środa, 26 kwietnia 2017

Moja zmiana po traumie. Zerwałam się ze smyczy.

Po rozstaniu z Maćkiem byłam w szoku.
Nie dałam sobie czasu na refleksję, smutek, żal, rozpacz. Nie chciałam z nikim na ten temat rozmawiać.
Jedyne uczucie jakie czułam, to złość na samą siebie. Według mnie to była moja wina... Bo mogłam posłuchać rad koleżanki i nie zadawać się z tym typem. Bo mogłam to urwać, gdy tylko zobaczyłam jego agresywne zachowania i skłonności. Bo mogłam... Ja... Moja wina...
Na trzeźwo nie umiałam tej złości i nienawiści znieść.
Szybko, tu i teraz musiałam się narąbać, zapić, na chwilę chociaż zapomnieć...
Spotykałam się z kuzynem i piłam na umór.
Były wakacje, koniec gimnazjum. Przede mną wizja nowej szkoły... Normalnie srałabym pod siebie z nerwów. Tym bardziej, że żadne liceum do którego składałam papiery, mnie nie przyjęło. Za słaba średnia. Za mało punktów. Tuman jestem. Nie zdziwiło mnie to specjalnie, a już mojej rodziny szczególnie.
Losowo zostałam przydzielona do jakiegoś liceum... Miałam to gdzieś.

Zaczęła się we mnie dokonywać diametralna zmiana. Ze spokojnej, zakompleksionej, zahukanej szarej myszy, stawałam się agresywną, wulgarną, zbuntowaną nastolatką.
Zmieniłam styl ubierania, zaczęłam się ostrzej malować <pod pieczą siostry w gimnazjum, to było nie do pomyślenia>. Obracałam się w towarzystwie kuzyna i jego starszych kolegów. Byłam jedyną dziewczyną w towarzystwie. Szybko zauważyłam, że przykuwam męskie spojrzenia.
Bawiłam się tym. Kokietowałam, flirtowałam... Na jednej imprezie potrafiłam kręcić z trzema typami.
Gdy trzeźwiałam czułam się jak szmata... Więc znowu piłam.
I tak całe wakacje.

Na nowy rok szkolny też miałam swój plan. Nie będę taka jak dawniej! Koniec z tym!
Dosyć biegania za koleżankami, dosyć błagania o polubienie, dosyć bycia w cieniu. Trafiłam do jednej z najgorszych szkół w mieście. Odpowiadało mi to.
W końcu mogłam zacząć z nową kartą, od zera. Oddzielić grubą kreską okres podstawówki i gimnazjum, gdzie siostra trzymała mnie ostro za mordę, miałam łatkę konfidenta, pomiatano mną i wyśmiewano. Gdzie musiałam zgrywać grzeczną, cichutką. Gdzie nie wolno mi się było umalować, choćby tuszem do rzęs, ubrać po swojemu. KONIEC!

Zerwałam się ze smyczy... Rozszarpałam niewidzialny kaganiec.

W nowej klasie wiedziałam co robić... Musiałam robić dokładnie na odwrót, niż w poprzednich szkołach. Nie pokazywać słabości, wypiąć cycki do przodu, łeb trzymać uniesiony, uśmiechać się i pewnym wzrokiem spoglądać na nowe twarze. Było to dla mnie fascynujące, jak inaczej ludzie nowo poznani do mnie podeszli. Polubili mnie! Od razu złapałam kontakt z kilkoma osobami.
Mogłam wreszcie wykreować się na nowo. Zdałam sobie sprawę, że można mnie lubić! Że to nie ze mną było coś nie tak przez te wszystkie lata.

Byłam osobą ogólnie lubianą. Uznawaną za "ostrą", o ciętym języku, szczerą do bólu, dość narwaną. Zmieniłam się o 180 stopni.
Bliżej zakumplowałam się z Magdą. Mieszkałyśmy blisko siebie, poza tym była kwestia, która mnie w niej intrygowała... Chodziły plotki o tym, że Magda siupie.
Zbliżając się do niej, chciałam spróbować. No jak inaczej mogłam to zrobić? Miałam podbijać do nieznanych kolesi spad ciemnej gwiazdy i prosić o "działkę"? Wyśmiano by mnie w najlepszym wypadku. Bezsens...
Gdy już się bardziej zbliżyłyśmy z Magdą, zaczęłyśmy wspólnie imprezować, wagarować, skumałam się z jej chłopakiem, w końcu poczułam, że to już dobry moment.
Nadszedł ten dzień.
-Dziś mi się nie chce iść do szkoły... Może wpadniesz? Coś tam sobie nastukałam na boku i aż mnie skręca, żeby wciągnąć. Nie wytrzymam do końca budy.
Oczy aż mi się zaświeciły.
-Jasne, że wpadnę!
Więc wpadłam. Pogadałyśmy chwilę. Magda zerknęła przez okno i z dna szafki wyciągnęła malutkie sreberko.
Rozwinęła je i moim oczom ukazał się biały proszek. Sprawnie rozsypała go na biurku, rozkruszyła kartą i uformowała kreskę.
-Magda?... Dałabyś mi trochę?
-Eee... Wiesz, ja nikogo wjebywać nie chcę...
-Ale ja już brałam. Tak dla towarzystwa tylko chciałam...
-Yhym... Na pewno? 
-Tak.
Wydaje mi się, że nie uwierzyła mi, że wcześniej ćpałam ale pewna nie jestem. Teraz pęknąć już nie mogłam. Zresztą nie odczuwałam lęku. Czułam ciekawość i podniecenie.
Magda zwinęła mi rulonik i podała.
Raz kozie śmierć! Siup!
Wciągnęłam. Zrobiłam to. Serce waliło mi jak młot. Pierwsze wrażenie, to takie, że strasznie śmierdziało. Jakimiś chemikaliami. Nie da się tego zapachu z niczym porównać.
Szczypało w nos jak cholera, momentalnie pojawił się mokry katar. Po kilku minutach poczułam pierwsze uderzenie. Oczy otworzyły mi się jak po baaardzo dużej kawie. Ostry proszek zaczął ściekać z nosa po tylnej ściance gardła. Serce przyspieszyło. Poczułam przyjemne ciarki na skórze głowy i karku. Przypływ energii był niesamowity, wszystko wydawało się fajne, do przeskoczenia. Nerwowo pociągając nosami, nawijałyśmy z Magdą jak najęte, chichotałyśmy, poszłyśmy na spacer. Poczułam mega power. Czułam się niepokonana, góry mogłam przenosić, wszystko mi się chciało.

Było super.
Idealnie.
Spodobało mi się.
Bardzo.
I chciałam więcej.
Wiedziałam, że ten pierwszy raz nie będzie ostatnim...

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Część 2. Apel.

Spotkałam się z Maćkiem pierwszy raz wczesną wiosną.
Wszystko budziło się do życia, drzewa zieleniały, ptaki głośno ćwierkały.
Gdy go zobaczyłam, poczułam motyle w brzuchu.
Zachwyt...
Utonęłam w jego oczach, niskim głosie, silnych, mocnych ramionach...

Przez trzy miesiące byłam ślepa i naiwnie wierzyłam, że wielu rzeczy nie widzę, że on się zmieni... Że ja go zmienię. Że zmieni się dla mnie.

Zdawało mi się, że gdy byliśmy tylko we dwoje stawał się potulny, dobry, ciepły, czuły... Zdarzały mu się napady agresji. Widywałam u niego w pokoju dziwne ampułki, strzykawki... Sam mówił otwarcie o sterydach, O cyklach, spadkach, redukcjach... Widziałam, że odwiedzamy podejrzanych typów, że Maciek odbiera od nich "sreberka". Poznałam nawet jednego chemika.
On nie bał się policji... Mieszkał tuż przy posterunku. Miał wujka policjanta, który z niejednego szamba go wygrzebywał.
Nie bałam się, bo byłam ślepa. Ślepa na coraz częstsze agresywne odzywki, na popchnięcia, na wyzwiska... Słowa przepraszam nie usłyszałam nigdy. Najwyżej:
-Sorry mała, jestem w trakcie cyklu i mnie rozpierdala.
No tak... Przecież to takie logiczne! Od testosteronu jest się agresywnym. Zrozumiałe.
Były momenty gorsze, ale i lepsze. Były wyzwiska i kuksańce, ale też kwiaty i prezenty.

Wkręcałam się coraz mocniej w ciemną stronę życia Maćka. Codziennie jeździliśmy odbierać towar, ważyć, mierzyć, dzielić... Nigdy niczego mocniejszego nie spróbowałam. Jedynie zioło paliłam, ale nic więcej. Bałam się. I bałam się coraz bardziej tego co te wszystkie draństwa robiły z moim facetem.
Kłótnie były coraz częstsze. Zaczęłam widzieć, że mu nie wystarczam, dostrzegłam, że kręci się wokół niego coraz więcej dziewczyn. Dziwek. Dosłownie. Patrzyły na mnie z góry, wręcz naśmiewały ze mnie, klejąc się jednocześnie do mojego faceta.
-Co ty wyprawiasz?! Przecież ja jestem obok! Ta dziwka wisi na tobie, a ty się jeszcze z tego cieszysz!
-No skoro ty mi nie chcesz dać to muszę sobie jakoś radzić. Nie zamierzam żyć w celibacie.

Tego typu uwag było coraz więcej... Podobno przede mną był w związku z prostytutką. Ogólnie wzorem cnót nie był.
Naciskał na mnie coraz mocniej...
Po jednej z imprez przesadził. Namieszał potwornie. Alkohol, speed i do tego testosteron uderzyły mu do głowy. Przypieprzył jakiemuś kolesiowi, bo rzekomo krzywo na niego spojrzał. Gdy chciałam go od niego odciągnąć, odwinął rękę i uderzył mnie w twarz po raz pierwszy.
-Nie zbliżaj się teraz do mnie, bo zabije...
W jego oczach było coś bezwzględnego, przerażającego, nieludzkiego...
Ćpał coraz więcej, gdy prosiłam go, żeby przestał, kończyło się awanturą.

Po burzy przyszedł jednak spokojniejszy okres. Stwierdził, że faktycznie przegina i DLA MNIE <baardzo strategiczna zagrywka> spróbuje się zmienić.
Mydlił mi oczy na potęgę i coraz częściej zaczynał gadać o dowodzie miłości, że to już czas, że on już nie wytrzyma...
Miałam burzę mózgów. Z jednej strony absolutnie nie czułam się gotowa. Na samą myśl o seksie, oblewałam się rumieńcem. Nagość mnie przerażała. Wiedziałam też, że nie dorównam jego poprzednim partnerkom, że nie mam pojęcia co i jak. Z drugiej zaś strony bałam się, że go stracę. Że w końcu zdradzi mnie, o ile już tego nie robi.
Stawał się natarczywy ale jakoś udawało mi się odwlekać decyzję w czasie.

Pewnego letniego dnia wpadłam do Maćka jak zwykle.
Mieszkał z rodzicami i babcią, która mnie przerażała. Miała bardzo silną demencję i chyba była po jakimś udarze lub wylewie,.. Nie pamiętam nawet. Pamiętam, że przemieszczała się na wózku, ale sama nie była w stanie na niego usiąść. Jak ją ktoś położył, to leżała, jak posadził, to siedziała. Niczym posążek, z tępym wzrokiem wpatrzonym gdzieś w dal.
Zerknęłam w stronę pokoju babci. Drzwi były otwarte, a ona siedziała na łóżku z martwym wzrokiem wbitym w ścianę.
-Rodziców nie ma?
-Nie ma mała. Prędko nie wrócą.
Maciek ręką wskazał, żebym weszła do salonu, a sam zamknął drzwi mieszkania na zasuwkę i klucz, który schował do kieszeni. Dziwne...
-A co chcesz robić? Myślałam, że czegoś posłuchamy u Ciebie? Chcesz coś oglądać?
O naiwności... Czułam się zakłopotana, siedząc na rozłożonym łóżku jego rodziców.
-Tak, będę oglądać. Ciebie.
Bez zbędnych ceregieli zaczął się rozbierać. Koszulkę, spodnie z których wypadły klucze...
-Ale... Co ty robisz?!
-Dosyć się naczekałem.
Położył się na mnie i zaczął zadzierać koszulkę do góry.
-Ja nie chcę! Przestań!
Odpowiedział mi ciężki oddech.
-Przecież twoja babcia jest obok!
-Przecież wiesz, że jest warzywem. Kurwa, ona nawet łyżki nie umie utrzymać.
-Ale będzie słyszeć...
Czułam jak powieki zaczynały mnie szczypać. Głos łamać...
Maciek westchnął, wstał i zatrzasnął drzwi.
-Zadowolona?
Dalszy przebieg wydarzeń trwał relatywnie krótko. Z mojej perspektywy wieczność.
Jego łapska były ciężkie, brutalne. Sprawiały ból.
Gdy byłam już całkiem naga, szelmowsko zmierzył mnie z góry do dołu. Wyraźnie bawiło go moje nieporadne zakrywanie newralgicznych punktów mojego ciała.
-Ja nie chcę... Nie jestem gotowa...
Nie słuchał... Mimo zaciśniętych nóg, siłą je rozkładał. Widziałam narastającą w nim frustrację, gniew... Wiedziałam, że jestem w potrzasku. Nie miałam szans. Ja - dziewczyneczka 160 i on 130 kilogramowy koks.
-Człowieku błagam cię...
-Zamknij się dziwko!
Uderzył mnie w twarz.
-Proszę... Nie rób tego...
Jego wielka dłoń oplotła moją szyję. Przybliżył swoje usta do mojego ucha i powiedział:
-Wystarczająco długo wodziłaś mnie za nos. To jest moje prawo. Więc zamknij pysk i nie udawaj cnotki.
Pokój w którym byliśmy zawirował. Czułam że tracę przytomność z braku tlenu. W końcu uścisk na mojej szyi zelżał.
-Ale zabezpieczmy się chociaż...
Wyłkałam... W momencie uświadomiłam sobie, że on może być na coś chory, że może ta dziwka z którą był czymś go zaraziła, przerażała mnie wizja ciąży... Za późno. Zdecydowanie za późno naszły mnie te refleksje...
-Będę uważał.
-Tylko o to cię proszę...
-Nie mam gumek.
-Na wszystkie świętości... Błagam cię!
Pomimo wielkiego zniecierpliwienia, znalazł jakąś zbłąkaną prezerwatywę w barku rodziców.
Uderzył mnie jeszcze kilkukrotnie... W mojej głowie było tylko jedno.
Nie tak... To tak wyglądać nie może! Nie chcę! Nie tak to sobie wyobrażałam...
Mocowałam się z nim, zaciskałam wszystkie mięśnie, o istnieniu których nie miałam pojęcia.
Po kolejnych minutach szarpania, odpuścił...
-Nie będę się z tobą dłużej szarpał. 
Zmusił mnie do rzeczy obrzydliwej, przy okazji wyśmiewając moją nieporadność. Gdy już "odbębnił" swoje. Opadł na łóżko.
Ja targana odruchem wymiotnym, zebrałam szybko swoje rzeczy i wybiegłam do łazienki. Obmyłam się, ubrałam i porwałam za klucze.
-Chwila... Uspokój się! Czemu tak histeryzujesz? Przecież nic się nie stało! Uspokój się. I nie radzę ci mówić o tym komukolwiek. Wiesz, że wujek mnie z wielu przypałów wyciągał. Nikt ci nie uwierzy. Dup to ja mam na pęczki.
Po tych słowach jak gdyby nigdy nic założył swojemu psu smycz, otworzył drzwi i wyszedł. Ja wyszłam za nim. Żeby dojść na przystanek musiałam przejść przez plac, na który on też poszedł.
Usłyszałam jak coś opowiada swojemu towarzystwu. Faceci głośno rechotali, dziewczyny piskały ze śmiechu. Czułam na sobie ich spojrzenia, ale nawet nie zerknęłam w ich kierunku. Z podniesioną głową, bez emocji na twarzy, z mocno zaciśniętymi zębami i pięściami szłam przed siebie.
Gdy jechałam tramwajem, miałam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią. Że mam na twarzy wypisane, to co przed chwilą się stało. Czułam wstręt do siebie. Ogromny wstręt i złość.
Wróciłam do domu i zamknęłam się w łazience na 2 godziny. Szorowałam się do krwi, a wraz ze spływającą po ciele wodą, spływały strugi łez. Nie mogę tego nazwać płaczem. Nie płakałam. Te łzy po prostu same leciały...

Jedyne za co dziękowałam Opatrzności, to to że udało mi się zachować dziewictwo. Przynajmniej w tym biologicznym sensie. Bo psychicznie byłam zgwałcona i upodlona jak nigdy w życiu... A fakt, że kawałek mojej błonki między nogami nie został zerwany, nie pocieszał mnie szczególnie.
Mimo wszystko, minimalnie dało mi to siłę...
Że jednak walczyłam, że jednak się nie dałam, nie odpuściłam... Że jednak tej malutkiej części mojego ciała nie zniszczył.

Nie chciałam go więcej widzieć. Zresztą nigdy już się ze sobą nie kontaktowaliśmy. Ani on ze mną, ani tym bardziej ja z nim.

Wiedziałam, że po tym wszystkim nic już nie będzie takie samo... Że nie wymażę tych wydarzeń z pamięci. Że to pozostanie, będzie wracać i boleć.

Nikt nie zna tej historii. Piszę ją pierwszy i mam nadzieję ostatni raz tutaj.
Chcę to z siebie wyrzucić.
W końcu przestać zaprzeczać przed samą sobą, że to się stało i jest jakąś częścią mnie.
Minęło 10 lat. Nie uważam żebym sobie z tym poradziła. Nie wiem czy kiedykolwiek będę umiała sobie z tym dać radę...

Dziękuję, że zechciałaś/zechciałeś poświęcić swój czas i przeczytać tą historię.
Historię 16 letniej, głupiej, naiwnej i nieświadomej dziewczyny.
***


Drogie kobiety!

Uważajcie z kim się zadajecie.
Nie lekceważcie symptomów toksyczności. 
Nie gódźcie się na jakąkolwiek formę przemocy. 
Wyznaczajcie jasne granice. 
Mówcie NIE. 
Nie wierzcie w jakieś "dowody miłości", męskie potrzeby i niekontrolowanie popędów. Bóg dał nam rozum i tym różnimy się od zwierząt, że mamy kontrolować siebie i swoje popędy. Jeśli ktoś tego nie potrafi, to nie różni się niczym od bydlęcia. Chociaż, mam wrażenie, że obrażam w tym momencie zwierzęta. 
Zgłaszajcie przemoc odpowiednim służbom. 
Korzystajcie z pomocy psychologicznej.
Rozmawiajcie.
Zwracajcie uwagę na to, w jakim towarzystwie obracają się Wasze dzieci. 
Miejcie nad tym kontrolę. 
Uświadamiajcie, rozmawiajcie, ostrzegajcie.

Nikomu nie życzę takiego piekła jakie przeszłam. Tym bardziej, że było to z mojej głupoty i można było tego uniknąć! 
Stało się jednak jak się stało.
Czasu cofnąć się nie da...
Róbcie wszystko co w Waszej mocy, żebyście nigdy nie znalazły się na moim miejscu.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Część 1. Przeszłość potrafi nas dopaść znienacka, nawet jeśli przez całe życie staraliśmy się o niej zapomnieć.

Długo mnie nie było ale sporo dzieje się i w moim życiu i głowie.
Pojawiły się u mnie dziwne, nieprzyjemne, brutalne, nawracające sny... Często gdy śni mi się coś złego, mam "świadomość" tego, że to tylko mi się śni. Nie wiem czy mnie rozumiecie? W śnie, wiem że śnię... Zamykam wtedy oczy z całych sił i zazwyczaj się budzę.
Z ostatnich snów wybudzać się nie potrafiłam, bo nie czułam, że są wytworem wyobraźni. Były do bólu realistyczne. Płakałam przez sen, budziłam się dysząca, dygocząca i spocona jak szczur.
Zaczęłam szukać przyczyny skąd te sny? Rozmawiałam z osobą, która interesuje się zagadnieniami psychologicznymi. Wnioski są dość jednoznaczne. Coś w mojej głowie chce ruszyć dalej, ale nie może. Nie umiem przepracować i zamknąć pewnych spraw.
Inaczej...
Sprawy najboleśniejsze wyparłam ze swojej świadomości. Nie przepłakałam ich, nie wyrzuciłam, nie przeżyłam.
Jedyne co zrobiłam to po pierwszym szoku, zamiotłam pod dywan. Moja psychika je w jakiś sposób ukryła i schowała gdzieś na dnie.
Niestety to że czegoś na pierwszy rzut oka nie widać, nie oznacza, że tego nie ma.
Jest niestety i pomimo upływu lat - powraca.

Bałam się wchodzić na bloga, bo z jednej strony chcę o tym tu powiedzieć, wywalić z siebie to co we mnie siedzi, a z drugiej strony boję się tego. Po wielu emocjonalnych wpisach czułam się źle. Dosłownie, Fizycznie źle. Odchorowywałam pewne posty najzwyczajniej w świecie.
Dlatego potrzebowałam czasu, żeby zebrać siłę i napisać...

Gdy błądzę we wspomnieniach, znów mam poczucie odrealnienia. Nie utożsamiam tych wydarzeń ze swoją osobą. Wiem, że wtedy to byłam ja, że to się przydarzyło... Mimo wszystko jest to takie jakieś zamglone... Jakby za szybą, za ekranem... Jakbym oglądała film ze swoim udziałem w roli głownej.
Czemu tak jest?
Nie mam pojęcia...

Ok, dosyć tego wstępu.
Przechodzę do tematu.

Gdy miałam lat 16, przyjaźniłam się z Kasią. Byłam już po pierwszym "szalenie poważnym związku" z kolegą Kasi, który trwał kilka miesięcy.
Jak tak teraz sobie to pierwsze zauroczenie przypominam, to z perspektywy czasu, już dostrzegam, że coś było ze mną nie tak... Że ciężko było mi od samego początku stworzyć coś normalnego.
Ja wiem, że gadanie o związku w wieku 15 lat, to śmiech na sali ale sami powiedzcie, czy to nie dziwne?..
Bartek zadurzony był we mnie po uszy. Chciał okazywać swoje uczucia, przytulać, całować, dotykać... Mnie początkowo też bardzo to odpowiadało, jednak już po chwili zaczęło mnie "odpychać". Dopiero pod wpływem alkoholu, byłam chętna na czułości. Żeby nie było, nie mówimy tu o Bóg wie czym. Pocałunek w szyję, dotyk piersi, to był maks na jaki pozwalałam swojemu wybrankowi.
Gdy byłam przy nim, miałam go dosyć. Nużył mnie, wprawiał w zakłopotanie, zawstydzał swoimi maślanymi oczami. Gdy tylko znikał mi z oczu, czułam jakby mi ktoś serce wyrywał, tlen odbierał. Tęskniłam okrutnie. Codziennie rozmawialiśmy przez telefon po kilka godzin dziennie. Nie mogłam doczekać się następnego spotkania, a gdy do niego dochodziło... znowu to samo. Chłód z mojej strony.
Bartek pewnego słonecznego, lipcowego dnia kopnął mnie w dupę i w zasadzie się nie dziwię, bo dawałam mu przez kilka dobrych miesięcy sprzeczne sygnały. Przez telefon tęskniłam na zabój i kochałam jak wariat, na żywo chowałam dłonie w kieszeń i wbijałam wzrok w beton.
Święty by nie wytrzymał, a co dopiero 16letni, roztrzepany nastolatek z burzą hormonów.
Rozstanie przeżyłam ciężko. Nie można powiedzieć, że płakałam.
Ja całymi dniami i nocami wyłam. Serce bolało mnie jak nigdy. Tęsknota i ból było z każdym dniem większe. Myślałam, że oszaleję...

Jakimś cudem jednak nie oszalałam i przy sporej pomocy Kasi udało mi się jakoś wyzbierać do kupy, choć zajęło mi to kilka miesięcy. Ej, ej! Nie śmiać mi się tam! Nie zapominajcie, że dla nastolatka miesiąc, to jak dla dorosłego 25 lat! ;)

Więc miesiące mijały... Zbliżał się Sylwester. Miałyśmy go spędzić razem, oglądając filmy. W ostatniej chwili do Kasi napisał jakiś znajomy, żeby wpadała na domówkę. Z radością przyjęłyśmy zaproszenie, odstrzeliłyśmy się jak stróż w Boże Ciało i wyruszyłyśmy na imprezę roku.
Jadąc autobusem zapytałam Kaśkę, czy dobrze zna tego kumpla. Okazało się, że nie bardzo.
Gdy dojechałyśmy na miejsce, weszłyśmy do niewielkiego mieszkania, gdzie zagęszczenie osób i dymu było tysiąckrotnie przekroczone w stosunku do metrażu lokalu.
Mimo wczesnego wieczoru, niektórzy już okupowali łazienkę, wisieli na poręczy balkonu, lub po prostu leżeli na środku korytarza.
Niepewnie spojrzałyśmy na siebie... niepewność nasza zniknęła, gdy zaproszono nas do stołu i polała się woda ognista. Sama nie wiem kiedy i jak na stół wjechało zioło. Jakiś koleś zaczął kręcić skręta, inny usypał białe kopczyki, sprawnie rozkruszając proszek kartą MPK i formując go w równiusieńkie ścieżki.
Wow... Narkotyki... Nieźle...
Jakiś koleś zapytał, czy wciągamy. Kategorycznie odmówiłyśmy. Obrzucono nas litościwo - pogardliwym spojrzeniem. Gdy zaproponowali skręta nie sposób było odmówić. No wyszłybyśmy na totalne lamy!
Boże drogi, jak nami ten skręt pozamiatał... Nie wiem czy to było tak mocne, czy organizm nie przywyknięty... Nie wiem. Wiem, że bite dwie godziny płakałyśmy i tarzałyśmy się ze śmiechu nie umiejąc sklecić zdania.
Jak już się trochę ocknęłyśmy, duża część ekipy poodpadała. Spali, rzygali, bzykali się... Niedobitki głośno entuzjazmowały się Nowym Rokiem. Na tyle głośno, że sąsiedzi zaczęli pukać do drzwi.
Gospodarz nie był w stanie otworzyć, bo czule obejmował muszlę klozetową, więc honorów pana domu dostąpił kompletnie naspeedowany imprezowicz.
-Czego?
-Co wy wyprawiacie?! Sufit mi się zaraz zawali od tych łomotów!
-A co ty kurwa chcesz? Walca mamy odpierdalać? Sylwester jest! Nowy Rok! Jak spać nie możesz, to stopery zaaplikuj dziadek!
-Ja tu zaraz po policję zadzwonię!
-Żebyś się czasem nie zesrał dziadek! Wypier...

...

I takich interwencji było kilka. Od kilku sąsiadów. Jeden się wkurzył, że ktoś mu na balkon doniczkę rzucił, inny, że okno mu obrzygali, a tak generalnie to głośno było, "śmierdziało narkotykami" i ogólnie patola.
Nie ukrywam - było grubo.

Spory był tam przemiał ludzi. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili. Nawet imion nie pamiętam. Jedni coś wnosili, drudzy wynosili. Młyn.
Koło 2. przyszło dwóch kolesi. Jeden nie w moim typie. Przystojny ale nie dla mnie. Natomiast drugi... No wmurowało mnie. Kaśka zdążyła tylko syknąć:
-Nawet o tym nie myśl...
Ale ja już utonęłam. Zresztą i tak wiedziałam, że nie mam szans.
Przedstawili nam się i doszło od razu do "podziału". Ten przystojny ale nie w moim typie przystawiał się do Kaśki, a ten "mój" do mnie! Uwierzyć nie mogłam! DO MNIE!!!

Maciek był jasnym blondynem, ściętym prawie na łyso. Oczy miał bardzo jasne... niebieskie, chociaż ciężko było to dojrzeć, przez nienaturalnie powiększone źrenice. Był niezbyt wysoki ale potężny. Muskularny.
Przyniósł dużo prochów. Zioło, fetę, piguły. Typowy typ spod ciemnej gwiazdy.
Czy mnie to odstraszyło?
Nie.
Utonęłam... Przepadłam na amen...
Flirtowaliśmy kilka godzin, później postanowiliśmy się zebrać <chyba coś nad nami wtedy czuwało, bo około godziny po naszym wyjściu, mieli wejście policji na chatę, z powodu skarg sąsiadów>.
Wziął ode mnie nr telefonu i niestety tyle...

Nie odzywał się. Byłam zła i zawiedziona ale z drugiej strony tłumaczyłam sobie, że taki to na szarą mysz by nie poleciał...
Jakoś przebrnęłam tą porażkę.

W marcu dostałam smsa.
Okazało się, że to Maciek.
Zgubił telefon.
Ale mój nr udało mu się odzyskać.

Zaczęło się...