poniedziałek, 13 lutego 2017

Love Story cz.2

Na samym początku dziękuję.
Dziękuję, że chce Wam się czytać moją historię, dziękuję za każdy komentarz.

DZIĘKUJĘ, ŻE JESTEŚCIE! :*


Zatem powracam do swojej opowieści...

Byłam szalenie zawiedziona. Moje ego znowu spadło na samo dno i poczułam się oszukana.
Jednak mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy szukałam usprawiedliwienia dla jego zachowania... Nie chciałam wydawać pochopnych wniosków.
Miałam cały czas w pamięci naszą rozmowę:

-Ja nie chcę się wiązać... Nie jestem na to gotowa. Nie będę umiała ci zaufać, rozumiesz? 
-Kochanie, ale ja ci przysięgam, że nigdy Cię nie okłamie! Liczysz się tylko ty! Nikt więcej i udowodnię ci to. Sama się przekonasz, tylko daj mi szansę. Daj nam szansę!
-Ok, ale żadnych tajemnic. Żadnych ściem. Żadnego ukrywania. Nie zniosę już tego. Jeśli mnie okłamiesz, to koniec. Bez żadnych łzawych tłumaczeń. KONIEC, rozumiesz?
-Tak, ale nie masz się czego obawiać. Ja nie mam zamiaru czegokolwiek przed tobą ukrywać. 

"Przysięgam, że cię nigdy nie okłamię.", 
"Żadnych tajemnic". 
"Tylko całkowita szczerość". 
"Tylko ty się liczysz."

Sranie w banie...

Ja doskonale się kamuflowałam z cała swoją "niewygodną prawdą". W międzyczasie wyłowiłam ich wspólne zdjęcia na jego kompie, znalazłam piosenkę, którą dla niej napisał i nagrał, odkryłam płytę z wesela kuzynki, na którym byli razem <była na wierzchu, nie robiłam przeszukania na poziomie CBŚ>, szybko rozkminiłam jej nazwisko i zobaczyłam, że ma jej matkę na NK.
Później okazało się też, że chodzi na uczelnię z jej bratem i często wymieniają się smsami.

Pikuś.

Strzała zarobiłam czytając korespondencje Wojtka z jej matką na NK.
Taaaak, wiem. To karygodne, niedopuszczalne, chamskie, żałosne, naganne i beeeeeee, grzebać w cudzej korespondencji. Wiem. Ale kto nigdy tego nie robił, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Wojtek umieścił nasze wspólne zdjęcie na profilu i ta podstarzała raszpla napisała do niego PW.
A konwersacja wyglądała mniej więcej tak:
-Ooo, Wojtuś. Widzę, że masz dziewczynę! No ładna, ładna... Podobna do Ali. Oczka też brązowe, usta podobne... Widzę, że gust ci się nie zmienił. Układa wam się dobrze? Odkąd nie jesteś z Alusią, tak dawno się nie widzieliśmy. Wiesz, że zawsze cię zapraszam na kawę. Alusia też na pewno by się ucieszyła. 
-Witam pani Edytko. <bla, bla, bla> Nie zauważyłem podobieństwa do Ali. Bardzo dobrze nam się układa i dziękuję za zaproszenie.
-Widzę, że nie macie siebie w znajomych. Alusia musiała ci dużą przykrość zrobić.
-To prawda. <blablabla>
JEBŁAM! Krew mnie zalała od stóp do głów. Dodatkowo dziwnym trafem w tym czasie Alusia wysłała mu zaproszenie do grona znajomych, a ten ani jej nie przyjął, ani nie odrzucił. Zaproszenie było w oczekujących. Wisiało w próżni.
Czemu nie odrzucił? Czemu nie kazał spierdalać na drzewo?
Nie wiem...

Wiem, że dostałam od tamtego momentu paranoi. Moja złość na Wojtka rosła, czułam się jak pęczniejący nienawiścią balon... Codziennie katowałam się zdjęciami tej dziewczyny, porównywałam się, płakałam... Jeszcze te słowa jej matki... Poczułam się jak plaster, jak jakiś marny substytut tego co było kiedyś.
Ale to jeszcze nie wszystko. 

W tymże gorącym okresie poznałam kuzyna Wojtka.
Paweł jest od niego młodszy o 2 lata. Moja charakterystyka tego człowieka, to taki wąż.
Do szpiku kości fałszywy, wazeliniarz, zapatrzony w siebie, dwulicowy, lubiący upokorzyć i zgnoić słabszego. Jego wizualna otoczka ładna, wewnątrz jednak zepsuta i paskudna menda. 
Mam swoisty dar do wyczuwania tego typu ludzi i nie polubiłam go od początku.
Jednak nie dawałam tego odczuć. W końcu rodzina Wojtka, znają się od dziecka, itd. 
Paweł był w ich relacji tym silniejszym ogniwem. Pomiatał Wojtkiem, często zwracał się do niego lekceważąco. Niby to dla żartów ale nie do końca... Momentalnie to wyczułam. Paweł wyczuł zaś, że to ze mną Wojtek zaczyna spędzać swój wolny czas i postanowił się w to wpierdolić. Bo jak to tak? ON ma być mniej ważny? On musi być Number One!
Zaczął więc szukać mojego słabego punktu. Wnikliwie przyglądał mi się podczas naszych spotkań, rozmów. Cedził słowa, obserwował moje reakcje... Szukał punku zaczepnego...
W końcu znalazł.
-Ej, Wojtek. Wiesz co tam u Tomeczka od Ali?
-No tak... Pisał ostatnio do mnie.
Momentalnie mnie wysztywniło, szczęka zacisnęła, nozdrza rozszerzyły, a tętno podskoczyło do setki.
Zobaczyłam błysk w oczach Pawła.
BINGO! 
-Aaa... a powiedz, co u Alusi? Macie jakiś kontakt?
-Eee... nie. Nie mamy...
Haaaalo! Ja tu jeeeestem do kurwy nędzy!!!

Później przy KAŻDYM spotkaniu i przy KAŻDEJ nadarzającej się okazji był temat Ali.
-A pamiętasz na działce jak się spotykaliśmy z Alą i Tomkiem?
-A pamiętasz jak mama Ali...?
-A kiedy jedziesz na działkę?

Szczerym sercem znienawidziłam tą jebaną działkę. I nigdy tam nie pojechałam <nie mam zresztą zamiaru do dziś>. Nadmienię, że w swoim autorskim utworze Wojtek opowiada o tejże działce, jak się tam tulą, całują, kochają... Brrr...
Nienawidzę...

I tutaj próbowałam rozmawiać z Wojtkiem, czy on jest tak ślepy, czy głupi, że nie widzi jak Paweł za wszelką cenę chce między nami namieszać?
Nie widział. Twierdził, że to ja przesadzam.
Kwestia jego utrzymywania kontaktów z Tomkiem również był dla niego normalny.

W końcu powiedziałam, że skoro to ja mam paranoję, to przekonajmy się! 
-Jak kolejny raz spotkamy się z Pawłem, to idę o zakład, że wspomni o działeczce, Alusi, Tomeczku i Eduni.
-Ty masz obsesję! Na pewno nie! Przesadzasz!
-Załóż się!
No i przegrał zakład... Z kretesem.
I dopiero wtedy klapki z oczu zaczęły mu powoli opadać i cudowny kuzyn stał się toksycznym kuzynem <przy okazji dowiedziałam się o paru kwiatkach, np. że od dzieciństwa Paweł we wszystkie przypały ładował Wojtka i to jemu się obrywało, albo to że cudowny kuzyn całował się z Alusią praktycznie pod jego nosem>.

Podobnie postawiłam sprawę z Tomeczkiem.
-Nie chcę żebyś z nim pisał! 
-Ale dlaczego? Znamy się od dawna i on jest w porządku! Jemu będzie przykro jak nagle zerwę kontakt.
-A to, że MNIE jest przykro to już masz w dupie? Jak byś się czuł, gdybym to ja była kumpelą z siostrą mojego eks? Miło by ci było? Nie sądzę!

Tak to nasz związek ze szczęśliwego i idealnego, stał się męczarnią...
Kilkakrotnie w ciągu kilku miesięcy zadawałam pytania:
-Czy z Alą to temat zamknięty? Nic do niej już nie czujesz? Kompletnie nic? Nie masz mi nic do powiedzenia?
-Nie! Skończ z tą Alą! Masz paranoję! Masz obsesję! Nic do niej nie czuję! Skończ ten temat! Ja już tego słuchać nie mogę!
No cóż... Historia wyszukiwarki jednak nie kłamała. Kłamał on. W żywe oczy...

Raz też miała miejsce pewna sytuacja intymna...
Podczas zbliżenia on zadał mi pytanie, czy moglibyśmy spróbować "na hiszpana".
Zrobiłam wielkie oczy.
-Co?... Ale jak to się robi?
-No wiesz... <tu mi mniej więcej wytłumaczył o co chodzi, niewtajemniczonym polecam google>
-Ale ja mam biust w rozmiarze A, daj spokój! Nie da się! -roześmiałam się trochę zakłopotana.
-Ale ja bardzo chcę to zrobić...
-Ok ale moje piersi na serio się do tego nie nadają. No jak?
-Proszę, spróbujmy...
-Ale...
-PROSZĘ...
Zgodziłam się i tak jak się spodziewałam, nie wyszło z tego nic. 
Czułam się poniżona, żałosna, płaska i do dupy.
-Czemu tak ci na tym zależało? -zapytałam łamiącym się już głosem.
-No bo z byłą tak robiłem i było fajnie...
-Niech zgadnę! Z Alą?!
-No tak...
Złapałam ubranie, przykryłam się nim i wybuchnęłam płaczem...

W pewnym momencie, podczas kolejnej kłótni pękłam i powiedziałam wszystko.
-Jesteś zakłamany! 
Wiem doskonale, że pisałeś z jej matką! 
Wiem, że ją śledzisz na portalach, podglądasz! 
Że ślipisz codziennie na jej zdjęcia! 
To porównanie, wtedy z tymi cyckami! 
Kłamałeś mi prosto w twarz! 
Setki razy cię pytałam, czy coś do niej czułeś, a ty nic! 
Patrząc mi prosto w oczy łgałeś, by godzinę później znowu gapić się i może walić konia do jej zdjęć! Jesteś obrzydliwy! 
Liczyłam... Nie wiem na co! Może na to, że w końcu mi się sam przyznasz! Wytłumaczysz! Przecież to trwa od początku naszego związku! Człowieku! Nawet przed własnym kuzynem nie umiałeś się postawić, tylko mnie wmawiałeś obłęd! 
Nie chcę cię znać! Nie mogę na ciebie patrzeć!
Wybiegłam z mieszkania, nie dając mu wydusić z siebie ani słowa...

Byłam wściekła ale poczułam ulgę... Ponad pół roku tłumiłam to w sobie i w końcu wyrzuciłam wszystko.
On zaczął wydzwaniać, pisać smsy.
Nie odbierałam, nie odpisywałam.
Po kilku dniach zadzwoniła jego mama i siostra. Że Wojtek załamany, że nie wiedzą co się stało, ale może chociaż moglibyśmy spróbować porozmawiać, że szkoda nas jako pary.
Po głębszym zastanowieniu zgodziłam się.

Rozmawialiśmy bardzo długo i była to niesamowicie bolesna rozmowa. Najboleśniejsza w całym naszym związku. 
Wyjaśnił mi w niej, że nie umie mi racjonalnie wytłumaczyć tego podglądania, że zaczęło się to u niego, gdy Ala zaczęła go oszukiwać i taki odruch mu pozostał, takie uzależnienie, kompulsja. Że nie oznacza to tego, że ją kocha, lub tęskni za nią. Po prostu robił to odruchowo, jak sprawdzenie poczty. Że gdyby zdawał sobie sprawę z tego że może przez to mnie stracić, to przecież by to usiłował jakoś ukrywać, usuwać historię, cokolwiek. Że z jej bratem definitywnie zerwie kontakt, że usunie NK. Że zrobi wszystko, żebyśmy tylko byli razem, bo jestem dla niego wszystkim.

Zostałam... Podjęłam próbę...
Ale minęło kilka dobrych lat zanim się po tym pozbierałam. A zadra w sercu pozostanie chyba już na zawsze. 
Mimo tego, że minęły lata, że jesteśmy po ślubie, że mamy wspólne plany na przyszłość, że jesteśmy swoimi przyjaciółmi, kochankami... 

Wybaczyłam ale nie zapomniałam.
Nie potrafię zapomnieć...

Moja samoocena podupadła ogromnie od tamtej pory, mimo że nigdy wysoka nie była. Kompleksy przybrały na sile i czasem <chociaż już bardzo rzadko> zdarza mi się pomyśleć, że jestem tylko gorszym zamiennikiem...

Czy żałowałam powrotu?
Wiele razy... Bo dużo łatwiej byłoby wtedy odejść, niż zostać i z takimi krzywdami starać się wszystko budować na nowo.
Nie tylko dla mnie była to droga przez mękę. Wojtek musiał borykać się z moimi fochami, kontrolami, nieufnością, kłótliwością, wypominaniem...
Mimo wszystko wytrwaliśmy i nie żałujemy decyzji powrotu do siebie.

Wojtek popełnił błąd, duży błąd. Ale od tamtego czasu nigdy nie nadwyrężył, ani nie zawiódł mojego zaufania. I to co dla mnie najważniejsze w tej historii. Nie zrobił tego z premedytacją. Niczego nie kalkulował, nie robił z wyrachowania... Bardziej z bezmyślności.

Jest dobrym, ciepłym, troskliwym, opiekuńczym i kochanym mężem. Zjedliśmy ze sobą beczkę soli i pewnie w naszym wspólnym życiu pojawi się jeszcze niejedna. 
Tylko błagam... niech nie ma już na imię Ala. ;)


PS Przepraszam z góry za wulgaryzmy i chaos ale piszę co czuję. Nie chcę na tym blogu niczego przekłamywać, ugrzeczniać, ani ubarwiać. 
Ma być prawda.
Moja prawda.

piątek, 10 lutego 2017

Love Story cz.1

Źle mi...
Te ostatnie słowa mamy zapadły w moją głowę i spowodowały, że źle mi ze sobą.
Dobrze wie jak działa na mnie temat eks Wojtka, ile wycierpiałam przez to, no ale musiała... Musiała swoje trzy grosze wsadzić.

Od wczoraj nic mi się nie chce, zalegam w wyrze, porządków ni ma, prania ni ma, obiadu ni ma, zwała...
Dziś doszłam do wniosku, że "zasłużyłam" na dawkę bólu. I tak jestem obolała, bo okres tuż tuż ale postanowiłam, że pokatuję się bardziej.
Nie chodzi tu o piękny wygląd, czy lepsze samopoczucie, bo czuję się jak kupa gówna. Chodziło mi wyłącznie o sprawienie sobie bólu.

Odkopałam więc swój depilator i zaczęłam męczyć nogi, uda są dla mnie bolesne dość mocno, więc na nie nałożyłam szczególny nacisk, później ręce, bo kto mi zabroni? Zawsze to więcej szpileczek. Pachy? Czemu nie... Mało. A może by tak...?
Nooo... to musi boleć zajebiście. Bomba!
Zrobiłam sobie "cudowne" hoolywoodzkie bikini. Krew się polała, popuchłam.
Depilator się przegrzał, a mnie brakło już miejsc do depilacji. Głowę zaoszczędziłam.

I jakoś wcale mi nie lepiej.
Jutro znajomi Wojtka mają przyjechać, a ja nie mam ochoty... Zbiera we mnie to napięcie przedmiesiączkowe, czuję się napompowana, żre jak świnia czekoladę, ciastka zapijam Pepsi... No masakra jakaś. Syf w mieszkaniu, przyszykować coś by wypadało, a mnie się nie chce. Najchętniej bym się gdzieś zaszyła w jakiejś samotni i przespała najbliższe dni...

Dlaczego temat byłej dziewczyny mego męża jest dla mnie tak drażliwy?

To dość długa i skomplikowana historia ale w zasadzie, skoro mnie ona gryzie, mierzi i świerzbi, to czemu o niej nie napisać?
Napiszę.
Ale żeby przedstawić to jakoś sensownie, chcę nakreślić jak to wszystko się zaczęło.
Ostrzegam, może być długo, może być nudno, może być męcząco, może być smętnie.
Uprzedzałam jakby co.

Z Wojtkiem spotkałam się w burzliwym okresie swojego życia. Byłam niedługo po dwuletnim, toksycznym, trudnym związku. Dużo mężczyzn wtedy poznawałam, dużo piłam, dużo paliłam. Wszystkiego było dużo za dużo. Musiało się dziać, żebym nie myślała i nie wpadała w dół.
Wyhaczył mnie na portalu randkowym. Z wyglądu spodobał mi się bardzo... Szybko zaproponował spotkanie. Pisaliśmy w międzyczasie ze sobą smsy, lekka bajera była, flircik, te sprawy.
W dniu spotkania kompletnie o nim zapomniałam <w sensie o spotkaniu>. Byłam wykończona pracą, on mi nie przypomniał, wcale się nie odezwał tego dnia, a mnie jeszcze mama dobiła, że tata ma złe wyniki badań kontrolnych <sprawy rakowe>.
Więc siedziałam w tramwaju przeżuta i wypluta, czekając co przyniesie dalej ten cudny dzień.
Nagle sms. Wojtek. Gdzie jestem, bo on już dojeżdża na miejsce.
Zapomniałam. Cóż. Bywa.
Odpisałam, że przepraszam, ale totalnie wypadło mi z głowy nasze spotkanie, że muszę do domu wracać, że sprawy rodzinne, itd.
Jego odpowiedź wywołało we mnie falę wkurwienia.
Wyskoczył na mnie, że jestem niesłowna, że nara, z fartem i w ogóle foch. Ani co się stało, ani nic.
O ty chujku! Jak tak to NARA! Od kopa skasowałam całą naszą korespondencje i nr telefonu. Jego egoistyczne podejście mnie odrzuciło, a nie ukrywam, że na tamten moment miałam z kim się spotykać. Do wyboru, do koloru.

I tak mi pan Wojciech zupełnie z głowy wyleciał.
Cichosza. Ja nawet zapomniałam sobie o nim.
A tu po dwóch tygodniach sms.
Pan Wojciech napisał, że owszem zachował się jak chujek, ale przemyślał sprawę, przeprasza i chce ponownej próby spotkania. W pierwszej chwili nie wiedziałam kto to taki, ale w końcu moje przejarane styki zaskoczyły i przypomniały sobie osobnika W. Uśmiechnęłąm się do siebie, że chłopak wolno myśli, skoro 2 tygodnie mu zajęło przeanalizowanie sytuacji ale OK. Nie czepiajmy się.

Spotkanie w końcu doszło do skutku. Powtórzył się znajomy schemat poznawania. Knajpa, piwo, moja sztuka uwodzenia.
Sztuka uwodzenia dla ubogich.
Chichotałam jak trzebiotka, mrugałam wachlarzem rzęs, zawadiacko zawieszałam głos, flirtowałam... Roztaczałam swój czar jak umiałam, bo chłopak mi się spodobał.
Przy trzecim piwie byłam już na kolejnym levelu uwodzenia ale mój amant nic... Był ślepy i głuchy na me wysiłki. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo nie rzucił się na mnie jak napalony zbok po 5 minutach.
To znaczy nie spierdolił przede mną, więc jakoś mega tragicznie nie było, nie zadzwoniła do niego mama, prosząca o natychmiastową wymianę żarówki w WC, patrzył na mnie, rozmawiał, słuchał... Ale NIC więcej!
Toż to skandal!
Bite TRZY godziny trzebiotów i NIC!
Później wyjaśnił mi, że zwyczajnie się bał, wstydził, był nieśmiały, a bardzo mu się podobałam i nie chciał mnie do siebie zrazić.
Dopijałam już to trzecie piwo zrezygnowana i gasząc papierosa nasze dłonie zetknęły się... I tu się mój mąż obudził.
Jego niebieskie oczy zrobiły się słodko maślane, a z jego ust wydobyło się ciche:
-Chcesz ze mną chodzić?...
Parsknęłam śmiechem, który on stłumił pocałunkiem.
I na sofie pewnego krakowskiego baru studenckiego odbył się mały pokaz soft porno dla ubogich. ;)

Miło było, ale czas było się zbierać.
Nie liczyłam na nic poważnego po tym spotkaniu.
No fajny koleś, troszkę się wstawiłam, zabawiłam. Spoko.

Kolejne nasze spotkania wyglądały dość podobnie. W międzyczasie miłe smsy, czułe słówka.

Na kolejnym ze spotkań on zapytał kim on dla mnie właściwie jest, że on wtedy w barze mówił poważnie. Doszłam do wniosku, że nie będę suką i powiem szczerze co i jak.
Powiedziałam zatem, że nie jestem gotowa do stałego związku, bo niedawno zakończyłam poprzedni, który mnie bardzo psychicznie zmordował i ciężko byłoby mi się było zdobyć na zaufanie. Że to nie jest dobry pomysł. Że jest fajnie, miło, podoba mi się i tak dalej ale nie chcę się angażować.
On nalegał... Że bardzo mu zależy, że się zakochał, że na pewno zrobi wszystko, żeby mnie nie zawieść, że przecież nic nie tracę, że możemy przecież chociaż spróbować... Gadaliśmy długo. Ja swoje, on swoje.
W końcu przystałam na jego propozycje ale postawiłam sprawę jasno, że będzie musiało dużo wody upłynąć, żebym mu zaufała i że jeśli mnie okłamie, to nie mamy o czym ze sobą rozmawiać, żegnamy się. Ok. Dogadaliśmy się.

Oficjalnie zostaliśmy parą.

W dość szybkim czasie było kolejne spotkanie zakrapiane. Wojtek celowo "spóźnił" mnie na ostatnią tramwajkę i prosił, żebym została u niego na noc. Chwilę się opierałam... Ale dosłownie chwilę.
Wiadomo jak się skończyło...
Rano obudziłam się skacowana, w obcym pokoju, obok "nowego chłopaka", z którym większość czasu spędziłam w stanie wskazującym. A za drzwiami rozmowa... jego rodziców!
O kurwa...
No tak, wczoraj nie pomyślałam o tym, że dziś niedziela i będę musiała albo się szybko z rańca ewakuować, albo będę mieć pierwsze spotkanie z jego rodzicami.
Bosko...
Zrobię zajebiste pierwsze wrażenie,  nie ma co...
Dobra, jebać to. Trzeba wziąć to na klatę.
Żoładek stał mi w gardle, w głowie huczało, make up mocno wczorajszy... Szybko pozbierałam części garderoby porozrzucane po pokoju, ubrałam się, poprawiłam co się dało na twarzy i na wdechu otworzyłam drzwi... Nogi miałam jak z waty. Wojtek starał się trzymać fason ale minę też miał nietęgą.
-Mamo, tato, to moja dziewczyna.
-Bardzo mi miło państwa poznać...
Czułam jak zlewa mnie rumieniec... Ciekawe ile słyszeli z naszych nocnych wojaży...
I od razu dodałam:
-Ja bardzo przepraszam... Ja wiem jak to wygląda... Tak strasznie mi głupio, to nie tak powinno wyglądać nasze spotkanie. Ja taka nie jestem... To znaczy... No strasznie mi głupio...
Czułam, że pogrążam się coraz bardziej.
Policzki chciały mi spłonąć żywym ogniem.
Mama Wojtka siliła się na uprzejmość, a na ustach taty widniał delikatny, szelmowski uśmieszek.
No pięknie.
Najważniejsze to zrobić dobre pierwsze wrażenie, nieprawdaż?

Po śniadaniu Wojtek zaproponował, że odwiezie mnie do domu. Zgodziłam się i z głupa palnęłam, że w takim razie może od razu też pozna moich rodziców?
No i już poszło szybciutko.
Święta wielkanocne już spędziliśmy "rodzinnie", raz u jednej rodzinki, raz u drugiej. Spotykaliśmy się coraz częściej, coraz bardziej zaczynaliśmy się poznawać i zakochiwać.

Było pięknie, idealnie. Nie wierzyłam, że tak cudnie być może! Z rodzicami Wojtka i jego siostrami dogadywałam się lepiej niż z własną rodziną. Motyle w brzuchu fruwały, świat był różowy.

Za różowy...

Sielanka trwała około 5 miesięcy. Pewnego niepięknego dla mnie dnia, zapytałam Wojtka czy mogę zajrzeć na pocztę od niego z kompa.
-Jaaasne... Ja skoczę pod prysznic, a ty sobie tam sprawdzaj co potrzebujesz.
Weszłam w przeglądarkę, w okienko i wyskoczył mi w proponowanych profil na fotka.pl jakiejś Ali.
Jego eks... Coś o niej wspominał, zapewniał, że zamknięty rozdział, że to od ponad roku zamknięty rozdział, że zrobiła mu masę krzywd...
Poczułam jak serce mi wali i podnosi się do gardła, wiecie to takie gówniane poczucie niemiłej adrenaliny, jak nagle uświadamiacie sobie, że nie macie przy sobie portfela, lub telefonu.
Kliknęłam, zobaczyłam... Szybko luknęłam w historię... Jednoznacznie wskazywała ona, że odwiedzał jej profil niemal codziennie, chwilę przed naszymi spotkaniami, chwilę po...
No kurwa jakby mi ktoś z półobrotu przywalił...
A miało być tak pięknie...
Posypał się mój piękny świat...

Byłam zszokowana, wściekła, zawiedziona...
Widzisz idiotko? Po co było się angażować? Ufać? Po co? Masz co chciałaś debilko! Masz swojego księcia z bajki!

Gdy moje książątko wróciło... nie dałam nic po sobie poznać.
Doszłam do wniosku, że zbyt prosto byłoby wyjaśniać sytuację od razu.
Zaczęłam swoje dochodzenie...

Po powrocie do domu odpaliłam jej stronkę... Czułam zazdrość, zawiść, nienawiść i nie wiem co jeszcze... Widziałam piękną, zgrabną dziewczynę o ślicznych rysach twarzy, z brązowymi oczami, zadziornym uśmiechem, nogami długimi  i zgrabnymi jak jasna cholera. Moje przeciwieństwo...
Z pogardą porównałam swoją nędzną osóbkę do tej laski ze zdjęć. 
Ona Piękna, ja Bestia...

Gardło boleśnie się zacisnęło, broda zadrżała, usta ułożyły w podkówkę, a gorące łzy spłynęły po policzkach...
Znowu zostałam wydymana.
Bez wazeliny.


***

CDN, bo już mi nerwami mieli... 
Pomimo upływu lat nadal boli... 
Nadal mnie rani wspominanie tamtych chwil...






czwartek, 9 lutego 2017

Kilka słów o Orange i pewnej intrydze.

Niestety palę e-papierosa nadal. Mission failed.
Trudno. Może innym razem się uda wytrwać.

W poniedziałek i środę byłam w pracy. Dorabiam sobie na tyle, na ile mi mój stan pozwala.
Praca wykańcza fizycznie ale to dobrze. Mniej się myśli, więcej robi.

We wtorek odwiedziła mnie moja mama, żeby "odkręcić" umowę, którą zawarła z Orange.
Bardzo irytuje mnie polityka tej firmy. Są nachalni, namolni i naciągają starszych ludzi. Podłota. Wcisnęli mamie jakiś telefon na abonament na 3 lata, 2 lata temu wcisnęli tablet, który spłacała do tego roku.
Mama chciała machnąć ręką, bo zapłaciła kurierowi 39zł za przesyłkę <super smartfon, którego nawet złożyć nie potrafiła i kartę pamięci, której zastosowania mama nie znała>. Chciała machnąć ręką, tak jak to było z tabletem ale zdenerwowałam się i powiedziałam, że mowy nie ma.
Przeanalizowałam faktury, umowy, dzwoniłam do centrum obsługi... Cyrk.
Jak Wojtek wrócił do domu, to wspólnie jeszcze debatowaliśmy co i jak.
Chcieliśmy zwrócić te cuda do salonu ale gdzie tam! Trzeba odesłać.
Wcisną 70latce taką ofertę i liczą na to, że będzie umiała odesłać wszystko i powypełniać jak należy? Serio? Ja wiem, że są osoby w jej wieku, które kumają temat, no ale większość chyba jednak tak nie bardzo.Liczą własnie na to, że taka osoba machnie ręką i weźmie, to co konsultant uparcie wciskał w rozmowie telefonicznej.
Przekonałam mamę, że zrywamy umowę z Orange <niedługo wygasa>, przechodzimy na kartę i robimy całkowity BAN na tych wyłudzaczy.
Wkurzyłam się...
A mama bidna w konspiracji przed wszystkimi. Ojcu nie mówiła, bo by się tylko darł na nią, bratu nie powiedziała, bo on ma w dupie i i tak by jej nie pomógł, siostrze nie powiedziała, bo ona się nie zna, no więc wypadło na mnie.

Wszystkie dokumenty zostały odesłane i mam nadzieję, że więcej utrudnień nie będzie.

Orange mnie na serio denerwuje. Pomijając kwestie mamy... Od ponad pół roku dzwonią do mnie średnio 2 razy w tygodniu <!>, że niby brałam udział w jakiejś ankiecie internetowej i UWAGA! Wygrałam superhipermegawyjebistywkosmos smartfon! Za pierwszym razem dałam się naciągnąć. Jestem frajerem... Wiem.
Oferowany telefon wydawał się być fajną opcją więc czemu nie. Podałam wszystkie swoje dane i pozostało mi oczekiwanie kuriera z umową i telefonem. Piknie. Nazajutrz jednak zadzwonił do mnie konsultant, że jednak poprzedni telefon wyprzedał się ale to nic, bo ma inny superhiper na stanie i mi go wyśle zamiast tamtego. Parametry też super, tyle giga, tyle pamięci, tyle RAMu, takie aparaty... No spoko. Niech będzie. Akurat jak dzwonił nie miałam możliwości zerknięcia na ten telefon w necie, więc uwierzyłam na słowo. O jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy po powrocie do domu sprawdziłam ten super zastępczy sprzęt. Jedno słowo określające ten telefon? Chujnia z grzybnią. Oprócz nazwy telefonu, żadne z podanych mi przez konsultanta parametrów, nie było zgodnych z prawdą! Perfidnie mnie OKŁAMAŁ! Byłam zszokowana, jak można być tak bezczelnym!
Od razu tam zadzwoniłam, dowiedziałam się, że mam nie odbierać kuriera i po sprawie. Kazałam im do mnie więcej nie dzwonić, bo po tej akcji nie chcę mieć z nimi i ich siecią nic do czynienia.
Niestety już po kilku godzinach znów dostałam telefon:
-Dzień dobry, nazywam się Mariola Krzak, dzwonię w imieniu sieci Orange. Dzwonię z fantastyczną informacją! Jakiś czas temu wypełniła pani przez internet ankietę i w związku z tym wygrała pani smartfona! 
Bla, bla, bla... Jak katarynka... Od 8 miesięcy odmawiam, wyzywam od naciągaczy, złodziei, upierdliwców... Proszę, grożę, żeby już do mnie nie wydzwaniali. A ci nic... Dalej z uporem maniaka wydzwaniają! Nie ma na nich metody! Są jak obłąkani w tym swoim uporze i ujebliwości. Mówisz nie 100 razy, a ci nic!
-PRZECIEŻ TO JEST TAAAKAAA WSPANIAŁA OFERTA!!!
Masakra... Ręce opadają...
Jeszcze gdzieś ostatnio przeczytałam, że Orange ma do zapłaty 30 milionów kary za bezprawne przedłużanie umów swoim klientom. Idealne podsumowanie ich działalności.

Także kochana sieci Orange, dziękuję ci z całego serca za wasze cudowne oferty.
Pocałujcie mnie w dupę!
Nie pozdrawiam!


Wczoraj jak byłam w pracy, latałam ze ścierką i ocierałam pot z czoła, wyrwał mnie z wiru sprzątaniowego telefon.

-Grrr... byle nie Orange, byle nie Orange, bo się wkurwię...

Syknęłam ściągając w pośpiechu rękawice.

                                                    -Halo?
-Cześć, mam do ciebie takie szybkie pytanie.

Mama, ok. Zawsze to lepsze od zjebanego konsultanta <tak mi się przynajmniej wtedy wydawało>.

-No słucham cię...
-Jak ma na imię była dziewczyna Wojtka?
-Eee... Słucham?!
-No ta jego była, co razem czas na działce spędzali tam w górach, no wiesz.. 

Gorący pot przeleciał przez moje plecy, a szczęki momentalnie się zacisnęły...

-Ala. Dowiem się w końcu o co chodzi?

-No właśnie! Tak myślałam. Bo jak byłam u was, to Wojtek coś tam ci dyktował, jakieś hasło, czy coś, pamiętasz?
-Yyy... no możliwe... Chyba tak. Ale o co chodzi?
-No właśnie! Bo tam były jakieś literki i on zaczął ci je wymieniać: "K-jak Karol, C-jak Celina i A, jak ALA! Zobacz, mógł podać tyle innych imion! W pierwszej kolejności to powinien Twoje podać, bo w końcu też na A, a on podał ALĘ. Andrzej, Aleksandra, Angelika, Alojzy, Ania, Agnieszka, Amelia, Anastazja, Adrianna, Adam, Adolf, Adrian, Agata, Albert, Apoloniusz, Artur, August. Tyle imion do wyboru, a on jednak pierwsze skojarzenie, to nie Twoje imię, ani żadne inne, tylko jej! Ja ci mówię, ja mam nosa do takich spraw. Ona mu musi mocno w pamięci siedzieć... Nawet tak podświadomie... A  może nie tylko podświadomie? Mają jakiś kontakt ze sobą, czy coś? 

-Mamo, na litość Boską! Nie wiem! Nie szpieguję go, ani nie mam umiejętności czytania w myślach. NIE WIEM! Może i o niej myśli, może to akurat imię mu przyszło do głowy...
-No nie, ja tak tylko pytam. Wiesz, lepiej uważać.
-Żebyś ty była taka wnikliwa i spostrzegawcza w rozmowach z panem konsultantem, który wcisnął Ci smarta i kartę pamięci...

-O, no i po co się już złośliwisz?! Ja tu się martwię i chcę cię po prostu uczulić...
-Mamo, ja jestem już od lat wystarczająco WYCZULONA na tą dziewuchę i dobrze o tym wiesz. Ale nie siedzę nikomu w mózgu i nie wiem co, ani o kim mój mąż myślał w danej sekundzie. Powinnaś dostać Oskara w teoriach spiskowych. I nie wiem czy nie dać ci namiarów do mojej pani psychiatry, bo widzę u ciebie znamiona paranoi.
-Ja tylko...
-Tak, ja wiem. Ty zawsze "tylko". Nieważne, Koniec tematu. Jestem w pracy. Coś jeszcze?
-Nie, w zasadzie to nie...
-To trzymaj się. Cześć. Na razie, Pa.





Szczęka mi opadła i mój mózg zaczął analizę... W zasadzie, to faktycznie... Dlaczego akurat JEJ imię?.,, Dlaczego nie moje? A może...? A jeśli...? Czemu...?
I tak to teraz za mną chodzi... Jak smród po gaciach...
Mamo, potrafisz idealnie namieszać. Brawo!

piątek, 3 lutego 2017

Małpi odruch.

Przedwczoraj postanowiłam sobie... rzucam e-papierosa.
Rzucanie jest banalnie proste, próbowałam setki razy...
No ale teraz sobie jakoś bardziej przetłumaczyłam, że inne wydatki, że to jednak kasa spora idzie miesięcznie, że w sumie to cholera wie co w tym jest... Niby e-papieros, to mniejsze zło. Może i tak jest, ale jednak wciąż zło... W dodatku bardzo słabo przebadane pod względem długotrwałego "parowania". Z mocy nikotyny przeszłam na minimum <startowałam z 24 mg, obecnie było 3 mg>, więc wydaje mi się, że problemem nie jest u mnie nikotynizm, a sam małpi odruch.
Odruchowo sięgam po fajkę i ogarnia mnie nerw, bo olejek wykorzystany do zera i nowego kupować nie zamierzam.
Z doświadczenia z tradycyjnym papierosem, wiem że u mnie najgorsze były 2 tygodnie.
Oby teraz trwało to krócej i niech już to dziadostwo rzucę raz, a dobrze.
Jeszcze jednym ZA jest to, że z e-papierosem wygląda się... debilnie. Przynajmniej ja wyglądam idiotycznie z tym ustrojstwem w gębie. I kolejny argument... Wojtek truje mi coraz mocniej dupę, że go dusi, przydusza, drażni, przeszkadza, truje... No same za! Nic tylko rzucać!




Produktywny dzień w ogóle dzisiaj miałam. Prasowanie, sprzątanie, gotowanie, pranie... Ktoś tam powie, że phi! wielkiemico..., ale dla mnie to dużo. :)
Teraz odpoczywam, mam za dużo czasu i... nie mam co zrobić z rękami. :/
Żebym tylko teraz "przypadkiem" gdzieś nie znalazła zachomikowanego liquidu bo mój zapał znów opadnie drastycznie.

Trzymajcie kciuki! :)





PS Uwielbiam dźwięk pralki... Uspokaja mnie i działa jakoś kojąco... ;)