sobota, 28 stycznia 2017

Przyjaźnie.

Zazdrość to uczucie, które towarzyszyło mi od zawsze.
Od dziecka byłam zazdrosna.
Najpierw o to, że babcia kocha brata, a mnie nie lubi.
O to że tata jest miły i dobry dla brata, a na mnie krzyczy i odpycha od siebie.
O to, że wszyscy zachwycają się bratem, jego inteligencją, humorem, elokwencją, urokiem osobistym, a mną nie. Gdy nieudolnie próbowałam być "podobna" do brata, wychodziło to źle i żałośnie.
Byłam zazdrosna o to, że mojego brata lubi nasze kuzynostwo, a mnie odtrąca. Nie bawili się ze mną, odsuwali się ode mnie, za plecami spiskowali, wyśmiewali... A on zamiast bronić młodszą siostrę, godził się na to i wręcz nastawiał innych przeciwko mnie. Czułam się jak czarna owca.

Później w czasie podstawówki byłam zazdrosna o koleżanki.
Okropnie angażowałam się w "przyjaźnie" i chciałam mieć drugą osobę na wyłączność. Nie rozumiałam i chyba nadal nie rozumiem dlaczego w tamtym okresie koleżanki traktowały mnie jak zło konieczne.
W klasie 0-3 miałam przyjaciółkę Ewę. Moje przeciwieństwo. Ładna, mądra, przebojowa, roztaczająca swój czar wśród innych dzieciaków i nauczycieli. Była bardzo lubiana. Stało się tak, że posadzono nas razem w ławce i poczułam, że to moja szansa na posiadanie bratniej duszy, której tak bardzo pragnęłam.
Niestety Ewa miała też masę innych koleżanek. Coraz częściej siadała z innymi dziewczynkami, a ja zostawałam z pustym krzesełkiem obok.
Czułam, że mi się wymyka... Wymyśliłam więc "genialny", rozpaczliwy plan godny 7 letniego umysłu. Zaczęłam Ewę okłamywać, że jestem ciężko chora. Potrafiłam udawać, że miałam operację, bandażować sobie brzuch, rękę, szkoda, że nie głowę. ;)
Początkowo przynosiło to dobry rezultat. Koleżanka współczuła mi, litowała się i była. Gorzej jak ściemy wyszły na jaw. Nie odwróciła się ode mnie całkowicie ale nie traktowała mnie już z szacunkiem. Było widać, że mną pogardzała. W 3 klasie się wyprowadziła i zmieniła szkołę.
Musiałam znaleźć nową przyjaciółkę... Tak bardzo jej pragnęłam!

Usiadłam w ławce z Dagmarą. Już troszkę wydoroślałam, więc kłamstwa poszły w odstawkę.
Było między nami niby dobrze. Odwiedzałyśmy się, dużo rozmawiałyśmy... Jednak było widać hierarchię w naszej znajomości. Ona była w niej o lata świetlne nade mną...
Gdy chorowałam i nie było mnie dłużej w szkole działo się coś czego pojąć nie umiałam. Wracałam i Dagmara siedziała ze znienawidzoną przeze mnie Pauliną. Śmiały się ze mnie, nie odzywały do mnie.
Serce mi chciało rozerwać. Płakałam, pytałam dlaczego tak się zachowują, co ja takiego zrobiłam przez te kilka dni mojej nieobecności, że tak mnie traktują.
Jedyne co słyszałam, to "nic, przecież jest ok.", "ja nie mogę się przyjaźnić TYLKO z tobą, Paulinę też bardzo lubię". Nóż w moje serce po raz kolejny...
Dochodziło do tego, że szłam do szkoły z gorączką, bo wiedziałam co będzie po mojej nieobecności. Znów będę musiała walczyć o uwagę, znów będę sama na przerwach, znów będę wyszydzana...

W gimnazjum sytuacja się nie zmieniła. Powiedziałabym nawet, że było jeszcze gorzej. Znowu konkurowałam o uwagę i byłam z niższego sortu. Miałam tak pokurwioną relację, że do dziś mam żal o to do mamy.
Całą podstawówkę byłam porównywana do brata i siostry. Głupsza, leniwa, mniej zdolna... A moje rodzeństwo taaaaakie pojętne, taaaaaaakie bystre.
No i jeszcze siostra mnie uczyła. Popieprzone ale jakoś dałam radę.
Kończąc szkołę podstawową chciałam iść do gimnazjum do miasta <brat też taką decyzję podjął i bezproblemowo poszedł gdzie chciał>. Nie chciałam nawet słyszeć o pójściu do gimnazjum w sąsiedniej wiosce, bo tam też uczyła moja siostra. Nie chciałam powtórki z rozrywki!
Zarówno ja, jak i siostra bardzo się upierałyśmy, że to zły pomysł, żeby ten chory układ ciągnąć. Ojca temat walił z góry na dół ale mama zdecydowała inaczej.

-Ona to nie Mateusz. Nie poradzi sobie. Dojazdy komunikacją miejską, obce środowisko. Ona jest taka niedojda. Pójdzie na wiochę i koniec.

Płakałam, prosiłam, Ewa to samo... NIE i koniec. Mamusia postanowiła i miało być jak ona chce.

-JA jestem matką! Uródź sobie swoje dziecko, to będziesz decydować gdzie do szkoły pójdzie! O swoim JA będę decydować!

Klamka zapadła... Na domiar złego dyrektor przydzielił mojej siostrze wychowawstwo w mojej klasie. No zajekurwabiście... Wiedziałam, że mam przesrane na starcie.

Od razu przylgnęła do mnie łatka konfidenta, pupilka. Gdy dostałam lepszą ocenę <szóstkowa nigdy nie byłam, mówię tu o ocenie 4+> były gadki, że sprawdzian pewnie podejrzałam, czy inna tym podobna brednia. Wykluczano mnie z grupy, bo będę konfidencić na pewno. Chodziłam do szkoły ze ściśniętym żołądkiem.
Moje "przyjaźnie", były podobne do tych z podstawówki. Ja chciałam wiele, dawałam wiele, a w zamian dostawałam ochłapy. Znowu mnie nie szanowano, wręcz nie lubiano.
Pod koniec 1. klasy nastąpił przełomowy moment. Podpierniczyliśmy i spaliliśmy dzienniczek uwag. Wszyscy byli pewni, że zaraz polecę z tym do siostry, a tu nie... Nie puściłam pary z ust, mimo że siostra naciskała, straszyła karami, była na mnie w domu obrażona, że nie chcę powiedzieć kto to zrobił. W odwecie wyrobiła klucz do swojego pokoju i zamykała w nim wszelkie materiały dydaktyczne <taka manifestacja, skoro ja jej nie powiem, to ona też mi szpilę wbije>. Urażona tym była na wskroś, bo NIGDY nie grzebałam w siostry notatkach, zeszytach, czy sprawdzianach. A mogłam. Miałam dostęp do dziennika, do sprawdzianów... A ten dzienniczek uwag podwędził kolega z klasy, nie ja osobiście. No ale cóż.
Po tym jak pomyślnie przeszłam "próbę dzienniczka uwag" klasa spojrzała na mnie przychylniejszym okiem.Gdy zaczęłam palić papierosy znowu okazałam się być w sumie równa. Gdy popijałam piwo okazało się, że nawet nie taka zła jestem.
Żeby jeszcze bardziej przypodobać się grupie rówieśniczej opuściłam się w nauce. Moja klasa była na dość niskim poziomie, więc było to na moją "korzyść".
W domu miałam piekło... Szlabany, zakazy.

-Ty idiotko! Znowu musiałam się za ciebie wstydzić! To są moje koleżanki! Co chwilę wysłuchuję, jaki stopień dostałaś! Wstyd mi za ciebie! Cały pokój nauczycielski ze mną na czele wysłuchuje o twoich stopniach i zlewczym podejściu!

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej...

Po ponad roku mogę powiedzieć, ze nawet zgrałam się z klasą. Oni zobaczyli, że jestem godna zaufania, że nie jestem sprzedawczykiem, że palę jak oni, że czasem się napiję. Przypłacałam to piekłem w domu i awanturami ale ważniejsi byli rówieśnicy. Dodatkowo do kurwicy jasnej doprowadzało mnie nierówne traktowanie. Moje koleżanki mogły się malować - ja nie. Nawet grama tuszu do rzęs. Zero.Moje koleżanki mogły chodzić z gołym brzuchem i dekoltach - ja nie. Z jej przedmiotów byłam maglowana dużo ostrzej, niż inni.
Siostry koleżanka, a moja polonistka nie chciała mi postawić 5 na koniec roku, mimo, że ze średniej wychodziła mi spokojnie. Dziewczyna która miała średnią niższą od mojej dostała 5 ot tak. Ja się wściekłam i postanowiłam o to jedno zawalczyć, bo język polski lubiłam i uważałam, że byłam z niego dobra. Musiałam napisać dodatkowy egzamin całoroczny. Dostałam z niego pięć i łaskawie otrzymałam 5 na koniec roku. Polonistka była dobrą koleżanką Ewy, ale co ja byłam temu winna? Jej zachowanie było bardzo niesprawiedliwe. Każda moja ocena w tempie ekspresowym dochodziła, do mojej siostry, zwłaszcza ta poniżej 4.
Przyjaciółki jednak nadal nie umiałam znaleźć. To znaczy nadal była ta sama śpiewka...

-Lubię cię, ale...
-Mogę z tobą siedzieć ale niecodziennie, bo...
-Nie bądź zaborcza...
-Nie nadajemy na tych samych falach...

Czułam się jak żebraczka.
W drugiej klasie gimnazjum koleżanka namówiła mnie na obóz językowy, żebym z nią jechała. Miałyśmy jechać we dwie, ona tam znała jeszcze jedną dziewczynę z zajęć. Ania - moja koleżanka z klasy, Gosia - jej koleżanka z zajęć, której nie znałam, Kasia - siostra Gosi.
Jadąc na obóz poznałam właśnie Kasię. Miałyśmy pokój w czwórkę i ja znów przestałam istnieć dla Ani. Wszędzie chodziła z Gosią, mnie zostawiając, zlewając... Na szczęście tu pojawiła się Kasia.
Szalenie ciepła, rezolutna, zadziorna, śliczna, przebojowa... "Zakochałam się" w niej i byłam zszokowana, że ktoś TAKI chce ze mną w ogóle przebywać.
Podczas tego obozu pokazała mi piękno przyjaźni, tego jak to powinno wyglądać. Przytulała się do mnie, łapała za rękę na plaży, dawała buziaki, zdrabniała moje imię. Szok! Ta dziewczyna była jak miód na moje serce... Ania widać było, że jest zazdrosna w pewnym momencie ale mnie już nie zależało.

Przyjaźń z Kasią się rozkręciła, zaczęłam do niej jeździć, nocować, dzięki niej poznałam swojego pierwszego chłopaka, z nią pierwszy raz zapaliłam trawkę, z nią zaczęłam imprezować. Bardzo fajna znajomość. W końcu nietoksyczna. Kasia brała mnie taką jaka jestem.
Byłam nią oczarowana, szczęśliwa, że ją mam. W końcu zaświeciła mi się iskierka nadziei, że może to nie ja jestem zjebana, tylko ludzie których za wszelką cenę chciałam przy sobie mieć.

Moja rodzina również ją poznała.
Gdy tak piałam nad moją przyjaciółką w rozmowie z mamą, usłyszałam z jej ust słowa... Słowa, które mnie zszokowały, wmurowały i wywołały nieprzyjemne pieczenie pod powiekami...

-Wiesz... z jednej strony fajnie, że masz w końcu koleżankę, ale...
-Mamo, to moja PRZY-JA-CIÓŁ-KA! Jest fantastyczną osobą!
-Tak, tak, wiem... Ale tak jak patrzę na was dwie to nie bardzo mi pasujecie...
-Co masz na myśli?...
-No Kasia to taka uzdolniona, pełna pasji, śliczna dziewczyna, a ty? No nie pasujesz do niej... Chodzi mi tylko o to, że zawsze będziesz w tej znajomości gorsza... Zobacz jaka ona jest ładna... A spójrz na siebie...

Usłyszeć takie słowa od matki, rodzicielki... Od osoby, która zawsze powinna wspierać, zwłaszcza w tak trudnym okresie dorastania. Zamiast cieszyć się moim szczęściem, radować z udanej relacji... Nie wiem, cokolwiek! Te słowa były jak brzytwa. Mój uśmiech po nich zniknął. Weszłam do łazienki, spojrzałam w lustro. Splunęłam w odbicie...
"Masz rację mamo. Przy Kasi jestem zerem. Brzydka, gruba, głupia, bez zainteresowań, bez ambicji. Dziękuję mamo, że mi o tym przypomniałaś. Wiadro zimnej wody na łeb zostało wylane."
A później polały się łzy... Dużo łez.


Po dwóch latach moja przyjaźń z Kasią rozpadła się. Nie z powodu kłótni, po prostu zupełnie zmieniłam środowisko i przestałyśmy to pielęgnować. Ona się wyprowadziła, ja wpadłam w licealny szał.
Ale o tym innym razem... To już zupełnie inny etap.

Smutno mi, gdy czytam ten post. Ale skoro go napisałam, to najwidoczniej musiał powstać musi zostać opublikowany...

Enter

9 komentarzy:

  1. Nerwko,mi też smutno czytając część Twojej historii....
    Twoi "najbliżsi"byli dla Ciebie wszystkim tym,czym nigdy nie powinni być...Nie rozumiem dlaczego wszyscy,nawet babcia faworyzowali Twoje rodzeństwo ...wiesz powód ,ze brat czy siostra byli zdolniejsi-jest po prostu absurdalny.Czyli wg.Twojej rodziny ,kochamy i podziwiamy tylko pięknych i zdolnych? ......
    Komentarz mamy odnośnie Twojej przyjaźni z Kasią byl tak przepraszam za słowa -DEBILNY,ze ręce i cycki opadają.Dziewczyno,ja p......e mysle,ze każde dziecko,kazda z nas tu komentująca przyzna mi rację,ze w tak toksycznym srodowisku,w ktorym musialas żyć,to problemy emocjonalne a pozniej Twoja choroba, byla następstwem tego koszaru,który przeszłaś.
    Z tego co opisalas,nie miałaś w domu jednej przyjaznej duszy...Matka,ktora powinna kochać swoje dzieci bezwarunkowo,Ciebie traktowala jak piąte kolo u wozu-dla dziecka chyba nie może byc nic gorszego...
    Bardzo Ci wspolczuje.....

    Takie rzeczy siedzą w glowie i trują myśli...

    Jednego nie rozumiem,miałaś super oceny z polskiego,podejrzewam ze z onych przedmiotów tez nie bylo dramatu,to dlatego rodzina tak nisko Cie oceniala?Takie ocenianie jest domena prostych ludzi,zeby nie powiedziec prostaków,którzy sami maja braki w wyksztalceniu.
    Jak mnie wkurw....kiedy ojciec ogladal świadectwo z Liceum i krytykował widząc np dostateczny z matmy,czy fizyki.Od razu byłam porównywana do córki jego kolegi,ktora miala same 5.Później to zrozumiałam,on nie miał pojecia ze zdobyli pozytywnej oceny w Liceum,to nie bylo lekkie jak pierdnięce,bo sam nawet zawodówki nie skończył...Mama nigdy mi złego słowa nie powiedziała,bo sama chodzila do Liceum i doskonale wiedziała jak jest....

    Nerwko i po tym wszystkim...nadal chcesz ich odwiedzać?Zrujnowali Ci zdrowie..powtorze raz jeszcze-byli toksyczni dla Ciebie...

    Przesyłam cieple pozdrowienia,jesteś niezwykle wrazliwa i inteligentną osobą,nigdy o tym nie zapominaj
    :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod wpływem emocji,zrobiłam parę literówek,ale chyba nie miałaś problemu z właściwym zrozumieniem moich wypocin.
      Jeszcze raz serdecznie Cie pozdrawiam !

      Usuń
    2. Nie przejmuj się literówkami. ;) U mnie na blogu nie stosuję też cenzury, więc kurw ani innych chujków nie musisz wypipkiwać. ;P
      To nie jest tak, że chcę... Ja po prostu czuję do nich litość, bo są już starzy, schorowani... Nie umiem ich zostawić. Przecież zawsze mogli być gorsi, prawda? Mogli mnie molestować, bić do utraty przytomności, wyrzucać z domu... To głupie ale usprawiedliwiam ich i wychodzę z sercem.
      Moi rodzice oceniali mnie tak surowo przez pryzmat starszego rodzeństwa. Siostra była inteligentną i bardzo pracowitą uczennicą, jechała na samych piątkach. Mój brat był nie dość że charyzmatyczny i obdarzony ogromnym urokiem osobistym, to w dodatku piekielnie zdolny. Przy minimum wysiłku, otrzymywał najwyższe stopnie. A ja?... No cóż... Miałam problemy z nauką, nikt nie umiał zrozumieć, że na pewne sprawy potrzebuję więcej czasu i uwagi, bo patrzyli na mnie przez pryzmat Mateusza i Ewy. Skoro oni byli wzorowymi uczniami, to ja pewnie jestem leniem i się opierniczam.
      Dziękuję kochana, że jesteś, czytasz i piszesz. To dla mnie bardzo dużo...
      Dziękuję... :*
      Pozdrawiam ciepło!

      Usuń
  2. Ja jestem jedynaczką więc rywalizacje domowe są mi obce, chociaż rodzice nigdy nie byli wobec mnie bezkrytyczni. W podstawówce jako klasowy grubas w okularach i łysawy miałam pod górkę, broniło mnie jedynie poczucie humoru i kolegowanie sie z Joanna, ksywa Nosorożec, wspierałyśmy sie nawzajem. Liceum wybrałam takie, do ktorego nie startował nikt z mojej klasy, chciałam sie kompletnie odciąć i zacząć nowe zycie i udało mi się- do tej pory przyjaźń i koleżeństwo z tamtych lat kwitną.
    Przykre jest to, że najbliższe osoby zamiast stać za Tobą murem zafundowały Ci kompleksy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to jest bardzo przykre... Nie mieć przyjaciela wśród rodziny, ani grupy rówieśniczej. Było mi z tym bardzo ciężko. I myślę, że gdzieś w sercu zadra jest we mnie do dzisiaj. Nie wiem czy da się ją całkowicie załatać... :(

      Usuń
  3. Ogromnie mi smutno:( Czytalam i pojąć nie mogłam, ze ci, którzy powinni byc zawsze na wyciągnięcie ręki i wspierać, tak się do Ciebie odnosili. W mojej rodzinie tez byly problemy, ale mama żadnej z nas nie faworyzowala.
    Nie dziwie sie, ze popadlas w depresje i zaczęłaś chorować. Ten koszmar "wylazi" po czasie! Owoc ma racje, jesli rodzina nafal uważa Cie za te "gorszą", to żyj swoim życiem. Choc katwo powiedziec... Wiem cos o tym, niestety. Zadbaj jednak o siebie i swoja przyszłość. Zycie na pewno przyniesie Ci jeszcze nieraz wiele radości. To pisanie byc może Cie "oczyści" i nastąpi jakiś zwrot? Zycze tego z całego serca:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie smuć się! Wystarczy, że mnie było wczoraj smutno. :* Dziś jest nowy dzień i tego trzeba się trzymać. :)
      Też mam taką nadzieję, właśnie w tym celu powstał blog. Żebym mogła powiedzieć wszystko co mnie boli, wyrzucić to z siebie i poczuć ulgę.
      Dziękuję za Twoje słowa!:*

      Usuń
  4. Najtrudniej maja srodkowe dzieci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma reguły. Ja jestem najmłodsza, a wcale najlepiej nie miałam. Mój brat środkowy i żył/żyje jak pączek w maśle. Omotał rodziców wokół małego paluszka.
      Nie lubię takich stereotypowych haseł.

      Usuń