobę na wyłączność. Nie rozumiałam i chyba nadal nie rozumiem dlaczego w tamtym okresie koleżanki traktowały mnie jak zło konieczne.
W klasie 0-3 miałam przyjaciółkę Ewę. Moje przeciwieństwo. Ładna, mądra, przebojowa, roztaczająca swój czar wśród innych dzieciaków i nauczycieli. Była bardzo lubiana. Stało się tak, że posadzono nas razem w ławce i poczułam, że to moja szansa na posiadanie bratniej duszy, której tak bardzo pragnęłam.
Niestety Ewa miała też masę innych koleżanek. Coraz częściej siadała z innymi dziewczynkami, a ja zostawałam z pustym krzesełkiem obok.
Czułam, że mi się wymyka... Wymyśliłam więc "genialny", rozpaczliwy plan godny 7 letniego umysłu. Zaczęłam Ewę okłamywać, że jestem ciężko chora. Potrafiłam udawać, że miałam operację, bandażować sobie brzuch, rękę, szkoda, że nie głowę. ;)
Początkowo przynosiło to dobry rezultat. Koleżanka współczuła mi, litowała się i była. Gorzej jak ściemy wyszły na jaw. Nie odwróciła się ode mnie całkowicie ale nie traktowała mnie już z szacunkiem. Było widać, że mną pogardzała. W 3 klasie się wyprowadziła i zmieniła szkołę.
Musiałam znaleźć nową przyjaciółkę... Tak bardzo jej pragnęłam!

Usiadłam w ławce z Dagmarą. Już troszkę wydoroślałam, więc kłamstwa poszły w odstawkę.
Było między nami niby dobrze. Odwiedzałyśmy się, dużo rozmawiałyśmy... Jednak było widać hierarchię w naszej znajomości. Ona była w niej o lata świetlne nade mną...
Gdy chorowałam i nie było mnie dłużej w szkole działo się coś czego pojąć nie umiałam. Wracałam i Dagmara siedziała ze znienawidzoną przeze mnie Pauliną. Śmiały się ze mnie, nie odzywały do mnie.
Serce mi chciało rozerwać. Płakałam, pytałam dlaczego tak się zachowują, co ja takiego zrobiłam przez te kilka dni mojej nieobecności, że tak mnie traktują.
Jedyne co słyszałam, to "nic, przecież jest ok.", "ja nie mogę się przyjaźnić TYLKO z tobą, Paulinę też bardzo lubię". Nóż w moje serce po raz kolejny...
Dochodziło do tego, że szłam do szkoły z gorączką, bo wiedziałam co będzie po mojej nieobecności. Znów będę musiała walczyć o uwagę, znów będę sama na przerwach, znów będę wyszydzana...

W gimnazjum sytuacja się nie zmieniła. Powiedziałabym nawet, że było jeszcze gorzej. Znowu konkurowałam o uwagę i byłam z niższego sortu. Miałam tak pokurwioną relację, że do dziś mam żal o to do mamy.
Całą podstawówkę byłam porównywana do brata i siostry. Głupsza, leniwa, mniej zdolna... A moje rodzeństwo taaaaakie pojętne, taaaaaaakie bystre.
No i jeszcze siostra mnie uczyła. Popieprzone ale jakoś dałam radę.
Kończąc szkołę podstawową chciałam iść do gimnazjum do miasta <brat też taką decyzję podjął i bezproblemowo poszedł gdzie chciał>. Nie chciałam nawet słyszeć o pójściu do gimnazjum w sąsiedniej wiosce, bo tam też uczyła moja siostra. Nie chciałam powtórki z rozrywki!
Zarówno ja, jak i siostra bardzo się upierałyśmy, że to zły pomysł, żeby ten chory układ ciągnąć. Ojca temat walił z góry na dół ale mama zdecydowała inaczej.

-Ona to nie Mateusz. Nie poradzi sobie. Dojazdy komunikacją miejską, obce środowisko. Ona jest taka niedojda. Pójdzie na wiochę i koniec.

Płakałam, prosiłam, Ewa to samo... NIE i koniec. Mamusia postanowiła i miało być jak ona chce.

-JA jestem matką! Uródź sobie swoje dziecko, to będziesz decydować gdzie do szkoły pójdzie! O swoim JA będę decydować!

Klamka zapadła... Na domiar złego dyrektor przydzielił mojej siostrze wychowawstwo w mojej klasie. No zajekurwabiście... Wiedziałam, że mam przesrane na starcie.

Od razu przylgnęła do mnie łatka konfidenta, pupilka. Gdy dostałam lepszą ocenę <szóstkowa nigdy nie byłam, mówię tu o ocenie 4+> były gadki, że sprawdzian pewnie podejrzałam, czy inna tym podobna brednia. Wykluczano mnie z grupy, bo będę konfidencić na pewno. Chodziłam do szkoły ze ściśniętym żołądkiem.
Moje "przyjaźnie", były podobne do tych z podstawówki. Ja chciałam wiele, dawałam wiele, a w zamian dostawałam ochłapy. Znowu mnie nie szanowano, wręcz nie lubiano.
Pod koniec 1. klasy nastąpił przełomowy moment. Podpierniczyliśmy i spaliliśmy dzienniczek uwag. Wszyscy byli pewni, że zaraz polecę z tym do siostry, a tu nie... Nie puściłam pary z ust, mimo że siostra naciskała, straszyła karami, była na mnie w domu obrażona, że nie chcę powiedzieć kto to zrobił. W odwecie wyrobiła klucz do swojego pokoju i zamykała w nim wszelkie materiały dydaktyczne <taka manifestacja, skoro ja jej nie powiem, to ona też mi szpilę wbije>. Urażona tym była na wskroś, bo NIGDY nie grzebałam w siostry notatkach, zeszytach, czy sprawdzianach. A mogłam. Miałam dostęp do dziennika, do sprawdzianów... A ten dzienniczek uwag podwędził kolega z klasy, nie ja osobiście. No ale cóż.
Po tym jak pomyślnie przeszłam "próbę dzienniczka uwag" klasa spojrzała na mnie przychylniejszym okiem.Gdy zaczęłam palić papierosy znowu okazałam się być w sumie równa. Gdy popijałam piwo okazało się, że nawet nie taka zła jestem.
Żeby jeszcze bardziej przypodobać się grupie rówieśniczej opuściłam się w nauce. Moja klasa była na dość niskim poziomie, więc było to na moją "korzyść".
W domu miałam piekło... Szlabany, zakazy.

-Ty idiotko! Znowu musiałam się za ciebie wstydzić! To są moje koleżanki! Co chwilę wysłuchuję, jaki stopień dostałaś! Wstyd mi za ciebie! Cały pokój nauczycielski ze mną na czele wysłuchuje o twoich stopniach i zlewczym podejściu!

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej...

Po ponad roku mogę powiedzieć, ze nawet zgrałam się z klasą. Oni zobaczyli, że jestem godna zaufania, że nie jestem sprzedawczykiem, że palę jak oni, że czasem się napiję. Przypłacałam to piekłem w domu i awanturami ale ważniejsi byli rówieśnicy. Dodatkowo do kurwicy jasnej doprowadzało mnie nierówne traktowanie. Moje koleżanki mogły się malować - ja nie. Nawet grama tuszu do rzęs. Zero.Moje koleżanki mogły chodzić z gołym brzuchem i dekoltach - ja nie. Z jej przedmiotów byłam maglowana dużo ostrzej, niż inni.
Siostry koleżanka, a moja polonistka nie chciała mi postawić 5 na koniec roku, mimo, że ze średniej wychodziła mi spokojnie. Dziewczyna która miała średnią niższą od mojej dostała 5 ot tak. Ja się wściekłam i postanowiłam o to jedno zawalczyć, bo język polski lubiłam i uważałam, że byłam z niego dobra. Musiałam napisać dodatkowy egzamin całoroczny. Dostałam z niego pięć i łaskawie otrzymałam 5 na koniec roku. Polonistka była dobrą koleżanką Ewy, ale co ja byłam temu winna? Jej zachowanie było bardzo niesprawiedliwe. Każda moja ocena w tempie ekspresowym dochodziła, do mojej siostry, zwłaszcza ta poniżej 4.
Przyjaciółki jednak nadal nie umiałam znaleźć. To znaczy nadal była ta sama śpiewka...

-Lubię cię, ale...
-Mogę z tobą siedzieć ale niecodziennie, bo...
-Nie bądź zaborcza...
-Nie nadajemy na tych samych falach...

Czułam się jak żebraczka.
W drugiej klasie gimnazjum koleżanka namówiła mnie na obóz językowy, żebym z nią jechała. Miałyśmy jechać we dwie, ona tam znała jeszcze jedną dziewczynę z zajęć. Ania - moja koleżanka z klasy, Gosia - jej koleżanka z zajęć, której nie znałam, Kasia - siostra Gosi.
Jadąc na obóz poznałam właśnie Kasię. Miałyśmy pokój w czwórkę i ja znów przestałam istnieć dla Ani. Wszędzie chodziła z Gosią, mnie zostawiając, zlewając... Na szczęście tu pojawiła się Kasia.
Szalenie ciepła, rezolutna, zadziorna, śliczna, przebojowa... "Zakochałam się" w niej i byłam zszokowana, że ktoś TAKI chce ze mną w ogóle przebywać.
Podczas tego obozu pokazała mi piękno przyjaźni, tego jak to powinno wyglądać. Przytulała się do mnie, łapała za rękę na plaży, dawała buziaki, zdrabniała moje imię. Szok! Ta dziewczyna była jak miód na moje serce... Ania widać było, że jest zazdrosna w pewnym momencie ale mnie już nie zależało.

Przyjaźń z Kasią się rozkręciła, zaczęłam do niej jeździć, nocować, dzięki niej poznałam swojego pierwszego chłopaka, z nią pierwszy raz zapaliłam trawkę, z nią zaczęłam imprezować. Bardzo fajna znajomość. W końcu nietoksyczna. Kasia brała mnie taką jaka jestem.
Byłam nią oczarowana, szczęśliwa, że ją mam. W końcu zaświeciła mi się iskierka nadziei, że może to nie ja jestem zjebana, tylko ludzie których za wszelką cenę chciałam przy sobie mieć.

Moja rodzina również ją poznała.
Gdy tak piałam nad moją przyjaciółką w rozmowie z mamą, usłyszałam z jej ust słowa... Słowa, które mnie zszokowały, wmurowały i wywołały nieprzyjemne pieczenie pod powiekami...

-Wiesz... z jednej strony fajnie, że masz w końcu koleżankę, ale...
-Mamo, to moja PRZY-JA-CIÓŁ-KA! Jest fantastyczną osobą!
-Tak, tak, wiem... Ale tak jak patrzę na was dwie to nie bardzo mi pasujecie...
-Co masz na myśli?...
-No Kasia to taka uzdolniona, pełna pasji, śliczna dziewczyna, a ty? No nie pasujesz do niej... Chodzi mi tylko o to, że zawsze będziesz w tej znajomości gorsza... Zobacz jaka ona jest ładna... A spójrz na siebie...

Usłyszeć takie słowa od matki, rodzicielki... Od osoby, która zawsze powinna wspierać, zwłaszcza w tak trudnym okresie dorastania. Zamiast cieszyć się moim szczęściem, radować z udanej relacji... Nie wiem, cokolwiek! Te słowa były jak brzytwa. Mój uśmiech po nich zniknął. Weszłam do łazienki, spojrzałam w lustro. Splunęłam w odbicie...
"Masz rację mamo. Przy Kasi jestem zerem. Brzydka, gruba, głupia, bez zainteresowań, bez ambicji. Dziękuję mamo, że mi o tym przypomniałaś. Wiadro zimnej wody na łeb zostało wylane."
A później polały się łzy... Dużo łez.


Po dwóch latach moja przyjaźń z Kasią rozpadła się. Nie z powodu kłótni, po prostu zupełnie zmieniłam środowisko i przestałyśmy to pielęgnować. Ona się wyprowadziła, ja wpadłam w licealny szał.
Ale o tym innym razem... To już zupełnie inny etap.

Smutno mi, gdy czytam ten post. Ale skoro go napisałam, to najwidoczniej musiał powstać musi zostać opublikowany...

Enter

wtorek, 24 stycznia 2017

Milutkie spotkanka w rodzinnym gronie.

Nie lubię jeździć do domu rodzinnego...
I źle się z tym czuję... Czuję wyrzuty sumienia z tego powodu.
Nie powinno tak być...

Pojechaliśmy w odwiedziny i na ciasto z okazji moich imienin.
Po południu, gdy mieliśmy się powoli zbierać do rodziców serce zaczęło walić mocniej, szybciej, niespokojnie. Zaczęłam drgać od środka. W brzuchu zaczęła się rewolucja. Wycieczka do WC też była. Mąż się lekko zmartwił.

-Co się dzieje? 
-Nie chcę tam jechać...
-Ale przecież jedziemy tylko na 2-3 godziny. Czemu tym się denerwujesz?
-Nie wiem... To nie ja... Ja nad tym nie panuję... To mój organizm tak się dziwnie zachowuje...

Na prawdę nie wiem Kochany Mężu dlaczego nadal tak reaguję. Nie potrafię Ci tego racjonalnie wytłumaczyć.

Łyknęłam relanium i pojechaliśmy.
Tata baaardzo nerwowy i uszczypliwy <po raz setny rzuca palenie i daje w dupę>, trzeba było chodzić na paluszkach. Ostentacyjnie kaszlał, wszystko mu przeszkadzało. To że palę e-papierosa, to że mama złą sałatkę zrobiła, że wynalazki, że światło zapalone, a rachunki wysokie, itd.
A już sercem mi ścisnęło do bólu, gdy zjedliśmy szarlotkę, którą mama upiekła <bardzo dobra zresztą>, a po dłuższej chwili tata zrobił skwaszoną minę.

-Co jest? Zgagę masz?
-No... Pieprzony placek!
-...
-Lepiej jakbym gówno zjadł, zamiast tego ciasta. Przynajmniej nic by mi nie było.
-Bardzo miło mi to słyszeć.

Mamie zrobiło się przykro...
I mnie tym samym też.
Faktycznie, ojcu często przydałoby się jamę usta czymś zakneblować, bo jak coś palnie, to jak chory w nocnik.

Nie rozumiem jak można takimi pierdołami się ranić. Na każdym kroku. To jakiś cholerny krąg. Mama rani mnie swoimi przytykami, mamę rani ojciec i tak w kółko. A mnie się już ulewa z tego jadu. Dlatego nie lubię tam jeździć.
Nie lubię siedzieć jak na szpilkach, wyczekiwać sprzeczek. Oni nie potrafią się ze sobą normalnie komunikować. Tylko wrzeszczą i wypominają sprawy sprzed 30 lat.
I tym sposobem z rozmowy o wymianie okien, robi się pyskówka z wywlekaniem starych brudów.
Jeśli już MUSZĄ to niech sobie skaczą do gardeł, ja już wiem że nic na to nie poradzę <próbowałam>, ale czy aż tak ciężko wytrzymać w normalnej atmosferze te 2-3 godziny, raz na 2-3 tygodnie, gdy przyjeżdżam do nich w odwiedziny?
No najwidoczniej nie da się...

Wypominanie to paskudna cecha. Wypiłam ją "z mlekiem matki". Od dziecka byłam karmiona opowieściami jaką babcia była podłą teściową dla mamy, jaki ojciec pijus i patol, jaką rodzina ojca zrobiła z niej kurwę, jacy oni wszyscy źli, podli i okrutni dla mojej matulki. W wieku 10 lat znałam już na pamięć wszystkie historie i koligacje rodzinne. Wiedziałam w co mama wbije w szpile przy konkretnym temacie rozmowy. Wszystko to miałam obcykane i z precyzją jasnowidza przewidywałam nadchodzącą burzę.

Najgorsze było to, że gdy tworzyłam już swój związek, chcąc/nie chcąc powielałam schemat, który wpoiła we mnie mama. Wypominałam, wierciłam dziurę w brzuchu, rozgrzebywałam, masochistycznie rozdrapywałam rany w kłótniach z Wojtkiem.
Po ślubie dopiero zaczęłam to widzieć i powiedziałam DOSYĆ!
Nie chcę być taka jak mama!
Odcinam przeszłość grubą kreską. Wojtek zranił mnie mocno ale zgodziłam się na ślub, prawda? W takim razie WYBACZAM i ODCINAM SIĘ OD PRZESZŁOŚCI! Poza tym przecież sama świętoszką nie byłam i nie jestem. Tak w życiu już jest, że czasami ludzie, którzy się kochają ranią... Bardziej lub mniej celowo.
Było to bardzo trudne ale chyba mi się udało...
Z żalem jednak stwierdzam, że moja somatyka zaczyna szaleć już na samą myśl o odwiedzinach rodziców.

Odwykłam od ich zachowań, toksyczności i żalu.
Odwykłam i za nic w świecie nie chciałabym na nowo się przyzwyczajać.

czwartek, 12 stycznia 2017

Zjazd

Od czterech dni gniję...
Budzę się koło 9-10tej, włączam tv, coś zjadam i idę leżeć dalej.
I leżę... Czytam, siedzę na necie... Leżę...
Gdy zegarek wskazuje 14:30 pozoruję normalność, bo Mąż niebawem wróci z pracy. Pozory, to ubranie wczorajszego ubrania, zaścielenie wyra i umycie garów, które piętrzą się od dnia poprzedniego, ugotowanie czegoś na obiad...
I leżę dalej...
Gniję, śmierdzę, nic mi się nie chce...
Mam mdłości, lęki, serce wali ponad 100 na minutę, chce wyskoczyć z piersi...
Włosy nie potrzebują żelu, układają się same pod wpływem niemycia, paznokcie są obdrapane, obskubane z lakieru w sposób obrzydliwy...
Moja matka usiłuje się do mnie dodzwonić od dwóch dni... Nie odbieram. Nie mam ochoty, nie chcę. Męczą mnie jej pesymistyczne opowieści, jej oskarżenia, jej szpiegowanie co zrobiłam na obiad, co robię, gdzie jestem. Moja mama dobija mnie jeszcze bardziej... Przepraszam ale nie chcę być niemiła... Dlatego nie odbieram.
Jestem dobita. Leki postanowiły nie działać. Moja głowa znów jest zasypywana milionem negatywnych myśli. Wszystko jest bez sensu.
Przeszłam w tryb offline.


Klecę tą notkę od wczoraj. Coś napiszę, zaraz kasuję. Zaczynam znowu pisać, czytam i kasuję od nowa. Z jednej strony chcę coś z siebie wyrzucić ale z drugiej się boję i czuję bezsens. Kogo to obchodzi? Gorzej ludzie mają i żyją... Żałosna jestem na całej linii.

Telepie mnie na samą myśl, że znów będę musiała iść do lekarza i testować kolejne specyfiki, które są o kant dupy rozbić. Od wczoraj zastanawiam się nad tym, dlaczego nie mam możliwości w naszym cudownym kraju do eutanazji. Z miłą chęcią oddałabym swoje w zasadzie zdrowe organy, komuś kto chce żyć. Po co mają one we mnie niszczeć i się marnować? Przecież to nie ma sensu...
Zwłaszcza, że mój zły stan nie trwa tydzień, rok, pięć, tylko dziesięć. I nie mam już w sobie nadziei na ozdrowienie. W moim życiu chujnie przeplatają lepsze momenty. Przebłyski, chwile. Ale są to dosłownie krótkie, ulotne sekundy. Cała reszta to czarna rozpacz, podczas której nawet już łez nie ma.
Co ja mam zrobić ze swoim życiem? Nadal uprzykrzać je najbliższym i czuć się tylko ciężarem? Wydawać kasę na kolejnych lekarzy, którzy rozkładają ręce? Poddać się elektowstrząsom? Iść na oddział zamknięty?

Nie wiem... A skoro nie wiem, idę gnić dalej...

***

Uff... Wczoraj mi się ulało ale dziś nastrój lepszy... PMS chyba mnie ogarnął i zawładnął moim mózgiem.
W końcu odebrałam telefon.
-Cześć. Przykrzy mi się... A tobie nie?...
Serce mi się ścisnęło... Przepraszam mamo, że czasem nie odbieram. Nie chcę być niemiła, nie chcę wybuchać na Ciebie. Przelewać złych emocji... Czasem nie mam siły na słowa, które do mnie kierujesz...
Dziś dowiedziałam się od matuli, że zmarła kolejna sąsiadka, że kuzynka mojego taty, to mega sucz <wysłuchuję tych litanii od dziecka...>, że sąsiadka nie oddała tacie dwóch stów i już raczej nie odda z powodu wyżej wymienionej śmierci, że mamy bratanica złapała półpaśca... Jak zwykle ogrom pozytywnej energii.
Ale osiągnęłam spokój w końcu i byłam w stanie normalnie rozmawiać. Wczoraj było to niemożliwe.

Zupa się gotuje, termofor przyjemnie grzeje zbolały brzuch, a ja oddaje się muzyce.
Nie lubię tego co hormony ze mną robią. Nie lubię tego co się dzieje przez ponad tydzień w miesiącu. Teraz już wiem dlaczego najwięcej kobiet popełnia samobójstwa właśnie w tym czasie. Tyle dobrego, że ja wtedy nie jestem agresywna, zdecydowanie bardziej depresyjna. Ale za to depresyjna do szpiku kości.
Gdy już ból piersi, krzyża i podbrzusza wwierca się powodując biegunkę i "zalanie krwią", czuję jak całe te negatywne emocje ze mnie zaczynają uchodzić... Dziwne, prawda? Okres raz w miesiącu, to zdecydowanie za często. Przynajmniej dla mnie.

środa, 4 stycznia 2017

"A teraz idziemy na jednego! A teraz, będziemy wódkę pić!"

Alkohol był obecny w moim życiu odkąd pamiętam.
Od wczesnego dzieciństwa mój tata pił dużo i często. Potrafił bez słowa wyjść z domu na dzień, dwa, trzy, po czym wracał bardzo "zmęczony" i trzeba było chodzić na paluszkach, bo był wtedy bardzo nerwowy. Picie kilku piw, dzień w dzień było zupełną normą.
Wódka też była często. W weekendy obowiązkowo.
Niestety tata nie upijał się w dobry sposób <czy jest w ogóle jakiś "dobry"?...>. Stawał się jeszcze agresywniejszy niż zwykle, wszczynał awantury, wyzywał mamę, mnie. Był nieprzewidywalny i gwałtowny.

Można więc powiedzieć, że alkohol kojarzył mi się źle.
Pierwsze spróbowanie miało miejsce jak miałam jakieś 10 lat. Koniecznie chciałam skosztować piwa. Mama dała mi łyka, skrzywiłam się i nie mogłam pojąć jak to może smakować. Pierwszego macha papierosowego też dała mi mama <L&M czerwony, pamiętam jak dziś>. Ohydztwo!

Moje podejście jednak się zmieniło w okresie dorastania. Trudny okres gimnazjalny, kompleksy, duży przyrost wagi, rozstępy, trudne relacje w klasie, brak akceptacji ojca, brata. To wszystko sprawiało, że nienawidziłam siebie coraz bardziej. Dodatkowo burza hormonów nasilała wszystkie te negatywne emocje. Nie umiałam znaleźć ujścia złym uczuciom. Zaczęłam palić papierosy, nałogowo, pierwszy raz zapaliłam trawkę i poznałam prawdziwy sekret alkoholowego rauszu.
Ze złości na samą siebie, któregoś dnia rozbiłam szklankę i zaczęłam się ciąć. Poczułam niezwykłą ulgę. Zaczęło być to moim wentylem bezpieczeństwa. Po ciężkim, nerwowym dniu, po kolejnej awanturze, czekałam aż wszyscy w domu zasną, brałam miskę i wykonywałam kilka cięć na nadgarstku. Krew ciekła po dłoni, palcach i skapywała do miski. Czułam ulgę... Nie myślałam o bliznach, o tym, że robię coś złego. Uważałam, że jestem i tak brzydka, więc parę sznytów nic nie zmieni na gorsze. Później bandażowałam nadgarstki i tak kółko... Nikt niczego nie zauważył.
Od drugiej klasy gimnazjum paliłam paczkę fajek dziennie, cięłam się regularnie i piłam. Okazjonalnie więcej, a codziennie "kilka łyków" przeważnie wódki skitranej za łóżkiem.
Pół roku tak pociągałam codziennie. Później sobie odpuściłam, bo tata zauważył, że w niewyjaśnionych okolicznościach znikają mu niedopite flaszki z barku. Wiedziałam, że jak się to wyda, to będzie ręka, noga, mózg na ścianie.



W liceum poszłam na całość. Wyrwałam się ze znielubionej gimbazy i weszłam w całkowicie nieznane otoczenie. W nowej klasie nie znałam nikogo. Byłam zszokowana, że ludzie mnie akceptują i lubią. Miałam możliwość wykreowana się na nowo. Od zera.
Z szarej myszki szybko przeistoczyłam się w rezolutną rozbójnicę. Spodobało mi się! Zmieniłam sposób ubioru, skumałam się z podobną buntowniczką, która okazała się moją sąsiadką i poszło... Alkohol lał się strumieniami, impreza goniła kolejną, wagary, jaranie, ćpanie.
Napoje wyskokowe były fajne. Dodawały pewności siebie, odstresowywały, dawały kopa, kolorowały szarą rzeczywistość, dodawały odwagi...
Po późnym powrocie z domu w końcu nie bałam się ojca. Potrafiłam w końcu stanąć przed nim z podniesioną głową, postawić się! Gdy ojciec wpadał w furię i zaczynał mną szarpać, oddawałam! Dostawałam totalnego agresora.
Pamiętam, że raz, przy kolejnej szamotaninie z tatą, wpadłam w straszny szał i sięgnęłam po długi nóż kuchenny.
-Dotknij mnie jeszcze raz, a wpierdole ci ten nóż w bebechy.
Pierwszy raz w życiu zobaczyłam w oczach ojca strach. Mama zaczęła płakać i dzwonić po policję.
Wódka czyniła ze mnie odważną, pewną siebie, bawiącą się facetami, wyszczekaną dziewczynę. Bardzo mi się to podobało.
Mama nie szczędziła mi wyzwisk. Po kolejnej późnym powrocie do domu znowu zaczęła mnie wyzywać od najgorszych i zamachnęła się na mnie, żeby mnie spoliczkować.
Adrenalina ponownie we mnie zawrzała. W powietrzu złapałam jej rękę, z całej siły ścisnęłam nadgarstek i wycedziłam przez zęby:
-Uderz mnie... Proszę bardzo! Ale jeśli to zrobisz, to dostaniesz z nawiązką. Na ścianie wylądujesz. Ja sobie już nie pozwolę żeby ktokolwiek mnie uderzył, rozumiesz?

Po szalonym okresie liceum, nastał nowy etap. Pierwszy poważny związek. Odpuściłam imprezy, chlanie i inne rozrywki. Można powiedzieć, że się uspokoiłam na czas jakiś. Piłam ale z głową.
Po ponad roku, gdy w związku zaczęło się nie układać znów zaczęłam pić więcej i dostawać małpiego rozumu. Po dwóch latach doszło do burzliwego rozstania i zapijania smutków na imprezach. Standardowy już dla mnie sposób na odreagowanie wszelakich problemów...
Urżnąć się jak świnia, zatrzepotać rzęsami przed kolejnym absztyfikantem i hulaj dusza, piekła nie ma.

W tym całym szaleństwie pojawił się On. Oczywiście pierwsze spotkanie w knajpie, przy piwku <niejednym ;)>. Nie traktowałam tej znajomości zbyt poważnie, ale z czasem pojawiło się zaangażowanie z obu stron i zostaliśmy parą.
Pierwszy etap naszego związku był nie najprostszy. Dużo kłótni, niedopowiedzeń, sekretów, imprez. Alkohol dodatkowo podsycał konflikty. Po pół roku nastąpił kryzys. Trudna sytuacja z którą nie umiałam sobie poradzić długi czas... Chciałam się rozstać, jednak On jakoś mnie przekonał, żeby spróbować ponownie.
Tego alkoholu było coraz mniej, od imprezy do imprezy, zielsko rzuciłam, jedyne co zostało z nałogów, to papierosy.
Niestety zauważyłam, że mimo rzadkich pijaństw, dostawałam po procentach małpiego rozumu. Mój, wtedy jeszcze chłopak również stawał się drażliwszy, a mnie odbijała korba. Zaczynały się spięcia, wypominanie, krzyki, złośliwości. Wstępował we mnie diabeł. Zrozumiałam, że odziedziczyłam to po tatusiu...
Gdy Wojtek poprosił mnie o rękę, zrozumiałam, że to nie przelewki <zwłaszcza, że termin ślubu padł na sierpień, a zaręczyny odbyły się w czerwcu ;)>. Mieliśmy zamieszkać razem, zacząć nowe, swoje życie.

Długo nad sobą myślałam i doszłam do wniosku, że nie potrafię zachować zdrowego rozsądku przy piciu. 99% głupstw jakie popełniłam, były robione "pod wpływem"... Wszelkie złe, niepotrzebne myśli kłębiły się w mojej łepetynie po paru głębszych... Stawałam się agresywna, zaczepna... Dostawałam weny na flirty i bajery...
Wniosek był jeden.

Alkohol nie jest dla mnie. 

Nie mam zamiaru narażać małżeństwa, przez etanol. Nie chcę żeby moje małżeństwo było tak spaprane, jak u moich rodziców.
A że ja nie lubię półśrodków, to przestałam pić całkowicie. Papierosy też rzuciłam z dnia na dzień po 8 latach wypalania paczki dziennie.
Toast na ślubie wznosiłam Piccolo i tak zostało do dziś.
Przez 4 ostatnie lata wypiłam pół kieliszka czystej wódki, ok. 5 łyków piwa, pół napoju piwopodonego Radler i tyle.
Nie jest to w żadnym wypadku walka z mojej strony. Nie mam pokusy napicia się.
Przeprowadziłam analizę swoich postępowań, zachowań jakie alkohol wyzwalał we mnie. Dostrzegłam uderzające podobieństwa do ojca. Doszłam do wniosku, że nie warto narażać fajnego związku na rozpad, przez parę głębszych.
Zrobiłam sobie takie pranie mózgu, tak sobie obrzydziłam wódę, że odrzuca mnie na samą myśl do dzisiaj.
Taka już jestem... O ile u innych ludzi nauczyłam się dostrzegać odcienie szarości, to wobec siebie półśrodków nie uznaję...
Jest czarne, lub białe.
Tak, lub nie.
Piję na umór, lub nie piję wcale.
Jestem, albo mnie nie ma...

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Szczęśliwego Nowego Roku! Co się działo, jak mnie nie było...

Witajcie kochani.
Nie pisałam, bo forma znów się posypała.
Przed świętami pojechałam do szwagierki i odgruzowałam jej dom <3 dni roboty od rana do nocy>. Ona w ciąży, chciałam pomóc, bo wigilię robili u siebie... No zrozumiałe.
Jej synka bolał brzuszek przez 2 dni, szwagra też, ale kto tam by się przejął w tym całym zamieszaniu.
Nas też coś wzięło przez jakieś dwa dni <bóle brzucha, brak apetytu, lekkie mdłości>. Ganiałam za mężem z espumisanem w kropelkach. ;)
No ale w ferworze walki przeszło szybko i bez większego echa.

Nadeszła wigilia...
Było 13 osób, w tym 3 dzieci. Moja nerwica natręctw już mi szeptała do ucha, że 13, to pechowa liczba, że to coś znaczy, itd.
Wieczorem się zaczęło. Szwagierka nr 1, która jest w ciąży musiała się położyć z racji mdłości i bólu żołądka. Mnie zapaliła się lampka ostrzegawcza, ale mój mąż mnie uspokajał <przecież ciąża, może się przejadła...>.
Na drugi dzień okazało się, że w nocy szwagierka wymiotowała.
Cień blady na mnie padł: GRYPA ŻOŁĄDKOWA.

Pierwszy dzień świąt u moich rodziców spędziłam na ciągłym baniu się i analizowaniu każdego burgnięcia w moich trzewiach. Mdłości powodowały ścisk żołądka. O jedzeniu można było zapomnieć.

2. dnia świąt pojechaliśmy z teściami na grób babci i w odwiedziny do drugiej babci. Wróciliśmy do teściów i miło gadaliśmy, czekając na drugą siostrę męża z przyległościami. Wrócili wcześniej niż planowali... Jak tylko usłyszeliśmy chrobot kół, ja szepnęłam do męża "Mają jelitówkę, złapało ich i wrócili wcześniej... Jezu...". Odburknął mi, że pieprzę głupoty.
Drzwi się otwarły. Szwagier nr 2, skarżył się na ból głowy i żołądka, ich najmłodszy syn miał ból brzuszka, płakał.
No zaje-kurwa-biście... Po chwili zaczęła się akcja rzyganie. Najmłodszy się rozłożył.
Mąż widząc moją rosnącą panikę, powiedział, że będziemy się zbierać.
Po powrocie do domu dostałam pierdolca.
Mierzenie temperatury co 5 minut, przestałam jeść, panika... Pod namową męża łyknęłam dwie hydroxyzyny i wybuchnęłam płaczem.
Jakie to głupie i żałosne... Czemu ja tak się tego boję?! Czemu nad tym nie panuję?! Na pewno się zarazimy! Koniec!

Zmulona hydro i resztą leków poszłam spać. Oczywiście z pustym żołądkiem.

Nazajutrz zadzwoniłam do teściowej. Pogrom. Mały rzygał w nocy, szwagierka to samo, u szwagra na bólu żołądka się skończyło, teściową mdliło, miała biegunkę i mdłości. Moja panika sięgnęła zenitu.
Nie jadłam, mierzyłam temperaturę 5 razy na minutę, moje myśli były tylko w jednym kierunku.

A było tak pięknie jeszcze kilka dni temu...

Kilka dni w tym strachu tkwiłam. Po 4 dniach zaczęłam luzować. Zaczęłam sobie tłumaczyć, że okres "wykluwania" wirusa, to ok. 24-72 godziny, że być może myśmy to już dawno przeszli, jeszcze u pierwszej szwagierki. Poczułam, że jestem bardzo słaba z głodu i muszę zacząć nad sobą pracować, bo znów schudnę i nie będę miała siły wstać z łóżka.

W piątek mieliśmy mieć rodzinną imprezę znów u teściów <rocznica ich ślubu>. Powiedziałam mężowi, że go przepraszam ale nie dam rady... Znów dzieciaki, ruch, huk, do tego uroczysty obiad <baaardzo śmieszne, skoro od kilku dni ciągnęłam na ryżakach, a po kilku kęsach schabu w warzywach poleciałam na kibel ze sraczką z nerwów>. Dodatkowo miała być ciotka męża, której nie trawię <jest dla mnie złośliwa, niemiła, kilkukrotnie sprawiła nam przykrość i źle się czuję w jej towarzystwie>.
Pomalutku zaczynałam wracać do równowagi i wiedziałam, że to spotkanie rozwali mnie na kolejne dni.
Nie obyłoby się bez pytań: czemu nie jesz? czemu tak mało? nie smakuje ci? pracujesz? ojej, dlaczego? a od kiedy? dobrze się czujesz? dołożyć ci? musisz coś zjeść. ale jesteś wysuszona, sama skóra i kości. musisz się wziąć na siebie., itd., itp.
Nie, nie miałam na to siły... Zadzwoniłam do teściowej, przeprosiłam. Miałam poczucie winy, źle mi było z tą decyzją, czułam że postąpiłam egoistycznie, "źle". Jednocześnie jednak towarzyszyła mi ulga, że tam nie pojechałam. Czułam się psychicznie wyprana tymi świętami.
W piątek sobie wysprzątałam mieszkanko, starałam się więcej jeść, poprałam...

Sylwester spędzaliśmy u mojej siostry, z moim bratem i jego dziewczyną.
Było średnio.
Dlaczego?
Bo mój brat jest bucem.
Narcyzem.
Fałszywym człowiekiem.
Egocentrykiem.
Egoistą.
Bez szacunku do rodziców, do nikogo.
Gdy ktokolwiek ma inne zdanie od niego, neguje, poniża, wyśmiewa...

W dużej mierze zepsuł nam tego sylwestra.
Kocham mojego brata, bo jest moim bratem, bo "muszę" z racji więzów krwi, ale jako człowieka go po prostu nie lubię.

Wybaczcie zatem, że się nie odzywałam ale albo nie miałam czasu, albo byłam tak rozchwiana, że nie chciałam tutaj jęczeć i komukolwiek negatywne fluidy przekazywać.


Z okazji Nowego Roku życzę Wam dużo zdrowia, miłości, uśmiechu, nadziei, optymizmu, spełnienia, akceptacji, samorealizacji i spełnienia marzeń. Niech ten nadchodzący rok będzie dla Was lepszy od poprzedniego.

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO KOCHANI! :*

A teraz uciekam pod prysznic i biorę się za pokaźną kupkę prasowania. ;)