środa, 4 stycznia 2017

"A teraz idziemy na jednego! A teraz, będziemy wódkę pić!"

Alkohol był obecny w moim życiu odkąd pamiętam.
Od wczesnego dzieciństwa mój tata pił dużo i często. Potrafił bez słowa wyjść z domu na dzień, dwa, trzy, po czym wracał bardzo "zmęczony" i trzeba było chodzić na paluszkach, bo był wtedy bardzo nerwowy. Picie kilku piw, dzień w dzień było zupełną normą.
Wódka też była często. W weekendy obowiązkowo.
Niestety tata nie upijał się w dobry sposób <czy jest w ogóle jakiś "dobry"?...>. Stawał się jeszcze agresywniejszy niż zwykle, wszczynał awantury, wyzywał mamę, mnie. Był nieprzewidywalny i gwałtowny.

Można więc powiedzieć, że alkohol kojarzył mi się źle.
Pierwsze spróbowanie miało miejsce jak miałam jakieś 10 lat. Koniecznie chciałam skosztować piwa. Mama dała mi łyka, skrzywiłam się i nie mogłam pojąć jak to może smakować. Pierwszego macha papierosowego też dała mi mama <L&M czerwony, pamiętam jak dziś>. Ohydztwo!

Moje podejście jednak się zmieniło w okresie dorastania. Trudny okres gimnazjalny, kompleksy, duży przyrost wagi, rozstępy, trudne relacje w klasie, brak akceptacji ojca, brata. To wszystko sprawiało, że nienawidziłam siebie coraz bardziej. Dodatkowo burza hormonów nasilała wszystkie te negatywne emocje. Nie umiałam znaleźć ujścia złym uczuciom. Zaczęłam palić papierosy, nałogowo, pierwszy raz zapaliłam trawkę i poznałam prawdziwy sekret alkoholowego rauszu.
Ze złości na samą siebie, któregoś dnia rozbiłam szklankę i zaczęłam się ciąć. Poczułam niezwykłą ulgę. Zaczęło być to moim wentylem bezpieczeństwa. Po ciężkim, nerwowym dniu, po kolejnej awanturze, czekałam aż wszyscy w domu zasną, brałam miskę i wykonywałam kilka cięć na nadgarstku. Krew ciekła po dłoni, palcach i skapywała do miski. Czułam ulgę... Nie myślałam o bliznach, o tym, że robię coś złego. Uważałam, że jestem i tak brzydka, więc parę sznytów nic nie zmieni na gorsze. Później bandażowałam nadgarstki i tak kółko... Nikt niczego nie zauważył.
Od drugiej klasy gimnazjum paliłam paczkę fajek dziennie, cięłam się regularnie i piłam. Okazjonalnie więcej, a codziennie "kilka łyków" przeważnie wódki skitranej za łóżkiem.
Pół roku tak pociągałam codziennie. Później sobie odpuściłam, bo tata zauważył, że w niewyjaśnionych okolicznościach znikają mu niedopite flaszki z barku. Wiedziałam, że jak się to wyda, to będzie ręka, noga, mózg na ścianie.



W liceum poszłam na całość. Wyrwałam się ze znielubionej gimbazy i weszłam w całkowicie nieznane otoczenie. W nowej klasie nie znałam nikogo. Byłam zszokowana, że ludzie mnie akceptują i lubią. Miałam możliwość wykreowana się na nowo. Od zera.
Z szarej myszki szybko przeistoczyłam się w rezolutną rozbójnicę. Spodobało mi się! Zmieniłam sposób ubioru, skumałam się z podobną buntowniczką, która okazała się moją sąsiadką i poszło... Alkohol lał się strumieniami, impreza goniła kolejną, wagary, jaranie, ćpanie.
Napoje wyskokowe były fajne. Dodawały pewności siebie, odstresowywały, dawały kopa, kolorowały szarą rzeczywistość, dodawały odwagi...
Po późnym powrocie z domu w końcu nie bałam się ojca. Potrafiłam w końcu stanąć przed nim z podniesioną głową, postawić się! Gdy ojciec wpadał w furię i zaczynał mną szarpać, oddawałam! Dostawałam totalnego agresora.
Pamiętam, że raz, przy kolejnej szamotaninie z tatą, wpadłam w straszny szał i sięgnęłam po długi nóż kuchenny.
-Dotknij mnie jeszcze raz, a wpierdole ci ten nóż w bebechy.
Pierwszy raz w życiu zobaczyłam w oczach ojca strach. Mama zaczęła płakać i dzwonić po policję.
Wódka czyniła ze mnie odważną, pewną siebie, bawiącą się facetami, wyszczekaną dziewczynę. Bardzo mi się to podobało.
Mama nie szczędziła mi wyzwisk. Po kolejnej późnym powrocie do domu znowu zaczęła mnie wyzywać od najgorszych i zamachnęła się na mnie, żeby mnie spoliczkować.
Adrenalina ponownie we mnie zawrzała. W powietrzu złapałam jej rękę, z całej siły ścisnęłam nadgarstek i wycedziłam przez zęby:
-Uderz mnie... Proszę bardzo! Ale jeśli to zrobisz, to dostaniesz z nawiązką. Na ścianie wylądujesz. Ja sobie już nie pozwolę żeby ktokolwiek mnie uderzył, rozumiesz?

Po szalonym okresie liceum, nastał nowy etap. Pierwszy poważny związek. Odpuściłam imprezy, chlanie i inne rozrywki. Można powiedzieć, że się uspokoiłam na czas jakiś. Piłam ale z głową.
Po ponad roku, gdy w związku zaczęło się nie układać znów zaczęłam pić więcej i dostawać małpiego rozumu. Po dwóch latach doszło do burzliwego rozstania i zapijania smutków na imprezach. Standardowy już dla mnie sposób na odreagowanie wszelakich problemów...
Urżnąć się jak świnia, zatrzepotać rzęsami przed kolejnym absztyfikantem i hulaj dusza, piekła nie ma.

W tym całym szaleństwie pojawił się On. Oczywiście pierwsze spotkanie w knajpie, przy piwku <niejednym ;)>. Nie traktowałam tej znajomości zbyt poważnie, ale z czasem pojawiło się zaangażowanie z obu stron i zostaliśmy parą.
Pierwszy etap naszego związku był nie najprostszy. Dużo kłótni, niedopowiedzeń, sekretów, imprez. Alkohol dodatkowo podsycał konflikty. Po pół roku nastąpił kryzys. Trudna sytuacja z którą nie umiałam sobie poradzić długi czas... Chciałam się rozstać, jednak On jakoś mnie przekonał, żeby spróbować ponownie.
Tego alkoholu było coraz mniej, od imprezy do imprezy, zielsko rzuciłam, jedyne co zostało z nałogów, to papierosy.
Niestety zauważyłam, że mimo rzadkich pijaństw, dostawałam po procentach małpiego rozumu. Mój, wtedy jeszcze chłopak również stawał się drażliwszy, a mnie odbijała korba. Zaczynały się spięcia, wypominanie, krzyki, złośliwości. Wstępował we mnie diabeł. Zrozumiałam, że odziedziczyłam to po tatusiu...
Gdy Wojtek poprosił mnie o rękę, zrozumiałam, że to nie przelewki <zwłaszcza, że termin ślubu padł na sierpień, a zaręczyny odbyły się w czerwcu ;)>. Mieliśmy zamieszkać razem, zacząć nowe, swoje życie.

Długo nad sobą myślałam i doszłam do wniosku, że nie potrafię zachować zdrowego rozsądku przy piciu. 99% głupstw jakie popełniłam, były robione "pod wpływem"... Wszelkie złe, niepotrzebne myśli kłębiły się w mojej łepetynie po paru głębszych... Stawałam się agresywna, zaczepna... Dostawałam weny na flirty i bajery...
Wniosek był jeden.

Alkohol nie jest dla mnie. 

Nie mam zamiaru narażać małżeństwa, przez etanol. Nie chcę żeby moje małżeństwo było tak spaprane, jak u moich rodziców.
A że ja nie lubię półśrodków, to przestałam pić całkowicie. Papierosy też rzuciłam z dnia na dzień po 8 latach wypalania paczki dziennie.
Toast na ślubie wznosiłam Piccolo i tak zostało do dziś.
Przez 4 ostatnie lata wypiłam pół kieliszka czystej wódki, ok. 5 łyków piwa, pół napoju piwopodonego Radler i tyle.
Nie jest to w żadnym wypadku walka z mojej strony. Nie mam pokusy napicia się.
Przeprowadziłam analizę swoich postępowań, zachowań jakie alkohol wyzwalał we mnie. Dostrzegłam uderzające podobieństwa do ojca. Doszłam do wniosku, że nie warto narażać fajnego związku na rozpad, przez parę głębszych.
Zrobiłam sobie takie pranie mózgu, tak sobie obrzydziłam wódę, że odrzuca mnie na samą myśl do dzisiaj.
Taka już jestem... O ile u innych ludzi nauczyłam się dostrzegać odcienie szarości, to wobec siebie półśrodków nie uznaję...
Jest czarne, lub białe.
Tak, lub nie.
Piję na umór, lub nie piję wcale.
Jestem, albo mnie nie ma...

6 komentarzy:

  1. To tak jak ja! Na studiach się bawiło, że ho ho! W moim domu alkoholu nie było nigdy, rodzice i dziadkowie wypijali raz do roku szampana w Sylwestra, a babcia w święta kieliszek wódki z cukrem:p Niestety, wszyscy moi partnerzy zyciowi, w 99% lekarze byli alkoholikami i ten alkohol mi kompletnie obrzydzili!!!!Zawsze musiałam być do dyspozycji samochodowej, ratować z opresji itp.Nie piję ani grama na znak protestu! No, a przy tym nasze leki też raczej nie sprzyjają:))))))

    OdpowiedzUsuń
  2. Ech... No tak to już jest. Wóda ryje banie. :/
    Ja jedynie spożywam alkohol w masach do ciast, bo moja mama i siostra świetnie pieką i namiętnie dolewają "kapkę" spirytusu do mas. :P I na tym moje alkoholizowanie się kończy. :P
    No i też Cię całkowicie popieram. Psychotropy zapijane procentami, to zło... A wątrobę i resztki zdrowego rozsądku trza szanować.

    OdpowiedzUsuń
  3. Z tego, co piszesz, wynika, ze łatwo nie bylo, ale liczy się to, co tu i teraz! Dlatego trzeba to doceniać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łatwo nie było i jeśli zostaniesz u mnie na dłużej, poznasz wiele moich ciemnych stron... Jednak nie mam zamiaru się tutaj wybielać, koloryzować, ani kreować na jakiegoś aniołka. Jestem tu gdzie jestem i jaka jestem przez te wszystkie wydarzenia. Dobre i złe. To właśnie one mnie ukształtowały.
      Buziaki!

      Usuń