poniedziałek, 2 stycznia 2017

Szczęśliwego Nowego Roku! Co się działo, jak mnie nie było...

Witajcie kochani.
Nie pisałam, bo forma znów się posypała.
Przed świętami pojechałam do szwagierki i odgruzowałam jej dom <3 dni roboty od rana do nocy>. Ona w ciąży, chciałam pomóc, bo wigilię robili u siebie... No zrozumiałe.
Jej synka bolał brzuszek przez 2 dni, szwagra też, ale kto tam by się przejął w tym całym zamieszaniu.
Nas też coś wzięło przez jakieś dwa dni <bóle brzucha, brak apetytu, lekkie mdłości>. Ganiałam za mężem z espumisanem w kropelkach. ;)
No ale w ferworze walki przeszło szybko i bez większego echa.

Nadeszła wigilia...
Było 13 osób, w tym 3 dzieci. Moja nerwica natręctw już mi szeptała do ucha, że 13, to pechowa liczba, że to coś znaczy, itd.
Wieczorem się zaczęło. Szwagierka nr 1, która jest w ciąży musiała się położyć z racji mdłości i bólu żołądka. Mnie zapaliła się lampka ostrzegawcza, ale mój mąż mnie uspokajał <przecież ciąża, może się przejadła...>.
Na drugi dzień okazało się, że w nocy szwagierka wymiotowała.
Cień blady na mnie padł: GRYPA ŻOŁĄDKOWA.

Pierwszy dzień świąt u moich rodziców spędziłam na ciągłym baniu się i analizowaniu każdego burgnięcia w moich trzewiach. Mdłości powodowały ścisk żołądka. O jedzeniu można było zapomnieć.

2. dnia świąt pojechaliśmy z teściami na grób babci i w odwiedziny do drugiej babci. Wróciliśmy do teściów i miło gadaliśmy, czekając na drugą siostrę męża z przyległościami. Wrócili wcześniej niż planowali... Jak tylko usłyszeliśmy chrobot kół, ja szepnęłam do męża "Mają jelitówkę, złapało ich i wrócili wcześniej... Jezu...". Odburknął mi, że pieprzę głupoty.
Drzwi się otwarły. Szwagier nr 2, skarżył się na ból głowy i żołądka, ich najmłodszy syn miał ból brzuszka, płakał.
No zaje-kurwa-biście... Po chwili zaczęła się akcja rzyganie. Najmłodszy się rozłożył.
Mąż widząc moją rosnącą panikę, powiedział, że będziemy się zbierać.
Po powrocie do domu dostałam pierdolca.
Mierzenie temperatury co 5 minut, przestałam jeść, panika... Pod namową męża łyknęłam dwie hydroxyzyny i wybuchnęłam płaczem.
Jakie to głupie i żałosne... Czemu ja tak się tego boję?! Czemu nad tym nie panuję?! Na pewno się zarazimy! Koniec!

Zmulona hydro i resztą leków poszłam spać. Oczywiście z pustym żołądkiem.

Nazajutrz zadzwoniłam do teściowej. Pogrom. Mały rzygał w nocy, szwagierka to samo, u szwagra na bólu żołądka się skończyło, teściową mdliło, miała biegunkę i mdłości. Moja panika sięgnęła zenitu.
Nie jadłam, mierzyłam temperaturę 5 razy na minutę, moje myśli były tylko w jednym kierunku.

A było tak pięknie jeszcze kilka dni temu...

Kilka dni w tym strachu tkwiłam. Po 4 dniach zaczęłam luzować. Zaczęłam sobie tłumaczyć, że okres "wykluwania" wirusa, to ok. 24-72 godziny, że być może myśmy to już dawno przeszli, jeszcze u pierwszej szwagierki. Poczułam, że jestem bardzo słaba z głodu i muszę zacząć nad sobą pracować, bo znów schudnę i nie będę miała siły wstać z łóżka.

W piątek mieliśmy mieć rodzinną imprezę znów u teściów <rocznica ich ślubu>. Powiedziałam mężowi, że go przepraszam ale nie dam rady... Znów dzieciaki, ruch, huk, do tego uroczysty obiad <baaardzo śmieszne, skoro od kilku dni ciągnęłam na ryżakach, a po kilku kęsach schabu w warzywach poleciałam na kibel ze sraczką z nerwów>. Dodatkowo miała być ciotka męża, której nie trawię <jest dla mnie złośliwa, niemiła, kilkukrotnie sprawiła nam przykrość i źle się czuję w jej towarzystwie>.
Pomalutku zaczynałam wracać do równowagi i wiedziałam, że to spotkanie rozwali mnie na kolejne dni.
Nie obyłoby się bez pytań: czemu nie jesz? czemu tak mało? nie smakuje ci? pracujesz? ojej, dlaczego? a od kiedy? dobrze się czujesz? dołożyć ci? musisz coś zjeść. ale jesteś wysuszona, sama skóra i kości. musisz się wziąć na siebie., itd., itp.
Nie, nie miałam na to siły... Zadzwoniłam do teściowej, przeprosiłam. Miałam poczucie winy, źle mi było z tą decyzją, czułam że postąpiłam egoistycznie, "źle". Jednocześnie jednak towarzyszyła mi ulga, że tam nie pojechałam. Czułam się psychicznie wyprana tymi świętami.
W piątek sobie wysprzątałam mieszkanko, starałam się więcej jeść, poprałam...

Sylwester spędzaliśmy u mojej siostry, z moim bratem i jego dziewczyną.
Było średnio.
Dlaczego?
Bo mój brat jest bucem.
Narcyzem.
Fałszywym człowiekiem.
Egocentrykiem.
Egoistą.
Bez szacunku do rodziców, do nikogo.
Gdy ktokolwiek ma inne zdanie od niego, neguje, poniża, wyśmiewa...

W dużej mierze zepsuł nam tego sylwestra.
Kocham mojego brata, bo jest moim bratem, bo "muszę" z racji więzów krwi, ale jako człowieka go po prostu nie lubię.

Wybaczcie zatem, że się nie odzywałam ale albo nie miałam czasu, albo byłam tak rozchwiana, że nie chciałam tutaj jęczeć i komukolwiek negatywne fluidy przekazywać.


Z okazji Nowego Roku życzę Wam dużo zdrowia, miłości, uśmiechu, nadziei, optymizmu, spełnienia, akceptacji, samorealizacji i spełnienia marzeń. Niech ten nadchodzący rok będzie dla Was lepszy od poprzedniego.

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO KOCHANI! :*

A teraz uciekam pod prysznic i biorę się za pokaźną kupkę prasowania. ;)

13 komentarzy:

  1. Witaj:)
    Taki jest twoj brat? Dokladnie jakbym czytala charakterystyke brata mojego M.Nie chcialam sie denerwowac w Wigilie i odmowilam tesciowej...Duzo mnie to kosztowalo stresu,ale warto bylo postawic na swoim :)
    Zycze Ci,aby ten Nowy Rok przyniosl wiele radosci,spokoju i zdrowia :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Kotuś. No niestety, czasem lepiej postawić na swoim i asertywnie powiedzieć NIE. Mamy do tego święte prawo. Niestety niska samoocena sprawia, że tej asertywności w nas jak na lekarstwo...
      Wszystkiego co najlepsze kochana! :*:*:*

      Usuń
  2. No wreszcie wiemy, ze żyjesz:)
    Dobrego roku w zdrowiu i weny tworczej!
    Mogę podrzucić prasowanie? Akurat tego nie lubię robic. W zamian cos Ci ugotuje albo... wybierz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :*
      Dziękuję, mam nadzieję, że weny będzie tylko więcej. :)
      Wiesz co, mam tego tyle, że sama się zabieram do tego jak pies do jeża. :P Co chwilę mam inne "pilniejsze" rzeczy do zrobienia, a kupka nie maleje, a wręcz magicznie rośnie. Cuda jakieś normalnie! :P

      Usuń
    2. JEZU, KOBIETY, CO JEST ZŁEGO W PRASOWANIU????????

      Usuń
    3. Nic! Wszystko już od dawna leży poukładane w kosteczkę w szafie. :) Melduję, że pościel też dokładnie wyprasowana, bez cienia zagięcia. ;P

      Usuń
  3. ja uwielbiam prasować, polecam się na przyszłośc!
    Musisz dbać o swoją psychikę i, jesli to jest powodem stresu, rezygnować z rodzinnych posiadówek. Ja jestem jedynaczką, relacji bratersko- siostrzanych nie pojmuję, ale wszystkie moje dzieci, w tym dwie dorosłe córki, wcale się nie lubią, skoro Karola pojechała na emigrację do Londynu to Ewa oczywiście do Brighton. Najstarsza lubi brata i najmłodszą siostrę, średnia lubi tylko najmłodszą, syn lubi najstarszą, najmłodsza lubi siostry. Lepiej Ci ??:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś dałam radę, ale trzy godziny pękły nie wiem kiedy. :P
      Zrezygnować nie mogę, bo im bardziej będę uciekać od ludzi, tym bardziej będę się alienować i skończę w pokoju bez klamek. Już to przerabiałam i skończyło się na tym, że bałam się otworzyć drzwi kurierowi.
      Wow, normalnie relacje rodzinne jak w Modzie na sukces. ;P My z siostrą się dogadujemy. Tutaj jest kwestia tego, że to on jest "inny niż wszyscy". Każdy kto nas zna nie może się nadziwić, że z bratem byłyśmy chowane w jednym domu. Koleś ma ego jak stąd do kosmosu. Od gówniarza był faworyzowany i wychwalany pod niebiosa no i są skutki... :/

      Usuń
    2. wiesz co, ja jednak eliminuje ludzi którzy pogłębiają mój stres. Ludzie tak, ale nie wszyscy. A co do sytuacji rodzinnej to dziewczyny, ktore mnie lepiej znają, już się nie dziwią:PPPPP

      Usuń
  4. Czyli mówisz, że mam sporo do nadrobienia... ;)
    Wiem, ogólnie przez tą infekcje taka nakręcona byłam negatywnie i dlatego nie poszłam. A tej ciotki staram się unikać jak mogę. Jej i jej cudownego synalka. Grrr... Wkurw mnie bierze na samą myśl o nim. Ale ich temat, to jest na co najmniej jednego długiego posta. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie ściemniam, ale naprawdę prasowanie mnie odstresowuje...muzyka i jedziem z koksem!
      PS. prasuję nawet majtki, skarpety i stylon:p

      Usuń
    2. Ależ ja Ci wierzę. Ja też lubię prasować, ale tak 1,5-2 godziny maks. Powyżej tego czasu zaczyna mnie to wkurzać. ;)
      Oj, widzę szkoła mojej mamuni. Ona nawet ścierki do podłogi prasuje, a jak jeszcze w domu mieszkałam to moje stringi też. Och, ile mi koronkowych, pięknych majtuś poprzypalała... Wspomnień czar... >;)

      Usuń
    3. Uklon dla Was obu! Ja ogolnie lubie zajmowac sie sprawami domowymi, ale prasowania nie cierpię! Moja mama tez tak miala. Kiedy babcia nas odwiedzala, prasowala, słuchając radia:)

      Usuń