sobota, 13 maja 2017

Gruba dupa. Przebudzenie.

Cóż mogę więcej powiedzieć...
Wpadam ze skrajności w skrajność.
Albo wpierdalam jak świnia i szybuję z kilogramami jak szalona, albo nie jem prawie nic i wyglądam jak przeciągnięta przez ruszta w Auschwitz.
Nie umiem znaleźć złotego środka.

W sierpniu zeszłego roku dostałam koszmarnego nawrotu nerwicy, plus doszła depresja. Spadłam do 46 kg. Wyglądałam źle ale nie to było najgorsze. Nie miałam siły na nic. Leżałam jedynie i nawet wzięcie prysznicu było wysiłkiem. Miałam jadłowstręt. Po wszystkim było mi niedobrze, miałam biegunki. Stały scenariusz.
Kolejna wizyta u psychiatry. Przepisała mi mianserynę... Klasyczny tucznik. Jednak apetytu nie dostałam, a zaczęłam... mdleć, mimo minimalnej dawki.
Wróciłam do starej, "dobrej" mirtazapiny. Stopniowo, powoli odzyskiwałam apetyt. Żołądek się rozciągnął i rozciągał... Doszłam do 50, 54, 58, 60kg...
Zaczynałam się czuć nie najlepiej w swojej wadze, wszystkie spodnie robiły się za małe, koszulki za ciasne w ramionach i opinające oponę na brzuchu. Coś we mnie pękło gdy zobaczył mnie kolega męża.
Już w progu rozentuzjazmowany stwierdził:

-JESTEŚ w ciąży!
-Eee... a skąd ten pomysł?
-Ale jesteś, czy nie?
-No ale dlaczego pytasz?
-Ale JESTEŚ?!
-Nie kurwa! Nie jestem! Przybrałam ostatnio parę kilo ale chyba nie jest aż tak źle?!
-Eee... nieeee... Po prostu tak się zaokrągliłaś na twarzy i tu w ramionach.

Taa... jaaasne!
No zajebiście się poczułam. Andrzejek walnął jak chory w nocnik. Jeśli czyta mnie jakiś facet, to BŁAGAM, NIGDY nie mówcie kobiecie, że wygląda jak w ciąży, że się zaokrągliła, nabrała kobiecych kształtów, itd. No, chyba że to ja jestem jakaś dziwna, że nie odbieram takich uwag pozytywnie.
Ooo! Moja mama też genialnie w ostatnim czasie mnie podsumowuje:

-Bo wiesz, baby w naszej rodzinie tak już mają, że jak gęba wygląda normalnie, to dupa się w drzwiach nie mieści. A jak dupa normalna, to gęba jak u szczura.
-Czyli na jakim etapie ja teraz jestem? Na tym "normalnej gęby"?
-No tak. Ale nie przejmuj się. Taka uroda.

No słowa pociechy ze wszystkich stron.

Nie chcę się tłumaczyć, bo każdy grubas to robi ale kto zażywał mirtazapinę ten wie... Głód na słodycze jest koszmarny! Podejrzewam, że coś ten lek zaburza z poziomem cukru, bo kilkakrotnie miałam takie ssanie, że robiło mi się słabo. Dodatkowo przyjmuję ją na wieczór, więc żrę na noc jak odkurzacz. Czekolady, wafelki, cukiereczki, chipsy. Jak odkurzacz.
Jeszcze ten lek straszliwie zatrzymuje wodę w organizmie.

Dziś stanęłam na wadze... Ponad 60 kg. Mój maks na mircie to 64 kg, więc jestem na dobrej drodze!
Nie... Nie chcę!
Popatrzyłam na zdjęcia i stwierdziłam, że chromolę, biorę się za siebie!

Potrenowałam, zjadłam póki co jedynie 3 kasztanki (z tych niezdrowych rzeczy oczywiście, bo parówki zakładam, że zdrowe są ;P) i baaaastaaa! Ciekawe jak będę śpiewać wieczorem, po mianserynce. ;D
Tak czy owak trzymcie kciuki i powiedzcie, że dam radę. ;)

Tak to już ze mną jest, że z wagą idę ze skrajności:









w skrajność...








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz