niedziela, 23 kwietnia 2017

Część 1. Przeszłość potrafi nas dopaść znienacka, nawet jeśli przez całe życie staraliśmy się o niej zapomnieć.

Długo mnie nie było ale sporo dzieje się i w moim życiu i głowie.
Pojawiły się u mnie dziwne, nieprzyjemne, brutalne, nawracające sny... Często gdy śni mi się coś złego, mam "świadomość" tego, że to tylko mi się śni. Nie wiem czy mnie rozumiecie? W śnie, wiem że śnię... Zamykam wtedy oczy z całych sił i zazwyczaj się budzę.
Z ostatnich snów wybudzać się nie potrafiłam, bo nie czułam, że są wytworem wyobraźni. Były do bólu realistyczne. Płakałam przez sen, budziłam się dysząca, dygocząca i spocona jak szczur.
Zaczęłam szukać przyczyny skąd te sny? Rozmawiałam z osobą, która interesuje się zagadnieniami psychologicznymi. Wnioski są dość jednoznaczne. Coś w mojej głowie chce ruszyć dalej, ale nie może. Nie umiem przepracować i zamknąć pewnych spraw.
Inaczej...
Sprawy najboleśniejsze wyparłam ze swojej świadomości. Nie przepłakałam ich, nie wyrzuciłam, nie przeżyłam.
Jedyne co zrobiłam to po pierwszym szoku, zamiotłam pod dywan. Moja psychika je w jakiś sposób ukryła i schowała gdzieś na dnie.
Niestety to że czegoś na pierwszy rzut oka nie widać, nie oznacza, że tego nie ma.
Jest niestety i pomimo upływu lat - powraca.

Bałam się wchodzić na bloga, bo z jednej strony chcę o tym tu powiedzieć, wywalić z siebie to co we mnie siedzi, a z drugiej strony boję się tego. Po wielu emocjonalnych wpisach czułam się źle. Dosłownie, Fizycznie źle. Odchorowywałam pewne posty najzwyczajniej w świecie.
Dlatego potrzebowałam czasu, żeby zebrać siłę i napisać...

Gdy błądzę we wspomnieniach, znów mam poczucie odrealnienia. Nie utożsamiam tych wydarzeń ze swoją osobą. Wiem, że wtedy to byłam ja, że to się przydarzyło... Mimo wszystko jest to takie jakieś zamglone... Jakby za szybą, za ekranem... Jakbym oglądała film ze swoim udziałem w roli głownej.
Czemu tak jest?
Nie mam pojęcia...

Ok, dosyć tego wstępu.
Przechodzę do tematu.

Gdy miałam lat 16, przyjaźniłam się z Kasią. Byłam już po pierwszym "szalenie poważnym związku" z kolegą Kasi, który trwał kilka miesięcy.
Jak tak teraz sobie to pierwsze zauroczenie przypominam, to z perspektywy czasu, już dostrzegam, że coś było ze mną nie tak... Że ciężko było mi od samego początku stworzyć coś normalnego.
Ja wiem, że gadanie o związku w wieku 15 lat, to śmiech na sali ale sami powiedzcie, czy to nie dziwne?..
Bartek zadurzony był we mnie po uszy. Chciał okazywać swoje uczucia, przytulać, całować, dotykać... Mnie początkowo też bardzo to odpowiadało, jednak już po chwili zaczęło mnie "odpychać". Dopiero pod wpływem alkoholu, byłam chętna na czułości. Żeby nie było, nie mówimy tu o Bóg wie czym. Pocałunek w szyję, dotyk piersi, to był maks na jaki pozwalałam swojemu wybrankowi.
Gdy byłam przy nim, miałam go dosyć. Nużył mnie, wprawiał w zakłopotanie, zawstydzał swoimi maślanymi oczami. Gdy tylko znikał mi z oczu, czułam jakby mi ktoś serce wyrywał, tlen odbierał. Tęskniłam okrutnie. Codziennie rozmawialiśmy przez telefon po kilka godzin dziennie. Nie mogłam doczekać się następnego spotkania, a gdy do niego dochodziło... znowu to samo. Chłód z mojej strony.
Bartek pewnego słonecznego, lipcowego dnia kopnął mnie w dupę i w zasadzie się nie dziwię, bo dawałam mu przez kilka dobrych miesięcy sprzeczne sygnały. Przez telefon tęskniłam na zabój i kochałam jak wariat, na żywo chowałam dłonie w kieszeń i wbijałam wzrok w beton.
Święty by nie wytrzymał, a co dopiero 16letni, roztrzepany nastolatek z burzą hormonów.
Rozstanie przeżyłam ciężko. Nie można powiedzieć, że płakałam.
Ja całymi dniami i nocami wyłam. Serce bolało mnie jak nigdy. Tęsknota i ból było z każdym dniem większe. Myślałam, że oszaleję...

Jakimś cudem jednak nie oszalałam i przy sporej pomocy Kasi udało mi się jakoś wyzbierać do kupy, choć zajęło mi to kilka miesięcy. Ej, ej! Nie śmiać mi się tam! Nie zapominajcie, że dla nastolatka miesiąc, to jak dla dorosłego 25 lat! ;)

Więc miesiące mijały... Zbliżał się Sylwester. Miałyśmy go spędzić razem, oglądając filmy. W ostatniej chwili do Kasi napisał jakiś znajomy, żeby wpadała na domówkę. Z radością przyjęłyśmy zaproszenie, odstrzeliłyśmy się jak stróż w Boże Ciało i wyruszyłyśmy na imprezę roku.
Jadąc autobusem zapytałam Kaśkę, czy dobrze zna tego kumpla. Okazało się, że nie bardzo.
Gdy dojechałyśmy na miejsce, weszłyśmy do niewielkiego mieszkania, gdzie zagęszczenie osób i dymu było tysiąckrotnie przekroczone w stosunku do metrażu lokalu.
Mimo wczesnego wieczoru, niektórzy już okupowali łazienkę, wisieli na poręczy balkonu, lub po prostu leżeli na środku korytarza.
Niepewnie spojrzałyśmy na siebie... niepewność nasza zniknęła, gdy zaproszono nas do stołu i polała się woda ognista. Sama nie wiem kiedy i jak na stół wjechało zioło. Jakiś koleś zaczął kręcić skręta, inny usypał białe kopczyki, sprawnie rozkruszając proszek kartą MPK i formując go w równiusieńkie ścieżki.
Wow... Narkotyki... Nieźle...
Jakiś koleś zapytał, czy wciągamy. Kategorycznie odmówiłyśmy. Obrzucono nas litościwo - pogardliwym spojrzeniem. Gdy zaproponowali skręta nie sposób było odmówić. No wyszłybyśmy na totalne lamy!
Boże drogi, jak nami ten skręt pozamiatał... Nie wiem czy to było tak mocne, czy organizm nie przywyknięty... Nie wiem. Wiem, że bite dwie godziny płakałyśmy i tarzałyśmy się ze śmiechu nie umiejąc sklecić zdania.
Jak już się trochę ocknęłyśmy, duża część ekipy poodpadała. Spali, rzygali, bzykali się... Niedobitki głośno entuzjazmowały się Nowym Rokiem. Na tyle głośno, że sąsiedzi zaczęli pukać do drzwi.
Gospodarz nie był w stanie otworzyć, bo czule obejmował muszlę klozetową, więc honorów pana domu dostąpił kompletnie naspeedowany imprezowicz.
-Czego?
-Co wy wyprawiacie?! Sufit mi się zaraz zawali od tych łomotów!
-A co ty kurwa chcesz? Walca mamy odpierdalać? Sylwester jest! Nowy Rok! Jak spać nie możesz, to stopery zaaplikuj dziadek!
-Ja tu zaraz po policję zadzwonię!
-Żebyś się czasem nie zesrał dziadek! Wypier...

...

I takich interwencji było kilka. Od kilku sąsiadów. Jeden się wkurzył, że ktoś mu na balkon doniczkę rzucił, inny, że okno mu obrzygali, a tak generalnie to głośno było, "śmierdziało narkotykami" i ogólnie patola.
Nie ukrywam - było grubo.

Spory był tam przemiał ludzi. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili. Nawet imion nie pamiętam. Jedni coś wnosili, drudzy wynosili. Młyn.
Koło 2. przyszło dwóch kolesi. Jeden nie w moim typie. Przystojny ale nie dla mnie. Natomiast drugi... No wmurowało mnie. Kaśka zdążyła tylko syknąć:
-Nawet o tym nie myśl...
Ale ja już utonęłam. Zresztą i tak wiedziałam, że nie mam szans.
Przedstawili nam się i doszło od razu do "podziału". Ten przystojny ale nie w moim typie przystawiał się do Kaśki, a ten "mój" do mnie! Uwierzyć nie mogłam! DO MNIE!!!

Maciek był jasnym blondynem, ściętym prawie na łyso. Oczy miał bardzo jasne... niebieskie, chociaż ciężko było to dojrzeć, przez nienaturalnie powiększone źrenice. Był niezbyt wysoki ale potężny. Muskularny.
Przyniósł dużo prochów. Zioło, fetę, piguły. Typowy typ spod ciemnej gwiazdy.
Czy mnie to odstraszyło?
Nie.
Utonęłam... Przepadłam na amen...
Flirtowaliśmy kilka godzin, później postanowiliśmy się zebrać <chyba coś nad nami wtedy czuwało, bo około godziny po naszym wyjściu, mieli wejście policji na chatę, z powodu skarg sąsiadów>.
Wziął ode mnie nr telefonu i niestety tyle...

Nie odzywał się. Byłam zła i zawiedziona ale z drugiej strony tłumaczyłam sobie, że taki to na szarą mysz by nie poleciał...
Jakoś przebrnęłam tą porażkę.

W marcu dostałam smsa.
Okazało się, że to Maciek.
Zgubił telefon.
Ale mój nr udało mu się odzyskać.

Zaczęło się...

4 komentarze:

  1. O nie, jak prawie łysy to nie dla mnie:p Ale ogólnie rozumiem Twoją fascynację:)Wyobrażam sobie, ze obnażanie duszy na blogu jest trudne, dlatego wolę pisać o pierdołach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest trudne ale czuję, że przynosi mi ulgę. A chyba o to w tym chodzi. :)

      Usuń
  2. Niektore fragmenty to jakby urywki z mojego zycia.Dawne czasy...
    Trudno jest pisac o tak osobistych przezyciach.Doceniam to i jestem tu z Toba:***

    OdpowiedzUsuń