środa, 28 czerwca 2017

Mini wakacje. :) UWAGA! Dużo zdjęć!!! (bardzo dużo;P)

Zaprosiła nas rodzina Wojtka do Szwajcarii. Oczywiście pełen sponsoring z ich strony, bo my bidoki jesteśmy, wzięliśmy jedynie "kieszonkowe". Zabolało wypłacanie franków, oj zabolało...;P.
Wyjazd (a właściwie wylot), mieliśmy zabukowany od ponad miesiąca ale odwlekałam tą myśl. Potwornie się bałam... 
Wszystkiego! Lotu, nowego miejsca, zatruć... Udawało mi się odwlekać lęki na ostatnią chwilę.
Nagle na 2 dni przed wyjazdu dostałam bóli brzucha, nie mogłam nic przełknąć. Miałam ochotę zniknąć. Cudem nie uciekłam sprzed lotniska.

Do mojego zestawu anty wymiotnego zapakowałam:
*Aviomarin
*Metoclopramidum
*Hydrozyzynę
*opaski Sea-Band (totalne placebo i 3 dychy jak psu w dupę ;P)
*gumy do żucia

Przed wyjazdem na lotnisko, dostałam ataku paniki, zrobiło mi się słabo. Wojtek dzielnie mnie uspokajał, ale dzielnie starałam się swoją histerię chować w sobie.
O dziwo, gdy już na lotnisko dotarliśmy ogarnął mnie całkowity luz! Za to gdy mi luz wjechał, to panikować zaczął Wojtek! ;D Że który terminal, jaki gate, że się spóźnimy, że bagaże pójdą na inny pokład. Role się odwróciły i teraz to ja uspokajałam mojego małżonka. 
Dwa świry się dobrały! ;P 

Żadnych uspokajaczy nie brałam. Wcześniej leciałam do Dublina na kilka dni (też do siostry Wojtka ;D) i bez Aviomarinu i innych uspokajaczy nie wsiadłabym do samolotu. Tym razem bałam się mniej i postanowiłam, że dam radę na trzeźwo (opaski niby anty rzyganiowe się nie liczą, bo guzik dały! ;)). W samolocie tylko od razu sprawdziłam, czy jest torebeczka na wymiociny i stwierdziłam, że jest ale kompletnie nietrwała! Dziadostwo! Jeszcze bardziej mnie to zmotywowało do nie popuszczania górnego zwieracza. ;D

Na miejscu dzieciaki mnie zaabsorbowały, napięty grafik nie dawał czasu na czarne myśli, a kuchnia szwagierki była tak smaczna i leciutka, że no cud miód. :)
Ich starsza córeczka mnie rozczulała. Taki słodki rzep. :) Wszędzie ze mną chciała być. Ze mną się kąpać, ze mną jechać z tyłu w aucie, ze mną do basenu, koło mnie siedzieć przy stole, ze mną zasypiać... Milion razy usłyszałam "kocham cię", mała, ciepła rączka wciąż ściskała moją, uściskom i całusom nie było końca. Jakie to było cudowne. Ja w domu takiej miłości nie zaznałam. W ostatnim dniu już czułam się troszkę przytłoczona ale to chyba naturalne ;). Po prostu nie jestem przyzwyczajona do takich czułości i to w takim wymiarze godzinowym. :D

Aha, dieta i ćwiczenia zawieszone na czas wyjazdu. Może od jutra znów zastartuję, bo dziś coś słabo mi poszło (na wyjeździe nawet dawałam radę, bo jadłam stosunkowo niewiele i lekko). Za to dzisiaj zeżarłam całą tabliczkę czekolady szwajcarskiej i lody u mojej siostry (odbieraliśmy świneczki).

Uff, rozpisałam się. 
Teraz przechodzimy do zdjęć!
Było przepięknie!!! :)))

Chmurki jak wata cukrowa. 

Zachód słońca ponad chmurami.

...i... 



Ach... 

Górki...

Mućka! ;)

Nawet siostrzeniec Wojtka ma świnki morskie! ;D


Zurich

Ścianka wspinaczkowa z moją przylepą. :)

I znów górki.

I jezioro.

Jak tam było pięknie...




I znów widok na Zurich.


wtorek, 20 czerwca 2017

20 czerwca. Zrywanie ściany.

***
Śniadanie:
1,5 kanapki z masłem, serkiem i dżemem
herbata owocowa

Przekąska:
1/2 banana
wafle kukurydziane
ananas suszony

Obiad:
ryż z jogurtem

Przekąska:
cola zero

Kolacja:
1/2 kanapki z serkiem i dżemem
wafle kukurydziane
***

Ufff... Ciężki dzień. 
Gorąco, duszno...
No ale większą część ściany zerwałam (stara farba była wybrzuszona i nic by z niej nie było, wątpię czy w ogóle by przyjęła nową warstwę), jutro to na pewno skończę. Bolą rączki, oj bolą... ;)

Zaczęłam nowy zestaw ćwiczeń, zaraz lecę się kąpać i spaaaaać. :)
Fajnie się tak porządnie styrać od czasu do czasu. Tylko mogło by być ciut chłodniej, bo ciężko będzie się dziś zasypiać. 22:45, a u nas 28 stopni. I tak się mocno "schłodziło", bo było podobno 36. Maaasaaakraaa!:D

poniedziałek, 19 czerwca 2017

19 czerwca. Koniec pierwszej serii ćwiczeń!!! ;D

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem, serkiem i dżemem
herbata owocowa

Przekąska:
jabłko
kisiel truskawkowy

Obiad:
zupa na żeberku z warzywami i koperkiem
schab duszony z ryżem i żurawiną + pomidor

Przekąska:
kilka paluszków
6 kostek gorzkiej czekolady

Kolacja:
jogurt jogobella
***


Jeee! Dziś skończyłam pierwszy etap treningów! Było już tego tyle, że miałam dość. W dodatku upał u nas niemiłosierny (30 stopni, to już niezbyt komfortowo się robi). Ale dałam radę.
Dziś miałam wrzucić zdjęcia i podsumowanie ale zrobię to chyba w środę. 
Jutro w planach mam jechać do teściowej i pomagać jej w malowaniu mieszkania. Szykuje się pracowity dzień.

niedziela, 18 czerwca 2017

18 czerwca. Co za zmuła...

***
Śniadanie:
1,5 kromki z masłem + 1,5 parówki + ketchup i majonez
herbata owocowa + łyżeczka ksylitolu

Przekąska:
wafle kukurydziane
cappucino

Obiad:
zupa na żeberku z warzywami i koperkiem
schab duszony z ryżem i żurawiną

Kolacja:
jogurt jogobella
***


Znowu nie ćwiczyłam.
Dalej przeżywam utratę 20 złotych.
Już w głowie snuję plany, że nie kupię sobie tego i tamtego za karę. Besztam się, że jestem bezmyślna. Wstyd mi.

Miałam przez tą durną sytuację zjebany cały dzień! Uwierzycie?! To hasło "zjebałaś" siedzi mi w głowie jak jakiś kat. 

Zmuła straszna. Od rana ziewałam, oczy mi się zamykały, kipiałam w wyrze. Chyba coś z ciśnieniem się popierdzieliło. Po obiedzie padłam jak mucha na 1,5 godziny i zasnęłam. Nie pamiętam kiedy ostatnio zdarzyło mi się zasnąć w dzień. Nie lubię takich drzemek. Później się budzę, nie wiem jaki dzień, czy to rano, czy noc, jestem rozmemłana i oczywiście w nocy zasnąć nie mogę. 

Biorę sobie do siebie Wasze komentarze odnoszące się do ilości jedzenia i staram się jeść więcej. Wiedziałam jak będzie, dlatego chcę cały czas wypisywać posiłki, żeby mieć kontrolę i obserwować sytuację. Rok temu o tej porze już nie jadłam praktycznie nic, nie miałam mocy na nic, słabłam. Byłam u kresu sił, byłam w trakcie rzucania pracy... Było tak bardzo, bardzo źle. Nie chcę tego znów przeżywać. 
Za każdym razem jest ten sam schemat. Już od prawie 10 lat. 

1) Zaostrzenie fobii, Nerwica sięga zenitu. Przestaję jeść. Pogłębia się depresja. Tracę siły. Przestaję mieć siłę na jakąkolwiek aktywność (nie mówię tu o porannym joggingu, a np. o umyciu się, czy zrobieniu herbaty). Pojawiają się myśli samobójcze.
2) Trafiam do psychiatry.
3) Zaczynam brać leki. Czuję się jeszcze gorzej.
4) Leki zaczynają działać prędzej, lub później. Czasem trzeba jedne zastępować drugimi, modyfikować dawki.
5) Potem jest względnie dobrze.
6) Zaczynam odstawiać. Skutki odstawienne znów dają w dupę.
7) Po kilku miesiącach wracam do punktu 1.

Co za syf...

~~~

Mam dziś jakiś gorszy dzień. Jakaś taka niewydarzona się czuję i w myślach mam moją mamę, zadającą mi kilka lat temu pytanie...
Pamiętam to jak dziś.

Byłam w strasznym dole. Do ślubu zostało kilka dni. Ataki paniki kilka razy dziennie. Wizja przeprowadzki. 

Nie dam rady... Nie podołam... Boję się...

Rodzice o coś się znów kłócili, a ja trzęsąca się jak galareta, targana drgawkami, przerażona, z silnym atakiem paniki usiadłam na ławce przed domem, podwinęłam kolana pod brodę, rękami objęłam nogi i kiwałam się jak dziecko z chorobą sierocą. Miliony złych myśli kotłowały się w mojej głowie.

Niedobrze mi. Będę rzygać? Jak to będzie? Przecież oni mają rację! Ze mną nie da się żyć! Po co ja mu zawracam głowę? Będę rzygać? Nie chcę tu już mieszkać. Nie chcę tu być. Nie chcę rzygać. Niech mnie ktoś przytuli. Tak po prostu. Błagam. Niech ktoś mi obieca, że nie będę rzygać. Ale ja jestem głupia. Żałosna. Lepiej gdyby mnie nie było. Po co takie zjeby się w ogóle rodzą? Nienawidzę siebie. Niedobrze mi. Ja nie chcę nikomu marnować życia. A przecież zmarnuję... Nie będę rzygać? Niech mi ktoś obieca, że nie będę... Błagam...

Mama wyszła z domu, zerknęła na mnie.

-A tobie co się ZNOWU dzieje?
-Boję się...
-Czego?
-Niedobrze mi... Mamo, boję się...
-No tak! Bo nie żresz! Żołądek masz już kwasami przeżarty pewnie! Nie żryj dalej! Sama na własne życzenie to masz! Bo ci się odchudzać zachciało! Odgrzać ci obiad?
-Nie chcę.... Tak bardzo mi niedobrze. Boję się....
-To co mam zrobić? Po pogotowie zadzwonię. Jezu, tobie zawsze coś się musi dziać!
-Nie, nie dzwoń. Może posiedź ze mną chwilę?

Usiadła... Po chwili westchnęła.

-Ech, po kim ty jesteś taka niedorobiona... Przecież wszyscy w rodzinie są normalni... W co ten Wojtek się pakuje?...
-Dziękuję mamo... Dokładnie na takie słowa pociechy teraz czekałam.
-No ale co? Prawdę mówię!
-Tak... wiem. Wiesz co? Proszę, zostaw mnie samą. PROSZĘ...

Gardło boleśnie mi się ścisnęło. Oczy napłynęły łzami. Ale nie chciałam przy niej płakać.
Wstała i zostawiła mnie, mamrocząc coś pod nosem. 
Gardło ścisnęło się jeszcze bardziej. Z oczu popłynęły łzy. Broda mocno zadrżała. Usta wygięły w podkowę...

Minęły prawie 4 lata od tamtej sytuacji. A ja ją pamiętam doskonale. 
To bardzo boli...
A wystarczyło tak niewiele. Pogłaskać chociaż. Powiedzieć, że będzie dobrze. Nie oskarżać znowu. Nie krzyczeć. Czy to naprawdę tak wiele?...

Przysięgam, że ja nie wymyśliłam sobie ani nerwicy, ani tej durnej fobii, ani depresji. Wstydzę się tego. Niestety w pewnym momencie nie ma już się siły udawać, kumulować emocji w środku. To wychodzi samo. Atak paniki po prostu się pojawia. Podczas czytania, oglądania filmu, w wannie. Serce zaczyna łomotać, robi się ciemno przed oczami, mdło, niedobrze, brzuch boli, dopada biegunka, każdy kawałek ciała coraz mocniej drży wbrew woli. 
Nikt kto nie jest masochistą, nie chciałby tego przechodzić, zapewniam.

sobota, 17 czerwca 2017

17 czerwca. Akcja malowanie. Zjebałam.

***
Śniadanie:
1,5 kanapki z masłem, serkiem Almette + jajko na twardo
herbata owocowa z łyżeczką ksylitolu

Przekąska:
banan
figi suszone
wafle kukurydziane

Obiad:
ranty z pizzy (dużo rantów;))

Przekąska:
banan

Kolacja:
3 kromki z masłem, szynką i pomidorem
***

Pojechaliśmy do mamy, bo urządza remont w mieszkaniu. Pomagaliśmy malować, a raczej Wojtek. Ja obklejałam drzwi, listwy, ściągałam spruszynki pozostałe po malowaniu wałkiem... Bałam się malować, żeby nie porobić smug, nie spieprzyć czegoś. Pod koniec odważyłam się pomalować wnękę na lodówkę. ;D Niezła jestem, nie? ;PP

Ale dojebałam z pizzą. Zamówiliśmy ją na obiad i złożyliśmy się na nią. Na kupce była kasa z drobnymi. Pytam teściowej czy odliczone, powiedziała, że tak. Zerknęłam na drobniaki, zapłaciłam. Dużo później przypomniałam sobie, że było jakieś zamieszanie przy składce i było dane o 2 dychy więcej. Okazało się, że nikt tej kasy nie odłożył i zapłaciłam gościowi za dużo o te 2 dychy. Oczywiście nie zwrócił mi, a ja durna nie sprawdziłam...
Przeżywam to jak żaba okres. JAK MOGŁAM nie przeliczyć?! Mąż krótko zreasumował:

-Zjebałaś! TY płaciłaś, TY miałaś pieniądze w rękach, TY nie przeliczyłaś. No ale trudno. Stało się.

Zjebałam... ech. Nie chodzi tu o to że jestem jakimś dusigroszem, po prostu jestem na siebie bardzo zła. No bo jak mogłam nie przeliczyć?

Nie ćwiczyłam...

piątek, 16 czerwca 2017

16 czerwca.


***
Śniadanie:
2 kromki z masłem, serkiem Almette i dżemem

Przekąska:
3 (TRZY) krówki!!!

Obiad:
zupa krem z cukinii
młoda kapustka niezasmażana

Przekąska:
daktyle suszone
chrupki kukurydziane

Kolacja:
2 wafle ryżowe z serkiem Almette i dżemem
elektrolity
***


Dziś byłam dorobić trochę grosza, więc było lekkie kardio pod górkę. ;P 
Pogoda nie sprzyjała, mokra trawa po dupę, spodnie przemoczone, buty przemoczone. No ale dla tego klimatu warto!



Niedawno poćwiczyłam i muszę się przestawić na poranną gimnastykę, bo wieczorami średnio mi idzie. Jestem jak przeżuta i wypluta z pięć razy. Jeśli to według twórców aplikacji jest poziom POCZĄTKUJĄCY, to ja nie chcę wiedzieć jak wygląda w ich mniemaniu poziom zaawansowany.;D
Niech ktoś za mnie weźmie prysznic... Proooooszęęęę... Tak mi się strasznie nie chce... ;)


Zgrzeszyłam... zjadłam 3 krówki... Ach, ta słaba silna wola. ;)

czwartek, 15 czerwca 2017

15 czerwca. Powrót do ćwiczeń.


***
Śniadanie:
2 kromki z masłem i dżemem

Przekąska:
batonik musli

Obiad:
zupa krem z cukinii
makaron z sosem pomidorowym

Przekąska:
jabłko
***

Nie rozumiem swojej logiki. Wiem, że mam czas, wiem że powinnam od rana zacząć sprzątać, że mam przeprasować parę rzeczy, że trzeba poćwiczyć. I co w związku z tym? No i nic, gniję w łóżku do 10-11. ;D
Ależ ja jestem przekorna. :P
Po południu mąż pojechał na wycieczkę rowerową, a ja w tym czasie wybłyszczyłam mieszkanie, zrobiłam pranie i poćwiczyłam. Cieszę się, bo nawet nie miałam problemów z kondychą.

Byle do przodu! 


środa, 14 czerwca 2017

13 i 14 czerwca. No opitalam się jednym słowem!

Wczoraj bidnie było z jedzeniem jakoś... Aż mi wstyd pisać ile zjadłam. No niestety ale jak nie mam apetytu podkręcanego sztucznie to nie jest łatwo.
"Zapominam" o jedzeniu. Nie wiem, jakiś mam problem z tym...
Jeszcze przy okresie mam jakieś takie dziwne smaki. Wszystko wydaje mi się metaliczne i gorzkie. Zrobiłam wczoraj zupę brokułową. Jemy ją i mówię do Wojtka:

-Ej, dziwna ta zupa...
-Ale czemu dziwna? 
-No jakoś tak smakuje nie bardzo...
-No ale jak?!
-Dziwnie... Gorzka jest.
-GORZKA? Co ty opowiadasz! Normalna zupa!

Zaczęłam brodzić łyżką w tej zupie coraz mozolniej, jeszcze dla pewności zjadłam trochę. Aż mnie otrzepało! Serio dziwnie mi smakowała!
Efekt był taki, że dziś spuściłam ją w kiblu i zrobiłam cukiniową. Tak się zastanawiam czy ta brokułowa była faktycznie dziwna, czy mam tak zjechane smaki podczas okresu.
DZIWNA sprawa ogólnie, nieprawdaż? ;D

A dziś sprawa przedstawiała się tak:

***
Śniadanie:
2 kromki z masłem i tuńczykiem

Obiad:
zupa krem z cukinii
makaron z sosem pomidorowym

Przekąska:
jakiś batonik musli

Przekąska:
4 wafle kukurydziane z masłem i tuńczykiem
figa, morele suszone
***

Nie może być tak, że opuszczam się w postach, bo mnie to demotywuje!
Blog uzależnia moi drodzy!
Mobilizuje do ćwiczeń, do regularnego jedzenia.
Chwilunia przerwy (bo okres, mdłości, brak mocy na cokolwiek) i już jestem do tyłu!
Ćwiczenia odpuściłam, bo dziś jeszcze nie czułam się w pełni sił ale jutro uderzam do boju! :)
A Wy nie uciekajcie jeszcze ode mnie. To tylko chwila słabości była. :P

Już niedługo update ze zdjęciami i moim stanem po pierwszym miesiącu ćwiczeń i diety! Sama jestem ciekawa jak to będzie wyglądało. ;)

poniedziałek, 12 czerwca 2017

11 i 12 czerwca. Nerwówka i zdychanko.

Wczoraj jadłam bardzo marnie. Mdliło mnie cały dzień, było mi słabo. Aż wstyd pisać ile ja zjadłam... Spuśćmy na to zasłonę milczenia i przejdźmy do dnia dzisiejszego.

***
Śniadanie:
2 kromki chleba z masłem i dżemem

Przekąska:
ananas suszony

Obiad:
ryba na parze z frytkami pieczonymi bez tłuszczu

Przekąska/kolacja:
figi suszone
kilka herbatników
***

Jak widać dziś też rewelacji nie ma ale jest lepiej niż wczoraj. :/

Od 3 dni nie ćwiczę, bo czuję że mam przeforsowany organizm i stąd te zaburzenia z miesiączką. I chyba dobrze to wydedukowałam, bo dziś mnie dopadło ale tak fest. Ból okropny, słabienie, mdłości i sranie z bólu. Ech i za czym ja tak "tęskniłam"? 

Bardzo uważamy z mężem, żeby nie było wpadki ale stres mam zawsze jak się spóźnia dłużej. A tu była dłuższa przerwa i zaczęłam  schizować. Bo w końcu nie ma 100% skutecznej metody anty? A jeśli jednak wpadliśmy? Leki przecież biorę! A jak zaszkodzą dziecku? No szczyt nieodpowiedzialności! O ja głupia! Koniec z tym! Celibat! Itd.

Na szczęście dostałam i jestem już spokojniejsza (chociaż sponiewierało mnie ostro). 
W necie wielokrotnie się spotykałam ze stwierdzeniem różnych lasek, że wysiłek fizyczny niweluje bolesność brzucha. Yhm... To ja jestem jakaś chyba nietypowa, bo mnie napitala tak samo! A te, które gonią do treningów w czasie "tych dni"... Oj dziewuszki, weszłybyście w moją skórę na ten dzień i byśmy pogadały wtedy o aktywności fizycznej (dystans z lóżka do wc zdaje się być maratonem!).

Za bardzo poszalałam z tymi zmianami. Za szybko, za dużo na raz, zbyt intensywnie.
Chyba trzeba zwolnić troszeczkę.

niedziela, 11 czerwca 2017

10 czerwca.

***
Śniadanie:
2 kromki chleba+1,5 parówki

Przekąska:
ananas suszony

Obiad:
zupa pomidorowa z ryżem
leczo+1 kromka chleba

Przekąska/kolacja:
2 pieczone ziemniaki
sałata+oliwa z oliwek+bazylia+pomidor+rzodkiewka+ogórek
szparag (niedobre to!)

Przekąska:
3 figi suszone
1/2 szklanki coli zero (to już ostatnia, ufff...)
***


Byliśmy dziś u teściów i siostry męża. Fajniutko było. ;)
Nie ćwiczyłam, bo średnio było kiedy. 
Okresu dalej nie ma. Aż test zrobiłam. Negatywny.
Jestem trochę padnięta, bo pogoda wariuje, pełnia podkuwia i źle śpię po ostawieniu mirty. Dziś miałam pobudkę o 5.00. :/I w takich wypadkach mieszkanie w mikro kawalerce jest niekomfortowe, Wojtek ma zajęczy sen i nie chcąc go obudzić, musiałam się mocno pogimnastykować. Mysz od kompa kitrałam pod kołdrą i poduszką, żeby nie klikała za głośno. ;P

piątek, 9 czerwca 2017

9 czerwca.

***
Śniadanie:
1,5 kromki chleba z ketchupem
2 jajca na twardo z pieprzem i solą

Przekąska:
morele suszone
kilka herbatników

Obiad:
zupa pomidorowa z ryżem
leczo+1 kromka chleba

Przekąska:
3/4 jabłka
Pluszzzzz Multiwitamina
szklanka Coli Zero (trza to wypić, a z imprezy ostatniej zostało)

Kolacja:
2 wafle ryżowe z dżemem niskosłodzonym
***

Dzisiaj tak strasznie mi się nie chciało ćwiczyć... Dopiero wieczorem się zebrałam i ruszyłam dupę. Małżonek był zdziwiony ile zestawów i powtórzeń zrobiłam. Ćwiczenia zajmują mi ponad godzinę i to taki wycisk jest, że hej! 

A okresu jak nie było, tak nie ma. Ech... a jutro akurat jedziemy na grilla. Zakład, że jutro mnie dopadnie? ;)

Kijowy mam dziś humor, nie wiem o co mi chodzi... Czyżby osławiony PMS? ;P 
Bez mocy coś jestem. Szok, że się zmobilizowałam i ten trening odhaczyłam. 

Teraz prysznic i łóżeczko...

Dobranoc! :)

czwartek, 8 czerwca 2017

8 czerwca.

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem i szynką

Przekąska:
szklanka Coli Zero
banan
7 herbatników

Obiad:
zupa pomidorowa z ryżem
frytki pieczone w kobiwarze, bez dodatkowego tłuszczu, solone

Kolacja:
3 wafle ryżowe z dżemem porzeczkowym
banan
***


Poćwiczone... Jednak brzuch się zdecydować nie może. Rano bolał i już myślałam, że coś z tego będzie, a tu lipa. Podejrzewałam, że po ćwiczeniach się zacznie ale nic. Nie wiem co to tak się wlecze. :/

Byliśmy na chwilę u moich rodziców, załatwiliśmy pewną sprawę pomyślnie, także jestem zadowolona. Jedynie tata mnie denerwował, bo gapił się na mnie i "podśmiechiwał" ze mnie cały czas. Pytałam o co mu chodzi, to znów się śmiał i twierdził, że o nic. Taaa, jakbym go nie znała, to bym to kupiła. Jak mnie takie coś wkurza! Jak coś mu nie pasi, to niech powie wprost, a nie jakieś głupie uśmieszki robi. Niezręcznie mi, bo czuję jego wzrok na sobie, a jak już na niego spojrzę, to widzę ten szydzący uśmiech. :/

I taki ogólnie dzień. Z jednej strony dobry, z drugiej średni...

środa, 7 czerwca 2017

7 czerwca.

***
Śniadanie:
3 małe kanapki z masłem i dżemem niskosłodzonym

Przekąska:
morele suszone
3 wafle ryżowe
mały banan
kisiel Słodka Chwila

Obiad:
zupa krem z warzyw
2 pulpety z ziemniakami

Przekąska:
biszkopty 80 g

Kolacja:
3/4 jabłka
***

Matko jakie ja mam dzisiaj ssanie na żarcie. Szok! 
Brzuch pobolewa ale póki co nic więcej. Nie lubię gdy mi się "te dni" spóźniają. Robię się tykającą, wiecznie głodną, popuchniętą zołzą:/

W tv od rana trąbili dziś o jakimś dniu seksu, czy coś? Ja pierdzielę, czego to ludzie nie wymyślą. Dzień bez stanika, dzień seksu, dzień kota... No na serio komuś się bardzo nudzić musiało.

Nie ćwiczyłam, bo aplikacja zaleciła dziś odpoczynek ale sama nie wiem, czy dobrze zrobiłam, bo jak jutro mi się w końcu ten brzuch rozhula, to szczerze wątpię czy będę w stanie się ruszyć dalej niż do kibla. Ale nie, nie nastawiam się negatywnie! A nuż w tym miesiącu nie będzie napitalać? (och, słodka naiwności...)

Także tego ten... ja dziś chyba nastroju do uczczenia Dnia Seksu nie posiadam. Wybacz mi Geniuszu, który owe Święto wymyśliłeś. ;D

wtorek, 6 czerwca 2017

6 czerwca.

***
Śniadanie:
1,5 kanapki z masłem i tuńczykiem
7-8 herbatników (głód przed okresowy;P)

Przekąska:
morele suszone
Litorsal
"zdrowe" chipsy wielozbożowe z ziołami
3/4 wielkiego jabłka
Cappucino+łyżeczka kawy rozpuszczalnej (BEZ cukru;))

Obiad:
zupa krem z warzyw
2 pulpety z ziemniakami

Przekąska:
80 g biszkoptów
cola zero 1 szklanka

Kolacja:
pozostała 1/4 jabłka-giganta ;)
***


Poćwiczyłam! Ale jest coraz ciężej. Coraz więcej powtórzeń, coraz dłużej...
Okropny dziś zaduch. Po co wyjeżdżać za granicę, jak mamy tropiki tu, w Polsce? Bezpieczniej, a i klątwy faraona się nie złapie.;P Pamiętam jak moja siostra cieszyła się z wyjazdu do Turcji. Planowała go z rok czasu, pojechała na 2 tygodnie. Z czego tydzień spędziła albo "na", albo "nad" kiblem. Blech... ;)

Ale mam dziś wyrzuty sumienia z powody tych herbatników, chipsów i biszkoptów... Złamałam się! Ja jednak nie mogę mieć słodyczy w domu.

Nawet zupkę dziś skleciłam, mimo że nie miałam za bardzo z czego. Co jak co, umiem sklecić coś z niczego. :D Wzięłam zmęczoną pietruszkę, kawałek selera, kilka ziemniaczków, małą cebulę, doprawiłam, trochę masła, zblendowałam i tadam! Zupa krem gotowa! 

Byłam też u pani psychiatry. Jest bardzo powoli ale lepiej. Leczenie trwa już prawie rok. Strasznie ciężko było mi się wygrzebać z tego doła psychicznego. Jak sobie przypomnę w jakim stanie byłam... Koszmar.
Wolę nie myśleć o odstawianiu leków. Zresztą i tak najdalej po roku mam kolejny nawrót i znowu jestem w punkcie wyjścia. I znów wchodzenie na leki, znów uboki. Aaa, nie będę teraz o tym myśleć! Szkoda psuć sobie humor.

Nadchodzi burza.
Lubię ten powiew świeżości, zapach ozonu, wiatr, błyski, grzmoty... 

poniedziałek, 5 czerwca 2017

5 czerwca.

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem i szynką

Przekąska: 
kilka suszonych moreli
kisiel Słodka Chwila
30 gram "zdrowych" wielozbożowych chrupek

Obiad:
trochę zupy
pulpety wieprzowe w sosie warzywnym
ziemniaki młode

Kolacja: 
2 kanapki z masłem i dżemem (niskosłodzonym)
***


Poćwiczyłam, wymęczyłam się, ugotowałam kuleczki mięsne, a wieczorem byliśmy u teściowej.
U mnie w końcu się uspokoiło i śpię normalnie. Nie ścina mnie tak jak po mirtazapinie, ale zasypiam, wilczego głodu już nie ma, zawrotów głowy też nie, lęki dzięki Bogu nie są większe, niż zwykle. Wydaje mi się, że najgorsze minęło. ;)

niedziela, 4 czerwca 2017

4 czerwca.

***
Śniadanie:
2 kanapki z masłem, szynką i ogórkiem konserwowym

Przekąska:
Litorsal
3 figi suszone

Obiad:
zupa koperkowa
2 ranty z pizzy ;P
makaron z sosem serowym

Przekąska:
chrupki kukurydziane
winogrona
cola zero 1,5 szklanki

Kolacja:
jabłko
***

Ćwiczenia odbębnione.;)

Smętna i parna ta niedziela...

Zakiełkowała mi w głowie myśl, że może by tak spróbować zapuścić włosy?... Już trochę odrosły od ostatniej wizyty u fryzjerki i może nie ścinać jednak?
A co tam! Spróbuję! Szczerze powiem, że trochę mi tęskno za dłuższymi włosami. Niedawno minie rok od pierwszego ostrego, krótkiego ścięcia. ;)

sobota, 3 czerwca 2017

3 czerwca. Nie ma lekko...

*** 
Śniadanie:
2 kanapki z masłem i miodem

Przekąska:
bananowy jogurt Jogobella
mango suszone
Litorsal
3 figi suszone

Obiad:
zupa koperkowa
makaron z kurczakiem i sosem serowym

Przekąska:
winogrona
chrupki ryżowe

Kolacja:
kilka rantów z pizzy ;P
szklanka coli zero
***

Noc miałam cudną... Zgodnie z sugestią pani doktor zażyłam hydroxyzynę na wieczór. Podbiłam też nasenny z 1 tabletki na 1,5, bo poprzedniej nocy miałam straszne kłopoty z zaśnięciem.
Miałam nadzieję, że hydro chociaż trochę mnie uśpi ale gdzie tam. Jakoś jednak zasnęłam koło 23:30. Niestety o 3 rano już było po spaniu. No za nic nie mogłam usnąć. Źle mi było w nerwy, przewracałam się z boku na bok... o 4tej zjadłam "śniadanie".
Udało mi się zasnąć koło 7mej i zdrzemnęłam do 8:30.

Zmięta jestem okropnie ale dokończyłam prasowanie, poćwiczyłam (ile się przy tym kurw sypało, to głowa mała). Musiałam sobie co chwilę przerwy robić, bo słabłam. Grunt, że jakoś dałam radę. ;)

Na wtorek jestem umówiona do pani psychiatry.
Zdaję sobie sprawę, że jeszcze kilka dni będzie mnie tak męczyć. Grunt, że już mnie nie mdli i nie mam zawrotów głowy. Słabawa jestem, no ale co się dziwić? Wczoraj jeść nie mogłam, co chwilę na kibel ganiałam, śpię bardzo kiepsko.
Oby mi się z tym spaniem uregulowało...

Dziś przyszli koledzy Wojtka do nas. Obejrzeliśmy mecz, a teraz chłopaki ciupią na xboxie. ;)
A ja wtykam zapałki między powieki i próbuję trzymać poziom. :P

piątek, 2 czerwca 2017

2 czerwca. Niemiła noc i niemiły dzień.

***
Śniadanie:
1 kanapka z masłem i miodem

Obiad:
leczo + 1 kromka chleba

Przekąska:
wafle ryżowe, mango suszone

Kolacja:
Litorsal
paluszki solone
***

Moja stała pora zażywania mirtazapiny, to była 21:30-22. Wczoraj nie wzięłam i już o 23 czułam, że coś jest nie tak. Mimo tabletki nasennej czułam się pobudzona, rozdrażniona, nie mogłam zasnąć.
A jak już zasnęłam, to była to raczej drzemka. Co chwilę się budziłam, rzucałam, nosiło mnie. Za gorąco, za zimno, poduszka przeszkadza, kołdra uwiera... Zasnęłam porządnie po 6tej. Obudziłam po 10tej. Przez te 4 godziny śniły mi się okropne koszmary. Umęczona wstałam i poczułam znajome objawy odstawienne. Koszmarne zawroty głowy i mdłości. Po wmuszeniu w siebie śniadania, kierunek kibel. I tak kursowałam do wieczora. Kibel-łóżko. Łóżko-kibel. Przeczyściło mnie okrutnie.

Zadzwoniłam do swojej pani doktor. Powiedziała, że mogę odstawić i że dzisiejszy dzień będzie najgorszy ale powinnam się czuć już lepiej z każdym dniem, a biegunka jest normalna, bo w ten sposób organizm pozbywa się nagromadzonej wody. Poleciła mi też branie na wieczór zamiast mirty, hydroxyzynę. 
Dopiero koło 17-80tej zaczęłam się czuć trochę lepiej. 
Ale to jest nieprzyjemne... :/

Wchodzenie i schodzenie z psychotropów jest okropne... Porównywalne do kaca giganta. Z tymże kac mija po kilkunastu godzinach, a przy lekach trzeba się męczyć kilka, czasem kilkanaście dni.

O ćwiczeniach mowy nie było. Słaba jestem jak gówno, oczy podkrążone, mdłości męczą, kursy do klopa też wymęczyły...
Poprasowałam 3 godzinki prawie, więc tak całkiem dnia nie zmarnowałam.

Oby jutro było lepiej.

czwartek, 1 czerwca 2017

1 czerwca. Odstawiać, czy nie odstawiać... Oto jest pytanie!

***
Śniadanie:
2 małe kromeczki z masłem i miodem
1 wafel ryżowy z masłem i miodem
herbata owocowa

Przekąska:
Mokate Cappucino
mały banan
wafle kukurydziane
ananas suszony

Obiad:
leczo z kurczakiem
2 kromki chleba
herbata owocowa

Przekąska:
porcja lodów truskawkowo-śmietankowych (najmniejsza z możliwych do wyboru ;))
jabłko

Kolacja:
3 ryżaki z dżemem porzeczkowym (niesłodzonym)
***

Dzisiejszy dzień zaczęłam o 5tej rano. Sama nie wiem czemu tak się obudziłam, w każdym razie usnąć już nie mogłam. Leżałam więc możliwie bez ruchu, żeby męża nie obudzić i ciupałam w Farmę, dopóki się nie obudził. ;)
Przyjemny dzisiaj dzień. Nie za ciepło, nie za zimno. Akuratnie. :P


Poćwiczyłam i stworzyłam leczo. Podobno dobre całkiem.
Byliśmy na chwilę u moich rodziców. Chwilę posiedzieliśmy, lody zjedliśmy, pogadaliśmy. Ale tak króciutko, optymalnie, 2 godzinki. Dla mnie to wystarczająco, bo jak jestem dłużej to już zaczyna mi się duszno robić.

Wyobraźcie sobie, że dziś zrobiłam sobie cappucino i dla próby wcale go nie posłodziłam. Myślę sobie, bleee niedobre będzie, będę dosładzać. A tu psikus! Mimo, że nie dałam ani grama cukru, to wydawało mi się... słodkie. Zerknęłam na skład, a tam co? Syrop glukozowy i całkiem sporo kalorii. Czujecie, że jeszcze miesiąc temu waliłam do tej "kawy" TRZY łyżeczki cukru?! Masakra...
Teraz już nawet herbaty nie słodzę. Po dzisiejszych lodach było mi mdło, wydawały mi się za słodkie. A jeszcze nie tak dawno temu w moim słowniku nie istniał zwrot "za słodkie".

Ważyłam się u rodziców i waga pokazała 57,9. No niby jakiś tam postęp jest ale czuję się nadal opuchnięta, wzdęta, napompowana wodą. Wieczorami mam koszmarny apetyt i ciężko mi z tym walczyć. Mirtazapina jest koszmarna pod tym względem. Robi się z człowieka opuchnięta buba. I z tego co widzę, przerypanie jest chudnąć na tym leku... Kondycja licha, poty siódme się z człowieka leją (ach, ten efekt buby), a efekty marne.
Jest jeszcze jeden, niby mało istotny ale jednak istotny efekt uboczny. Nie mogę dojść... If you know what i mean. :/
Zastanawiałam się i zastanawiałam... I dziś spróbuję mirty nie brać. I tak mam małą dawkę, bo 15 mg, więc jazd z odstawieniem mieć nie powinnam. Zobaczymy.
Obym nie pluła sobie w brodę.

Właśnie obejrzeliśmy ostatni odcinek, ostatniej serii Skazanego na śmierć... Buuuuuuuuuuuuuuuuuuu...:(
Będę tęsknić Michael. ;P

http://quentin.pl/2017/04/prison-break-5x01-recenzja-pilota.html