środa, 31 maja 2017

31 maja. Mole-kolejne starcie.

***
Śniadanie:
1 kanapka z masłem i mielonką (mąż zachwalał, ja myślałam, że rzygnę jak ją jadłam. Obrzydlistwo. Smakowała jak pies zmielony razem z budą.)
herbata owocowa

Przekąska:
chipsy bananowe (banany+olej kokosowy)
chrupki kukurydziane

Obiad:
zupa krem z marchwi
parówka+kromka chleba z masłem+trochę kechupu i musztardy

Przekąska:
szklanka Coli Zero

Kolacja:
3 wafle ryżowe z dżemem z czarnej porzeczki (niesłodzonym)
herbata owocowa
***

Bardzo bym chciała w końcu wygrać walkę z tymi fruwającymi dziadami.
Najśmieszniejsze jest to, że do starych lepów były przyklejone skurczybyki (jeden nawet się jeszcze ruszał, więc był świeżo złapany), a ja nie znalazłam żadnej larwy, żadnej pajęczynki, żadnego mola. 
No cuuuda...
A przetrzepałam dosłownie wszystko. Wszelkie produkty sypkie poprzeglądałam i poprzesypywałam do szklanych pojemników, KAŻDE opakowanie leków przepatrzyłam, wszystko, każdą torebeczkę, każdą buteleczkę przetarłam wodą z octem. Pomyłam w occie wszelkie pojemniki, przyprawy, słoiczki. Szafki też wodą z octem, a później jeszcze amolem (ponoć mole nie lubią ziołowych zapachów). No i oczywiście ponaklejałam nowe pułapki.
Aha, szafkę świnek też przejrzałam. Karmy, sianko. Moli brak. Profilaktycznie i tak przetarłam octem i ponadczasowym amolem.

No musi nam to gówno wlatywać gdzieś z zewnątrz. Nie ma innej opcji! Albo ze śmietnika, albo od sąsiadów z dołu. 

Mam dziś jakiś nerwowy dzień, chyba pogoda mi nie służy. Przy ćwiczeniach myślałam, że ducha wyzionę. Parno jakoś, duszno, ciężko i piździ... 
To nie mój dzień, schowam się w cień.

Stan pola bitwy w trakcie:



I po:






No sami spójrzcie jakie one urocze.


Bleee...

I coś milszego dla oka. :)
Wczoraj zlitowałam się nad moim barankiem Antonitem i opitoliłam go nożyczkami prawie na zero. Szarpał się na początku strasznie ale w końcu skumał, że mu się przyjemnie chłodniej robi i uspokoił się. 
Mądre stworzonko... <3 :))
Jest teraz tak rozkosznie malutki... :)


Mistrzem fryzjerstwa może nie jestem ale grunt, że łapki i uszka są na swoim miejscu. ;D

PS Właśnie ubiłam 3 mole. Z zewnątrz wlatują jebańce. :///

wtorek, 30 maja 2017

30 maja. NaMOLne dziadostwo.

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem i wędliną drobiową
herbata owocowa z 1 łyżeczką cukru

Przekąska:
jabłko
chrupki kukurydziane
Litorsal

Obiad:
zupa krem z marchwi
bitki wołowe z kaszką kuskus

Przekąska:
jabłko

Kolacja:
kisiel
ananas suszony 60 g
***

Miałam dziś w mieszkaniu 34 stopnie... 
Myślałam, że ducha wyzionę. Całe szczęście dziś miałam przerwę w treningu. Teraz trochę popadało i przyjemnie się schłodziło (do zaledwie 26 stopni ;D).

Inwazja moli trwa. Dostaję już kurwicy zabijając kolejne latające skurwiele, a gdy widzę jeszcze kolejne, przyklejone na plastrach antymolowych, to dostaję białej gorączki! Skąd to się bierze?!
W Pepco kupiliśmy szczelne, szklane pojemniki, w spożywczym ocet i kolejne pułapki na tych fruwających szmaciarzy. Jutro znów stoczę z nimi nierówną bitwę. 
I od nowa:
-wywalanie wszystkiego z szafek
-przepatrywanie każdego produktu
-przekładanie do pojemników
-wytarcie wszystkich półek wodą z octem (ponoć mole nie lubią octu)
-naklejenie nowych pułapek.

Końca tej walki nie widać... 

Dlaczego nie mamy ślubu kościelnego?

Ostatnio troszkę mnie zakuło w serce... Doszły mnie słuchy, że moja teściowa przeżywa fakt, iż nie mamy ślubu kościelnego.

Teściowie są wierzący i praktykujący. Moja teściowa podobno (nie znałam jej jeszcze wtedy) otarła się o fanatyzm. Była na czymś co się zwie Odnową w Duchu Świętym i troszkę jej odbiło.
Później na szczęście zluzowała.

Siostry Wojtka mają śluby kościelne, z tymże mąż jednej z nich jest ateistą, a drugi wierzy ale do kościoła nie chodzi.

My wierzymy w Boga, nie wierzymy natomiast w kościół jako instytucje.
Uważam, że Bóg jest wszędzie. Przepych, machloje, afery, układy i materializm w kościele katolickim skutecznie mnie do niego zniechęciły.
Już jako dziecko miałam przejścia... Ksiądz mnie nie trawił, bo moi rodzice byli tylko po ślubie cywilnym. Robił jazdy z moim ochrzczeniem. Przeszły mu opory jak mama wyłożyła parę stów.
Ale księżulek tępił mnie nadal w szkole. Później była komunia... Podczas białego tygodnia, moja mama trafiła do szpitala. Z racji, że miałam 2 km do kościoła, nie miał kto ze mną na ten biały tydzień chodzić i miałam u tegoż księdza, krótko mówiąc przesrane. W szczegóły nie chcę się zagłębiać, bo i po co.
Po tamtym doświadczeniu miałam już uraz do katolicyzmu.
W gimnazjum miałam księdza-oblecha. Stary, z wiecznie czerwoną gębą nieskalaną inteligencją, okraszoną obleśnym uśmieszkiem. Na lekcjach religii oglądał gazety pornograficzne z chłopakami, komentował biusty koleżanek, obleśnie lampił się na dziewczyny, kilkukrotnie ukrywał erekcję. OBRZYDLISTWO!!!
Zwątpiłam już zupełnie, jednak postanowiłam przyjąć bierzmowanie, tak dla świętego spokoju, bo wszyscy mieli.

Po bierzmowaniu odwróciłam się od kościoła całkowicie. Przestałam chodzić, przyjmować sakramenty.

Nigdy nie marzyło mi się wesele i biała suknia. Jakaś dziwna chyba jestem. Wesele i te całe obrządki, wiejskie zabawy budziły moje zażenowanie. Śnieżnobiałe suknie i welony wzbudzały pogardliwy uśmieszek, zwłaszcza, gdy kwiatuszki pod nogi sypało odchowane już dziecko państwa młodych.
WELON i biel! Symbol czystości przedmałżeńskiej! No luuudzieee...

Szkoda mi było zapożyczać się na kilkanaście tysięcy, żeby robić szopkę dla rodziny, z którą nie utrzymuję kontaktu, nie znam, lub zwyczajnie nie lubię ale wypadałoby zaprosić.

Nie czuję tego klimatu. No przepraszam ale nie czuję! Nie spowiadałam się od prawie 20 lat, do komunii nie chodzę, msza święta to dla mnie klepanie formułek, których większość ludzi nie rozumie. A to wszystko w drętwej, przygnębiającej, zimnej atmosferze.

Także przepraszam Cię mamo ale dopóki JA nie zechcę się nawrócić na katolicyzm (w co szczerze wątpię), to nie będę ślubu kościelnego brać dla zasady i żeby kogokolwiek uszczęśliwić.
To musi być moja, nasza, świadoma decyzja.

Wierzę... Wierzę, że jest coś dobrego po śmierci. Że Bóg jest w błękitnym niebie, w biedronce, która przycupnęła mi na dłoni, w zapachu po burzy, w promieniach słońca, w uśmiechu drugiego człowieka, w dobrych uczynkach.

Staram się żyć dobrze, nie ranić innych, przebaczać, żyć wedle zasad moralnych. Pracuję nad sobą cały czas i zmieniam się na lepsze. Pracuję nad swoją zazdrością, lenistwem, cierpliwością... Nauczyłam się dziękować, doceniać, przepraszać, nie być mściwą. Staram się być dobrym człowiekiem. Dobrą żoną, córką, siostrą, przyjaciółką.

Nie znoszę hipokryzji. A gdybym zdecydowała się na ślub kościelny stałabym się właśnie hipokrytką w najczystszej postaci.

Amen

poniedziałek, 29 maja 2017

29 maja.

***
Śniadanie:
3 małe kromeczki z masłem i dżemem z czarnej porzeczki bez cukru
herbata owocowa z 1 łyżeczką cukru

Przekąska:
Litorsal
jabłko

Obiad:
zupa krem z marchwi
bitki wołowe z kaszką kuskus

Przekąska:
suszona morela
rodzynki (tak gdzieś z 30-40 gramów)
herbata owocowa

Kolacja:
4 wafelki kukurydziane z masłem i szynką drobiową
pałeczki kukurydziane

Przekąska:
rodzynki (około 60-70 gram)
***

U nas zaduch jest prze okropny... Ćwiczyłam w 30 stopniowym skwarze. Lało się ze mnie dosłownie ale dałam radę. Podczas gotowania też myślałam, że ducha wyzionę. Puff, jak gorąco...

niedziela, 28 maja 2017

28 maja. Zakupowy post. ;)

***
Śniadanie:
1 jajko na miękko 
1 kanapka z masłem
owocowa herbata z 1 łyżeczką cukru

Przekąska:
Litorsal

Obiad:
zupa pomidorowa zabielana z makaronem
schab gotowany z ziemniakami
herbata czarna

Przekąska:
kawałek niemięsnego pasztetu z kaszy jaglanej z warzywami

Kolacja:
jogurt Jogobella
wafle ryżowe
pół szklanki Coli Zero (wiem, że to bardzo niezdrowe ale straszną miałam ochotę ;))
morele suszone
***

Dzisiaj był dzień "maminy". Pojechaliśmy najpierw do moich rodziców, wręczyć prezent mojej mamie, a później do teściów. Mamy zadowolone, prezenty trafione. :) Uwielbiam dawać prezenty. Niesamowicie lubię dawać, sprawiać radość. Od dziecka tak miałam. Wszystkim się dzieliłam, nawet odmawiałam sobie, żeby innym było miło. 
Kupowanie sobie rzeczy, budzi we mnie poczucie winy.

Jakiś czas temu na promocji w Rossmanie wydałam 150 zł. Mówię do męża:

-Zabijesz mnie... Masakrycznie dużo kupiłam w tym Rossmanie...
-Eee, na pewno przesadzasz.
-Nie! Serio... Strasznie dużo kasy przepuściłam. Zgadnij ile...
-500 złotych?
-No chyba ocipiałeś! Mnieeej!
-300?
-Nieee...
-200?
-150!
-Eee, to co ty pierniczysz, że dużo. Daj spokój. Zarabiasz i możesz sobie kupować na co masz ochotę.

No i niby racja ale mam takie poczucie zawsze zmarnowanej kasy... Że mogłam ją inaczej, lepiej spożytkować. Tak jakbym nie zasługiwała na nic.
Od dziecka miałam wszystko "po kimś". Zabawki, ubrania, buty... A gdy już zarabiałam i coś kupiłam sobie, to rodzice mnie opieprzali, że marnuję pieniądze, że po co mi to, że mogłam coś tańszego na placu kupić, że szkoda pieniędzy... 

Na pierwsze firmowe adidasy namówił mnie Wojtek. Miałam 21 lat. W głowie mi się nie mieściło, żebym 150-200 zł wydała na adidasy! Okazało się jednak, że to był dobry wybór. Placowe rozpadały się po maksymalnie sezonie, a w moich pierwszym Pumach chodziłam 5 lat. ;)
Później teściowa namówiła mnie na długie, skórzane, wysokie kozaki... Za 300 zł. Wysypkę na sumieniu miałam bardzo długo ale w butach tych chodzę już piąty rok. 

Bardzo niewiele mam swoich, kupionych rzeczy. Większość spodni, bluzek, kurtek i butów mam od sióstr Wojtka. Zakupy ciuchowe robię może 3 razy w roku. Ale szczerze? Fajnie mi z tym. Nie mam wyrzutów z powodu wydanej kasy, w dodatku mam bardzo ładne, oryginalne rzeczy. :)

Chyba jestem dość ekonomiczną kobietą. ;D

sobota, 27 maja 2017

27 maja. Chrzciny. :)

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem i tuńczykiem + herbata owocowa + 2 łyżeczki cukru (mąż ciągle zapomina, że nie słodzę...)

Obiad:
7 pierogów z truskawkami + 2 łyżeczki cukru

Kolacja:
1 pasztecik mięsno-grzybowy
1 kawałek tarty serowej z szynką i fasolką zieloną
1 kawałek rolady z ciasta francuskiego ze szpinakiem
herbata + 1 łyżeczka cukru
***

Poćwiczyłam sobie elegancko po trochę dłuższej przerwie. :) O dziwo zmieściłam się w sukienkę sztruksową w rozmiarze XS (nie wiem jakim cudem ;P) i jestem dumna z siebie. Zero słodkości. Był moment, że miałam ochotę napić się coli ale zaraz sobie zwizualizowałam ile tam jest syfu, cukru i mi przeszło. A do ciast jakoś wcale mnie nie ciągnęło. 
Bardzo miły dzień, dużo się działo, ludzi też dużo ale bardzo fajnie czas upłynął. :)

piątek, 26 maja 2017

26 maja. Szał chrzcinowy.

***
Śniadanie:
koktail z maślanki, banana i cynamonu + bułka z masłem i miodem

Obiad:
żurek + 4 tosty z masłem

Przekąska:
kawałek babki cytrynowej, sernika i ciasta kajmakowego (tzw. "okrawki" ale po jednym tylko ;))

Kolacja:
ryżaki z dżemem niesłodzonym, porzeczkowym
***

Niestety znów nie ćwiczyłam. Od rana zapierniczałam, sprzątałam, pomagałam gotować szwagierce. Wróciłam do domu chwilę przed 22 i paaadaaam na pysk.

czwartek, 25 maja 2017

25 maja. Jak swinia...

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem i serkiem Almette


Przekąska:
3 kanapki z nussmilkiem
3 kasztanki
Czekoladka z lidla


Obiad:
odrobina kurczaka pieczonego + kilka kęsów puree z jogurtem naturalnym

Kolacja:
bułka z masłem i miodem
***

Dzisiaj nie poćwiczyłam. Z rana dostałam wilczego apetytu na słodkie. Pochłonęłam w ciągu dwóch godzin śniadanko i "przekąskę". Zemdliło mnie cholernie i cały dzień było mi niedobrze. Jestem u szwagierki i pomagam w przygotowaniach do chrzcin. 
Nie ćwiczyłam, bo nie było kiedy, zresztą jestem tak wycięta, że szok...

środa, 24 maja 2017

24. maja

***
Śniadanie:
1,5 parówki + 2 kromki chleba z masłem
herbata owocowa + 2 lyżeczki cukru

Przekąska:
2 wafle ryżowe + jogurt fantasia

Obiad:
rosół z makaronem
kapusta niezasmażana + 2 kromki chleba

Przekaska:
paluszki
jablko

Kolacja:
chrupki kukurydziane
wafle ryżowe
***

Dziś był dzień bez ćwiczeń, zagoniony jakiś taki... 

wtorek, 23 maja 2017

23 maja. Magiczny kurz.

***
Śniadanie:
1,5 kromki z masłem i tuńczykiem

Przekąska:
jogurt Jogobella
jabłko
miseczka Cheeriosów

Obiad:
rosół z makaronem
łosoś gotowany na parze + kaszka kuskus

Przekąska:
chrupki kukurydziane
jabłko
wafle ryżowe
***

Od kilku dni mieliśmy z małżonkiem zagwostkę... Caaałe okna, telewizor, komoda, stolik (nigdy więcej przeszklonych mebli!), samochód uwalone w zielonożółtym lepkim kurzu. On ostatnio umył auto i już nadaje się znowu do mycia. Ja dziś pomyłam okna, wysprzątałam mieszkanie, bo świata Bożego nie było widać. Z telewizji się dowiedziałam co to za cholerstwo. Sosna pyli!
Mam OGROMNĄ nadzieję, że dziś pyliła ostatni raz, bo się zdenerwuję. 
Ach, no i oczywiście musiało lać, bo jakżeby inaczej. Ja jestem swoistą pogodynką. Jak umyję okna, to tego samego dnia padać musi. Sprawdzalność: 100%. ;)

Poćwiczyłam sobie, zrobiłam smakowitą rybkę na obiad i wszystko byłoby super, ale znów mnie łeb boli. Coś mam ostatnio z tą głową gorzej niż zwykle. ;P
Detoks czekoladowy nadal trwa, ale wkurza mnie, że waga stoi jak zaklęta. 
Może się popsuła?...

poniedziałek, 22 maja 2017

22 maja.

***
Śniadanie:
2 kanapki z nussmilkiem
cappucino + 2 łyżeczki cukru

Przekąska:
jogurt Fantasia z musem truskawkowym

Obiad:
rosół z makaronem
nóżka kurczaka gotowana + puree ziemniaczane z masłem + surówka z marchwi i jabłka

Przekąska:
3 garście Cheeriosów

Kolacja:
3 wafle ryżowe z tuńczykiem w sosie własnym

***

Poćwiczyłam i mi smutno... Tak mi żal Pana Wodeckiego. :( A z drugiej strony, zdaję sobie sprawę, że po rozległym wylewie (tak donosiły media) nie byłby w stanie grać, śpiewać... Byłby zamknięty w swoim ciele i niewyobrażalnie by cierpiał, nie mogąc robić tego co kocha.
Widocznie tak miało być...
Tak bardzo mi przykro... ;(

Odszedł człowiek o wielu talentach... Tak bardzo żal...

~~~~~~
Pana piosenki wzbudzały we mnie ogromne wzruszenia, przywoływały wspomnienia, wypełniały oczy łzami...

Był Pan ogromnie utalentowanym, sympatycznym Muzykiem z klasą, która w obecnych czasach jest niespotykana.

Zawsze szarmancki, zawsze kulturalny...

Pana głos był niezwykły, melodyjny, piękny.

Taki talent zdarza się bardzo, ale to bardzo rzadko.

Za wcześnie Panie Zbyszku.

Będę tęsknić za Pana głosem, uśmiechem, za tym jak słuchały się Pana instrumenty.

Odwiedzę jeszcze Pana tu u nas, w moim i Pana mieście Krakowie.

Niech Panu ziemia lekką będzie...

Do zobaczenia!
~~~~~~







Dlaczego moja dieta tak wygląda? Kilka słów wyjaśnienia.

Moja blogowa koleżanka (mam nadzieję, że mogę Cię tak nazywać, Owocku?;)) zwróciła mi ostatnio uwagę, że moja dieta jest źle zbilansowana. Za dużo słodyczy, za dużo przetworzonej żywności, za mało nabiału, ryb.
Oczywiście uważam, że masz rację, ALE...

Moja "dieta", opiera się na zasadzie MNIEJ ŻREĆ.
Gdybyś zobaczyła moje wcześniejsze "odżywianie", to dopiero chwyciłabyś się za głowę.
Podam Ci przykład mojego jadłospisu sprzed akcji Schudnij:

Śniadanie:
2 kanapki z nussmilkiem (praktycznie dzień w dzień),
herbata + 3 łyżeczki cukru

Przekąska:
cappucino +3 łyżeczki cukru
paczka ciastek
cukierki, ok. 10 sztuk
mini batoniki, ok 7 sztuk

Obiad:
zupa
praktycznie nic lub baaardzo mało drugiego dania

Przekąska:
ciastka
chipsy
więcej ciastek
czekoladki
pół pięterka ptasiego mleczka
woda z sokiem zagęszczonym (a raczej sok z wodą)
przed samym snem jeszcze kilka czekoladek

Kolacja:
brak

Nie piłam wcale wody. Zwykłej, niegazowanej wody. Tylko herbata-ulep, pepsi, lub wodę z dużą ilością syropu.
To była tragedia, więc patrząc z mojej perspektywy, zmiany jakie poczyniłam są ogromne.
Idźmy dalej z tematem...

Mam AZS, bardzo dużo rzeczy mnie uczula, głownie surowizna. Pomidory-uczulają, truskawki-uczulają, cytrusy-uczulają, maliny-uczulają, papryka-uczula, orzechy-uczulają. Oprócz bardzo bolesnych zmian skórnych, pojawia się biegunka, ból brzucha i uczucie duszności.
Z tego powodu (plus moja emetofobia-lęk przed potencjalnym rzyganiem), unikam nieprzetworzonych warzyw i owoców. Robię za to bardzo treściwe zupy, kremy i potrawki z dużą ilością warzyw (tak, wiem, to nie to samo, gotowanie pozbawia wartości odżywczych, witamin). Wprowadziłam jabłka, banany. Niestety i tutaj mój organizm wyczuł jakieś opryski i chemię, no i znów pojawiło się paskudztwo na rękach.  :/

Zamiast jednego dłuuugiego "posiłku", składającego się z podjadania syfów (ton czekolady, chipsów i innych śmieci), zastąpiłam to regularnymi 5 posiłkami, gdzie zastępuję te zapychacze waflami ryżowymi, chrupkami, miseczką płatków śniadaniowych, itd. To jest mniejsze zło. Nie chcę całkowicie eliminować smacznego jogurtu na przykład, bo wiem, że jak kompletnie wszystko wykluczę, to będę chodzić coraz bardziej sfrustrowana, aż w końcu się wkurwię i zeżrę tabliczkę czekolady w minutę. Wtedy też stwierdzę, że zmarnowałam całą metamorfozę, ćwiczenia, wysiłek i wrócę do punktu wyjścia.

Dalej...
Nie chcę, żeby mój tryb żywienia był chwilowy. Chcę przy nim już pozostać. A nie wyobrażam sobie całkowitej eliminacji cukru, czy innych rzeczy, które lubię.

Dalej...
Nie toleruję laktozy. Od czasu do czasu zjem jogurt, wypiję mleko roślinne, ale gdybym zjadła większą ilość (np owsianka na mleku), srała bym dalej niż widziała i męczyła z wzdęciami kolejne dwa dni. ;)

Co do ryb. Nie ukrywam, że ich nie lubię. Raz na 2-3 tygodnie, czasem częściej jemy rybę na obiad (robię ją na parze), lub tuńczyka z puszki (ale to też super zdrowe nie jest).

Kurczaka i indyka za często jeść nie dam rady. Jest to dla mnie mięso mdłe, suche i nie dałabym rady jeść tego w dużej ilości. 1-2 razy w tygodniu spoko, częściej-nie smakuje mi. Nie chcę sobie niczego obrzydzać na siłę.

Uważam, że każdy powinien znaleźć swój złoty środek.
Przykładowo, teraz bardzo modne są koktajle i smoothie różnego rodzaju. Ja po czymś takim miałabym z dupy jesień średniowiecza. No tak już mam! I można mi mówić ile to ma witamin, wartości odżywczych, itd. Wierzę na słowo, serio. Tylko co z tego jak moje jelita takich cudów nie tolerują...

Jak widać, mój sposób odżywiania nie jest idealny. Nadal pojawia się krem czekoladowy na kanapki śniadaniowo, nadal słodzę (chociaż już nie 3, ale 1, góra 2 łyżeczki), nadal zjem jogurcik, ale oprócz tego staram się trzymać 5 posiłków dziennie, nie nażeram się na noc, ćwiczę, piję wodę, usiłuję delikatnie wprowadzać jakieś owoce.
Nie jestem dietetyczką i absolutnie nie uważam, żeby moje posiłki były super fit, czy zbilansowane ale uważam, że zrobiłam bardzo duży postęp. Dla mnie wręcz milowy. :)

niedziela, 21 maja 2017

21 maja. Równowaga musi być.

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem + 2 jajka na miękko 
herbata owocowa + 1 łyżeczka cukru

Obiad:
barszcz ukraiński zabielany
schab gotowany + ziemniaki
herbata czarna + 1 łyżeczka cukru

Kolacja:
2 kanapki z masłem + miód

Przekąska:
jabłko
wafle ryżowe
***


Dziś dla równowagi byliśmy u moich rodziców. Było całkiem miło. Mama nawet specjalnie zrobiła dla nas zamiast schabowych, schab gotowany. W szoku byłam. Chyba to zasługa tego, że mocno nasze kontakty ukróciłam swego czasu. Wydaje mi się, że zatęskniła, ba na prawdę zero uszczypliwości zarówno z jej, jak i taty strony.
Miła to odmiana...
Stół zawalony był czekoladkami i cukierkami ale nie zjadłam ani okruszynki (łatwo nie było).;P

Tylko, żeby tak zupełnie za miło nie było, to mam drugi cichy dzień z małżonkiem. Jak to zazwyczaj u nas bywa, poszło o pierdołę ale ani jedna, ani druga strona nie chce popuścić. Ciężka sprawa.
Aaa, no i oczywiście ćwiczeniowo dzisiejszy dzień zaliczony, chociaż powiem szczerze, że robi się coraz ciężej. ;)

sobota, 20 maja 2017

20 maja. Dzień odpoczynku.

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem + 2 jajka na twardo + ketchup
herbata owocowa + 1 łyżeczka cukru

Przekąska:
jabłko

Obiad:
zupa jarzynowa z kaszką manną
ryż + jogurt naturalny z cukrem waniliowym

Kolacja:
3 wafle ryżowe z masłem i szynką
1 kawałek szarlotki
mango suszone
wafle kukurydziane
***


Dzisiaj miałam dzień wolny od ćwiczeń. Uff... fajnie, że moja aplikacja ma tą opcję. ;D
Byliśmy dziś u Teściów. Sympatycznie nam czas upłynął. Mam lekkie wyrzuty sumienia, że kawałek szarlotki zjadłam, no ale cóż. Jestem tylko człowiekiem! Była tam caaała masa czekoladek i innym smakołyków, więc jeden kawałek jabłecznika, to chyba nie aż taka zbrodnia. ;)

piątek, 19 maja 2017

19 maja. Filmowy wieczór.

***
Śniadanie:
2 kanapki z nussmilkiem

Przekąska:
jogurt Fantasia z musem truskawkowym
banan
chrupki kukurydziane

Obiad:
zupa jarzynowa z kaszką manna
7 pierogów z truskawkami + łyżeczka cukru

Kolacja:
chrupki kukurydziane
galaretka agrestowa
ananas suszony
wafle kukurydziane
***

Dziś kolejny dzień z kosmicznym bólem głowy. Unikam prochów przeciwbólowych jak ognia, ale dziś już nie dałam rady. Z bólu budziłam się w nocy, rano myślałam, że mi czachę rozsadzi, ale dalej nie chciałam nic brać. Po ćwiczeniach ból troszkę zelżał, ale potem znów się rozhulał na nowo. 
Zaczęło mnie mdlić. Bez nurofenu się nie dało obejść. Już po 20 minutach zaczęłam czuć ulgę. 
I po co się było tak męczyć?... Ech...

Dziś w końcu obejrzeliśmy kolejny odcinek naszego (a mojego na pewno ;P) ukochanego serialu "Skazany na śmierć". No kocham po prostu... <3 ;D
Aż mnie w dołku ściska, że to już ostatni, ooostatniiii sezon. Buuuuu! 


źródło: https://c1.staticflickr.com/2/1063/1436116392_99955ea5b7_b.jpg
źródło: https://i.vimeocdn.com/video/478658550_1280x712.jpg

źródło: https://c1.staticflickr.com/1/167/415660509_ee2edd6e5e.jpg







Próbowaliśmy też obejrzeć film Smarzowskiego "Pod mocnym aniołem" ale wytrzymaliśmy pół godziny. Nie spodobał nam się. Golizna, rzyganie, sranie, bluzganie i seks w pierwszych 30 minutach filmu, zdarzyło nas skutecznie zniechęcić.:/

Do jutra! :)

czwartek, 18 maja 2017

18 maja. Nie mam weny.

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem i miodem
herbata owocowa + 2 łyżeczki cukru

Przekąska:
1,5 szklanki napoju ryżowo-kokosowego
chrupki kukurydziane
Litorsal

Obiad:
potrawka z kurczaka + kromka chleba
2 małe kromki chleba z masłem i szynką

Kolacja:
5 plastrów suszonego mango
chrupki ryżowe
***

Poćwiczone. Gorąco dziś baaardzo. Uroki mieszkania na poddaszu zaczyna dawać się we znaki. 29 stopni to już zaduch.

Boli mnie głowa...
Bardzo... :(

środa, 17 maja 2017

17 maja. Padaaam...

***
Śniadanie:
2 kanapki z nussmilkiem
herbata + 2 łyżeczki cukru

Przekąska:
cappucino + 3 kostki cukru trzcinowego
jabłko
5-6 paluchów serowo-szynkowych

Obiad:
potrawka z kurczaka

Kolacja:
3 wafle ryżowe z Almette śmietankowym
jogurt Fantasia z musem truskawkowym
herbata owocowa + 2 łyżeczki cukru
***

Jestem wykończona... Ale mimo wszystko poćwiczyłam. Zauważyłam, że pomimo zwiększonej ilości przysiadów, nie sprawiają mi one już kłopotu. Jeszcze przedwczoraj nogi paliły mnie żywym ogniem, drżały, odmawiały posłuszeństwa, a dziś? A dziś ani nawet nie zaszczypały. Niesamowite jest ciało ludzkie i jego szybka adaptacja do nowych warunków.

A tu widoczek jaki mam idąc do pracy...
Boskooo... Mimo, że mam kawał drogi do przejścia, mimo że pod górkę, mimo że dostaję zadyszki, to uwielbiam to miejsce. :)
Widzicie jelonka? Żałuję, że mój aparat w telefonie lepiej go nie uchwycił. :(


wtorek, 16 maja 2017

16 maja. Bunt dupy.

***
Śniadanie:
2 kanapki z masełkiem i szynką 
herbata owocowa + łyżeczka cukru

Przekąska:
cappucino + 2 łyżeczki cukru
szklanka mleka ryżowego
3 garście Cheeriosów

Obiad:
zupa krem z buraków

Przekąska:
wafle kukurydziane

Kolacja:
2 kanapki z masłem, serkiem Almette i miodem (po tych burakach musialam...;P)
herbata owocowa + 2 łyżeczki cukru
***

Dzisiaj aplikacja w telefonie miło mnie zaskoczyła. PRZERWA w ćwiczeniach! Juhu! Zakwasy mają szansę trochę odetchnąć i poboleć w spokoju. ;)
Słuchając dzisiejszej prognozy pogody, podjęłam decyzję o wymianie naszej garderoby na letnią. Poskładałam wszystkie ubrania, zimowe schowałam do plastikowego, wielkiego pudła, zastępując lżejszymi. Zrobiłam prasowanie, ugotowałam potrawkę z indyka.

Co do buraków... Już wczoraj poczułam ich moc, około pół godziny po zjedzeniu zupki. Zakłuło mnie z lewego boku, zabulgotało w jelitach złowieszczo. Kierunek kibel! No nic to. Jednorazowy epizod.
Dzisiaj było gorzej. Po około godzinie znów poczułam znajome kłucie w boku i bulgot jelit. Pognałam do wc. Działo się, oj działo... Efekt przeczyszczający, to mało powiedziane. I tak biegałam po tej zupce... Raz, drugi, trzeci, czwarty... Przenicowało mnie na dziesiątą stronę!
Wydaje mi się, że prócz buraczanych właściwości, zawdzięczam to zmianie diety. Od dłuższego czasu żarłam astronomiczne ilości słodyczy (głównie czekolady pod wszelakimi postaciami ciasteczek, batoników, cukierków, wafelków, itd.), a tu nagle z dnia na dzień zero. Moja dupa została pozbawiona zapychacza i się zbuntowała. Chciała dawkę słodkości, a ja jej tu jakąś zupę buraczaną funduję. Wczoraj zafundowała mi ostrzeżenie. Nie posłuchałam... Więc dziś się zemściła i litości nie okazała.
Sikanie dupą - level hard.
Mam wrażenie, że schudłam z 5 kilo. ;D

PS Jutro już zupkę buraczkową odpuszczam. Moja dupa by tego nie zniosła. Na samo jej wspomnienie jeździ mi po kichach.;)

poniedziałek, 15 maja 2017

15 maja. Jest dobrze! :)

***
Śniadanie:
3 małe kromeczki z Nussmilkiem

Obiad:
zupa krem z buraków
makaron z sosem i tuńczykiem

Przekąska:
garść Cheeriosów
kisiel Słodka Chwila
chrupki kukurydziane

Kolacja:
4 wafle kukurydziane z masłem i wędliną

Przekąska:
chrupki kukurydziane
***

Ćwiczenia odbębnione, zakwasy duuuże, głód wieczorny, polekowy ciężki. Na samą myśl o kasztankach w szafce dostaję ślinotoku. Trzeba się tego popozbywać, bo ciągnie mnie strasznie. :/
Tak bym sobie zjadła coś czekoladowego... Buuuuuuu...

niedziela, 14 maja 2017

14 maja. Demotywująca niedziela.

***
Śniadanie:
2 jajka na miękko
2 kromki chleba z masłem
herbata owocowa + 2 łyżeczki cukru

Przekąska:
Litorsal
cappucino + 2 łyżeczki cukru

Obiad:
makaron z sosem pomidorowym i tuńczykiem 1/3 porcji

Przekąska:
miseczka Nestle Cheerios

Kolacja:
2 ryżaki z masłem, serkiem topionym i keczupem
herbata owocow + 2 łyżeczki cukru
***

No i tak... Poćwiczyłam zgodnie z planem, obiadu zjadłam mało ale nie w ramach odchudzania... Atak paniki mnie dopadł. Może przez to, że wczoraj zapomniałam zażyć relanium? Cholera wie.

Pojechałam na rolki z mężusiem. Fajnie było... Ale po większym okrążeniu zrobiłam się sino-żółta na gębie, zrobiło mi się słabo i pojeżdżone. Po wysiłku typu aerobowym (wycieczka w góry, rower, bieganie, teraz jeszcze rolki, spacer w pełnym słońcu, opalanie) coś takiego mam. Robi mi się słabo, mam mroczki przed oczami, czoło, broda i okolica wokół oczu robią się czerwone, sine i blade jednocześnie.Z tego co pamiętam to od wielu latach mnie to męczy. Lekarze machali ręką i twierdzili że to nic takiego, że słabą mam kondycję i tyle, ewentualnie przesadzam, ewentualnie jestem hipochondryczką.

Straszny niedojeb ze mnie... Że też ten mój Wojtek musiał sobie takiego zjeba wziąć. Niewydolna fizycznie, z wiecznymi liszajami na różnych partiach ciała (AZS), z nerwicą lękową, deprechą, z fobią rzyganiową. No nie ma co. Trafiło Mu się jak ślepej kurze ziarnko. :/

sobota, 13 maja 2017

13 maja. Krok pierwszy.

Ok. Zaczynam.
Dzisiaj ćwiczyłam, dałam radę ile dałam. Z jedzeniem też dramatu nie odnotowuje.

Nie zamierzam się głodzić. Zdaję sobie sprawę, że mam zapędy anorektyczne i nie chcę znowu zrobić sobie krzywdy.

***
Śniadanie:
2 kromki chleba z masłem
1,5 parówki
herbata owocowa + 2 łyżeczki cukru

Przekąska:
3 kasztanki
6 cukierków <ale małe były>

Obiad:
rosół z makaronem

Przekąska:
wafle ryżowe
jabłko

Kolacja:
jogurt Fantasja
wafle ryżowe
***

Waga:
60,02

Wymiary:
talia: 74 cm
biust: 90 cm
biodra: 93
udo: 55 cm
ramię: 28 cm

Tak wyglądam na dzień dzisiejszy.
Masakra...
Niech ten widok działa na mnie odstraszająco, gdy zechcę znów wyżreć pół lodówki.  W ciąży to ja może i jestem ale spożywczej.:/




Gruba dupa. Przebudzenie.

Cóż mogę więcej powiedzieć...
Wpadam ze skrajności w skrajność.
Albo wpierdalam jak świnia i szybuję z kilogramami jak szalona, albo nie jem prawie nic i wyglądam jak przeciągnięta przez ruszta w Auschwitz.
Nie umiem znaleźć złotego środka.

W sierpniu zeszłego roku dostałam koszmarnego nawrotu nerwicy, plus doszła depresja. Spadłam do 46 kg. Wyglądałam źle ale nie to było najgorsze. Nie miałam siły na nic. Leżałam jedynie i nawet wzięcie prysznicu było wysiłkiem. Miałam jadłowstręt. Po wszystkim było mi niedobrze, miałam biegunki. Stały scenariusz.
Kolejna wizyta u psychiatry. Przepisała mi mianserynę... Klasyczny tucznik. Jednak apetytu nie dostałam, a zaczęłam... mdleć, mimo minimalnej dawki.
Wróciłam do starej, "dobrej" mirtazapiny. Stopniowo, powoli odzyskiwałam apetyt. Żołądek się rozciągnął i rozciągał... Doszłam do 50, 54, 58, 60kg...
Zaczynałam się czuć nie najlepiej w swojej wadze, wszystkie spodnie robiły się za małe, koszulki za ciasne w ramionach i opinające oponę na brzuchu. Coś we mnie pękło gdy zobaczył mnie kolega męża.
Już w progu rozentuzjazmowany stwierdził:

-JESTEŚ w ciąży!
-Eee... a skąd ten pomysł?
-Ale jesteś, czy nie?
-No ale dlaczego pytasz?
-Ale JESTEŚ?!
-Nie kurwa! Nie jestem! Przybrałam ostatnio parę kilo ale chyba nie jest aż tak źle?!
-Eee... nieeee... Po prostu tak się zaokrągliłaś na twarzy i tu w ramionach.

Taa... jaaasne!
No zajebiście się poczułam. Andrzejek walnął jak chory w nocnik. Jeśli czyta mnie jakiś facet, to BŁAGAM, NIGDY nie mówcie kobiecie, że wygląda jak w ciąży, że się zaokrągliła, nabrała kobiecych kształtów, itd. No, chyba że to ja jestem jakaś dziwna, że nie odbieram takich uwag pozytywnie.
Ooo! Moja mama też genialnie w ostatnim czasie mnie podsumowuje:

-Bo wiesz, baby w naszej rodzinie tak już mają, że jak gęba wygląda normalnie, to dupa się w drzwiach nie mieści. A jak dupa normalna, to gęba jak u szczura.
-Czyli na jakim etapie ja teraz jestem? Na tym "normalnej gęby"?
-No tak. Ale nie przejmuj się. Taka uroda.

No słowa pociechy ze wszystkich stron.

Nie chcę się tłumaczyć, bo każdy grubas to robi ale kto zażywał mirtazapinę ten wie... Głód na słodycze jest koszmarny! Podejrzewam, że coś ten lek zaburza z poziomem cukru, bo kilkakrotnie miałam takie ssanie, że robiło mi się słabo. Dodatkowo przyjmuję ją na wieczór, więc żrę na noc jak odkurzacz. Czekolady, wafelki, cukiereczki, chipsy. Jak odkurzacz.
Jeszcze ten lek straszliwie zatrzymuje wodę w organizmie.

Dziś stanęłam na wadze... Ponad 60 kg. Mój maks na mircie to 64 kg, więc jestem na dobrej drodze!
Nie... Nie chcę!
Popatrzyłam na zdjęcia i stwierdziłam, że chromolę, biorę się za siebie!

Potrenowałam, zjadłam póki co jedynie 3 kasztanki (z tych niezdrowych rzeczy oczywiście, bo parówki zakładam, że zdrowe są ;P) i baaaastaaa! Ciekawe jak będę śpiewać wieczorem, po mianserynce. ;D
Tak czy owak trzymcie kciuki i powiedzcie, że dam radę. ;)

Tak to już ze mną jest, że z wagą idę ze skrajności:









w skrajność...