piątek, 10 marca 2017

Nie czytajcie przy jedzeniu! ;)

Oj, od jakiegoś czasu bardzo dotkliwie <dotkliwiej niż kiedyś> przechodzę napięcie mięsiączkowe. Wydaje mi się, że związek ma tu Mirtagen, który dodatkowo potęguje "opuchnięcię" i zatrzymanie wody w organizmie. Jak się ten objaw połączy z zatrzymaniem płynów przed okresem, to masakra...
Spadek nastroju też jest większy, jestem drażliwa i mam dziwne uderzenia gorąca.
Wczoraj podczas mycia naczyń, nagle mnie zamroczyło. Czułam jak mi się telepie serce w klatce piersiowej, a nogi robią się jak z waty. Doszłam do wniosku, że dokończę mycie i wtedy sobie usiądę. Zrobiłam to w ostatnim momencie, bo jeszcze moment, a wyrżnęła bym na podłogę.
Tętno miałam okropnie wysokie, do tego mdłości, niepokój, duszności, uderzenia gorąca... No atak paniki jednym słowem.
Trwało to koło godziny czasu i chyba w tym czasie milion razy zadawałam pytania czy będę rzygać, gdzie będę rzygać... Za okno? Do kibla? Do kosza? Może wyjdę na ogródek do sąsiadów na dół? Ale jak ja zejdę? Gonitwa myśli i potworny lęk...
Oczywiście nie zwymiotowałam i po godzinie zaczęłam czuć charakterystyczne wiotczenie mięśni, zmęczenie i opadanie powiek. Łyknęłam 2 łyżki hydroxyzyny w syropie <nic nie zmieniły w moim samopoczuciu ;)> i było ok.
Dziś w zasadzie lepiej ale zwała i zły nastrój nadal jest.
Wojtek jeszcze wczoraj był tak męczliwy, że musiałam mocno gryźć się w język, bo miałam dość jego miałczenia.
Strasznie irytuje mnie, jak mu coś opowiadam, a on tak śmieszkująco odpowiada "Yhy!". Jak oglądaliście bajkę Masza i niedźwiedź, to Masza tak często potakiwała. Spoko, jest to zabawne ale jak mówię coś WAŻNEGO i oczekuję czegoś więcej niż potaknięcia, to na serio jest to wkurwiające. I tak co zdanie, to jego "yhy". Takie to zlewające, lekceważące... Grrrr...
Już na końcu języka miałam kilka słów na ten temat, ale zrobiłam trzy głębokie wdechy i postanowiłam się nie odzywać. Chłop ma gorszy dzień, ja też, może słuchać mu się mnie nie chce, trza odpuścić. Chyba to było najlepsza opcja, bo grunt do kłótni był wyjątkowo korzystny.

A dziś mama znowu umiliła mi poranek. Zdała mi szczegółowe sprawozdanie:

-...wiesz, nasmażyłam wczoraj placków ziemniaczanych.
Tak się obżarłam, że potem o 2 się obudziłam i było mi strasznie niedobrze. W dodatku się przeziębiłam, bo na polu byłam, a to taka pogoda zdradliwa. Niby wiosna, ciepło, ale zawiało mi gnaty. No tak  chciałoby się wyjść ale zimno. No ale wracając do tych placków. Od 2 nie spałam tak mi niedobrze było. I mnie muliło i muliło. I zgaga mnie piekła jak cholera, O Jezusie jaką zgagę miałam... Myślałam, że mi przełyk spali. I zaczęłam mieć taki straszny ślinotok, więc poszłam do łazienki. Też masz taki ślinotok czasem? Rany, okropne to jest. I tak stałam nad wanną. Sama nie wiem czemu nie nad kiblem ale nieważne. I tak się waham, co zrobić. Chce mi się rzygać, a nie mogę. No i musiałam sobie pomóc, bo ta zgaga i te odbijania, a najgorszy ten ślinotok. No mówię ci, coś okropnego. Więc palce sobie wsadziłam i poszło. Wannę zarzygałam, ale puściłam sobie wodę i spłukałam, nie myśl sobie! Bo jak się już zacznie rzygać to idzie. Najgorsze to takie, że chce ci się, a nie możesz. No... i takie miałam przeboje.
A co u ciebie? Co masz na obiad?


Kurcze no... apetyt mi momentalnie przeszedł. Z racji, że wyobraźnie mam bardzo bujną, to od razu sobie całą sytuację zwizualizowałam i aż mnie otrzepało... Mama wie doskonale o mojej fobii i na serio, darowałaby sobie... Jak miała grypę żołądkową, to samo.
Dzwoniła chwilę przed i po napadzie wymiotów.

-Zerzygałam materac i prześcieradło. 
-O, znów mnie zgaga pali i ślina leci. 
-Znowu będę rzygać. 3 raz już od rana. 
-Ale mnie wytargało. 
-Mam strasznie obolały żołądek.

I miałam takich telefonów kilka. Ze szczegółami. Jak, w którym miejscu, itd. Każdy detal.
Dopatruję się tutaj pewnej celowości, bo gdy mama bywała w szpitalach <z racji operacji biodra, chorej tarczycy>, to tego typu opisów nie było dotyczących na przykład narkozy, licznych kłuć, kroplówek, leków...
Tłumaczyłam mamie, że nie potrzebuję do szczęścia tych szczegółowych opisów, że boję się tej czynności i po każdej takiej wysłuchanej historii mam mniejszy lub większy atak paniki.

-Oj, bo tobie to NICZEGO powiedzieć nie można. Przewrażliwiona jesteś! Zobaczysz, zajdziesz w ciążę, będziesz rzygać jak kot! Ja ci to mówię! I co wtedy? Oswajaj się!

 Nie wiem po co to takie granie na nerwach... Ja wiem, że mamę na przykład martwi ilość leków, jakie zażywam, więc nie mówię całej prawdy. Staram się ją chronić przed stresogennymi informacjami, gdzie wiem, że ona nic mi nie pomoże, a tylko się będzie martwić. No to chyba logiczne, prawda?

Ja sama przez pewien czas uważałam swój żołądek za tytanowy, po pewnym epizodzie.
Było to w 1 klasie liceum. Rozstałam się z chłopakiem w koszmarnych okolicznościach <zapewne napiszę o tym odrębnego posta>...
Zadzwoniłam zapłakana do kuzyna z oświadczeniem.

 -PIJEMY! DZIŚ! ZARAZ! TERAZ! PRZYJEŻDŻAJ!

Kuzyn przyjechał, zgarnął po drodze jeszcze jednego kumpla, kupił 0,7 i zaczęliśmy pić. Narzuciłam bardzo ostre tępo. Bania za banią. Po pół godzinie flaszka zniknęła, kolega odpadł, a ja kazałam kuzynowi lecieć po kolejną flaszkę. Kupił zapobiegawczo ćwiartkę.
I z tej ćwiartki już za wiele nie pamiętam. Podobno rozlewałam ją po ziemi, aż się wkurzyłam i wytrąbiłam prawie całą z gwinta.
To już wiem wyłącznie z opowieści.
Kuzyn odstawił mnie ze swoim niepijącym wtedy kolegą pod drzwi, zadzwonił dzwonkiem, oparł mnie sztywną o drzwi i spierdzielił. ;P
Ja nie pamiętam tego totalnie.
Z mojej perspektywy wyglądało to tak, że obudziłam się z potwornym bólem głowy i mdłościami.
Kurwa... jak ja do domu dotarłam? Ale spoko, jestem w łóżku, przebrana nawet w piżamę, więc na pewno tak źle nie było. Ale mi niedobrze... Wstałam z łóżka i już wiedziałam, że jest źle. Podłoga wirowała, w głowie istny kołowrotek. Opierając się o meble, doleciałam do okna, szybko je otworzyłam. Żołądkiem szarpało mi niemiłosiernie ale nie zwymiotowałam! Nie wiem jakim cudem!
Siedziałam przy tym oknie ze 3 godziny, a że to był luty i to w dodatku mroźny luty, to powietrze nieźle mnie przetrzeźwiło. Trzęsąca się z zimna wróciłam do łóżka po 5 i zasnęłam.
Koło 12, następnego dnia wstałam z kacem gigantem... No czegoś takiego to jeszcze nie miałam nigdy wcześniej, ani później. Łeb miałam jak w imadle, żołądek wywrócony do góry nogami, ręce mi się telepały.
Jakoś doczłapałam się do kuchni. Matka wściekła, słowem się nie odezwała do mnie, wyszła. Brat to samo.
Myślę sobie, o co im chodzi? No dobra, wróciłam późno, ale mojego brata to powinno walić jak zwykle, a mama też aż takimi fochami na to nie reagowała.
W końcu nie wytrzymałam i poszłam do Mateusza o co im chodzi?

-NAM o co chodzi? Przyszłaś napierdolona w cztery dupy! Gdzie? Z kim? Byłaś jak flak! Jak Ci mama otworzyła, to cię łapać musiała! ZANIEŚLIŚMY cię sztywną do pokoju ale nieee... Ty jeszcze postanowiłaś zapalić papierosa na górze <na piętrze mieliśmy niewyremontowaną łazienkę, "palarnię">. Przewracałaś się po drodze z pięć razy. Po 15 minutach poszedłem zobaczyć czy żyjesz, a ty siedziałaś na kiblu ze szlugiem w ręce i spałaś! I myśmy ciebie z tego kibla musieli ściągać. Potem znieść na dół i w piżamę przebrać! Co ty odpierdzielasz? W życiu cie takiej zeszmaconej nie widziałem!

Ech... no aż takiego hardkoru się nie spodziewałam...
Kac gigant trwał bite 3 dni <serio!> i po nim doszłam do wniosku, że jak to przetrwał mój żołądek, to jestem mistrz, poziom 100 wtajemniczenia.

Przez jakiś czas miałam oddech od fobii. Niestety jak przestałam się stymulować różnymi używkami, wszystko wróciło ze zdwojoną mocą. Lęki, napady, depresja.
Nerwica jest jak sraczka. Przychodzi nagle i znienacka.

4 komentarze:

  1. Halo, Nerwko, co się dzieje???????

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już jestem. Musiałam dojrzeć do nowego posta. :*

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Dziękuję kochana. Dobrze. Mam nadzieję, że uda mi się zmierzyć ze sobą i napisać tu o dręczących mnie sprawach... No i być może poczuć z tego tytułu ulgę... w końcu...

      Usuń